187. Od imigranta zarobkowego do ekspata, przez uchodźstwo gospodarcze w międzyczasie

DSC09720 (Large)

Przychodzi podczas atrakcji życiowej zwanej emigracją taki kryzys tożsamościowy, kiedy to już nie tęsknisz za krajem ojczystym aż tak bardzo, wszystko tutaj spowszedniało, już nie zaskakuje, a jednak nie czujesz się jeszcze wystarczająco przesiąknięty nowym miejscem zamieszkania. Wracając z wakacji u rodziny czujesz, że to tutaj jest Twój dom. Być może nie pasujesz już do tego, co zostało w Polsce, być może czujesz się nieco oderwany od tych korzeni, które tak długo i wytrwale dawały o sobie znać. I to wcale nie jest złe, nie oznacza zdrady, jak zapewne zdarzyło Ci się już usłyszeć. Raczej pora pogodzić się z bogactwem doświadczeń, które wpłynęły na kształtowanie Twojej osoby. Tam było dobrze, tutaj też już jest. Przecież chyba właśnie o to chodzi, czyż nie tego chcemy wsiadając w samoloty z biletem w jedną stronę – nie tylko mieć się dobrze, lepiej, ale też tak się czuć?

Zastanawia mnie czasem pojęcie ekspat. Kiedyś oznaczało ono specjalistę konkretnej dziedziny wybierającego inny niż ojczysty kraj celem zarobku. Bez przymusu, raczej z kaprysu. Jako ciekawostkę dodam, że polski słownik definiuje to słowo ściśle powiązując je ze specjalizacją zawodową, angielski zaś dopuszcza już wolną myśl rezydentury poza granicami w ogóle. Kim jest zatem ekspat dziś, w dobie masowj migracji? Czy jest to osoba, która porzuciła kraj ojczysty na zawsze? Taka, która przetrwała do konkretnej granicy czasu, stażu kilkuletniego, po którego przekroczeniu może się nagle przemianować? Czy jest to każdy imigracyjny przechodzień, pomieszkujący w innym niż ojczyzna kraju na czas nieokreślony? Wreszcie, czy bycie ekspatem gwarantuje to upragnione pozytywne samopoczucie i brak tęsknoty? Chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi na żadne z powyższych pytań.

Wiem, że imigrant to dla mnie słowo bardzo tymczasowe, krótkotrwałe. Pomieszkując od kilku lat w tym samym miejscu, widując tych samych ludzi, poruszając się po mieście z zamkniętymi oczami, już nie jesteś imigrantem, a przynajmniej nie zarobkowym. Przecież nie będziemy się posuwać do przezywania świeżaków większymi imigrantami, siebie mniejszymi. Stajesz się swój, jakbyś był tu od zawsze. I choć dla wielu ludzi zawsze będziesz kroplą w całej fali przyjezdnych, to właśnie to poczucie przynależności gdzieś indziej, niż ojczyzna, sprawia, że poszukuję innego, wyjątkowego dla swojej między innymi sytuacji określenia. Nie czuję się imigrantką zarobkową, ale nie wiem, czy zostanę tu na stałe. Nie brakuje mi Polski, a jednak nie wszystko tutaj wydaje się idealne i niewymagające naprawienia. Wciąż trochę porównuję. Pamiętam moje zdziwienie, a może lekkie wybudzenie się z chmurowego letargu, podczas zeszłorocznej Sindbadowej przygody. Opowieści współpasażerów o ich doświadczeniu w Anglii, o wakacyjnym przyjeździe zarobkowym, tęsknocie za Polską, planami na przyszłość z nią związanymi… Dawno tego nie słyszałam, dało mi do myślenia. Nie każdy kupuje przecież bilet w jedną stronę, jak zrobiłam to ja. Nie każdy ma taki zamiar kiedykolwiek. Oni są zatem imigracją zarobkową… A my, starzy pomieszkujący w tym miejscu, to już zupełnie inna bajka i podejście do tematu. To już nie przygoda, a szkoła życia. Podsumowując dzisiejsze przemyślenia, czy „osiedleniec” to dobre określenie? Wydaje mi się lepsze niż „uchodźca gospodarczy”, choć to drugie zdaje się być bardziej trafne. Mój prywatny słownik ogłasza otwartość na propozycje terminologiczne.

Reklamy

185. Ten Obcy

IMG_8397

W czasach, w których Polska jest przerażona i broni się ze wszystkich sił rękami, nogami, językiem i Internetem przed innością, w Anglii celebruje się różnorodność. Wbrew tego, co sądzą „niezależne” polskie media, dzieje się tak nawet, a może i tymbardziej, po tegorocznych atakach manchesterowym i londyńskim. Ludzie jednoczą się by pokazać, że nikt ich jako społeczności nie podzieli. I nadal żyją obok siebie, w zgodzie. Nie będzie dziś jednak o muzułmanach, a o różnorodności ogólnie. Bo Wielką Brytanię zamieszkuje mnóstwo przeróżnych obcych, których tak bardzo boi się Polska. Są oni wszelkich wyznań, ideologii i odcieni skóry. Są też innych orientacji. I, o dziwo, jedni obok drugich żyją zwyczajnie i w pokoju.

Inność ‚Tego Obcego’ na terenie Wysp oswaja się już w czasie szkolnym. Jedną z etyk systemu edukacji jest zasada równości i różnorodności, wdrożona prawnie przez akt o takiej samej nazwie sięgający korzeniami do wczesnych lat siedemdziesiątych, wtedy jeszcze w innej formie i rozbity na kilka różnych ustaw. Strona prawna mówi oczywiście o jednakowych prawach do edukacji i całej reszty przywilejów społecznych niezależnie od pochodzenia i poglądów czy przekonań. Być może nie jest to jakimś specjalnym szokiem dla nas, Europejczyków, aczkolwiek podziały społeczne i bieda ogólnie wielu ludziom na świecie wciąż zwyczajnie uniemożliwia chociażby tą edukację. Równość na poziomie podstawowych praw uzupełnia proces, który ja osobiście nazywam edukację myśleniową, bo wszystko na świecie zaczyna i kończy się wewnątrz ludzkiego umysłu. Część rodziców spisuje się tu doskonale, w reszcie przypadków braki uzupełnia szkoła. Efektem nauki myśleniowej jest społeczeństwo, które się nie boi, nie panikuje i – na chłopski rozum – nie daje sobie wcisnąć kitu. Bo wie lepiej. I wie to z autopsji.

Na czym owy proces polega

Przede wszystkim nie tylko oswaja się Obcego, ale też dąży do jego zrozumienia. Bo łatwiej jest nam akceptować kogoś, kogo rozumiemy. To odbywa się, jak cała edukacja życiowa, na zasadzie dialogu. Rozmawia się z dziećmi o innych wiarach. Religioznawstwo, jeśli prowadzone przez nauczyciela z pasją, ma tu pole do popisu, ponieważ oprócz suchych faktów uzupełnia się je porównaniem. Jest to moim zdaniem najefektywniejsza metoda kształcenia społeczeństwa, Ten Obcy, który jest inny bo to-i-tamto, nagle staje się tym, który wierzy w coś innego i ma inne tradycje, ale w tym samym czasie wiele innych rzeczy robi dokładnie tak, jak ja. W pewnym momencie okazuje się więc nagle, że nie tylko jest też człowiekiem, ale z Tego Obcego, kosmity, staje się trochę innym sąsiadem. Jest to zmiana przełomowa i następuje, jak wcześniej wspominałam, w głowie dziecka. Takie dziecko wyrasta kiedyś na dorosłego, który podchodzi do inności z zaciekawieniem, a nie strachem i agresją. Tylko człowiek, który dojrzał do tego etapu, jest w stanie celebrować inność na wszystkich innych płaszczyznach życia, przede wszystkim w sferze intelektualnej, sferze sztuki wszelkiej. To ogromny krok rozwojowy społeczeństwa i inteligencji przeciętnego mieszkańca danego państwa. I nie chodzi tutaj o, jak wielu Polakom się wydaje, przyswojenie wszystkiego, co sami uważamy za nieodpowiednie, jako wspaniałego, ani też o przyczynianie się do wymarcia własnej kultury. Nic z tych rzeczy. Chodzi o akceptację, która równa jest z tolerowaniem czyjegoś istnienia i nie obrażaniem go, nie ocenianiem tylko ze względu na powierzchowność, chodzi o szacunek. Żyj i daj żyć innym. To nie oznacza, że muszę uważać faceta na szpilkach i w peruce za nową normę i standard społeczeństwa, odrzucić swoje odczucia względem homoseksualizmu, czy nawet mówić dzieciom, że to co robią jest naturalne i w moim odczuciu normalne. Oznacza to, że muszę dać takim ludziom żyć jak chcą, bo to nie do mnie należy wybieranie im życiowej drogi i sposobu na szczęście, oznacza to, że moje dziecko usłyszy, że tacy ludzie są wśród nas i to jest ich sprawa, nie wolno ich krzywdzić lub obrażać, bo oni też czują, zupełnie tak, jak my. Oznacza to, że jako społeczeństwo musimy nauczyć siebie i kolejne generacje, że to dobrze mieć swoją opinię i odczucia, ale nigdy nie wolno narzucać ich innym, oni też mają prawo do tych własnych. I na końcu musimy nauczyć kolejne generacje, że można być dokładnie takim, jak przywołani już Londyńczycy czy mieszkańcy Manchesteru: żyć obok siebie, wszyscy różni i inni. Żyć razem nie pozwalając nikomu doprowadzić nas do nienawiści względem sąsiada. Ignorancja zdarza się wszędzie, jest jednak w Anglii zdecydowaną mniejszością, a kiedy niebezpieczna, szybciutko też zgłaszana w odpowiednie miejsce. Nie tylko przez ofiary. Najbardziej podoba mi się to, że agresor jest krytykowany przez swoją własną społeczność, przeprasza się ofiarę ataku, mówiąc, że wcale nie reprezentuje on ogółu. Sytuacje tego typu mają miejsce niezależnie od pochodzenia, zarówno wśród rdzennych Anglików, jak i Brytyjczyków będących którymś tam pokoleniem imigracji.

Czas na imprezę

Kiedy już dojdziemy do wyżej opisanego etapu, zaczynają się tylko korzyści. Nagle staje przed nami otworem świat kultury. Sztuka, kulinaria, muzyka, podróże, słowo pisane, poezja – lista jest długa. Bardzo podoba mi się, jak celebruje się tutaj różnorodność. Można się od innych społeczności wiele nauczyć nie tylko o nich, ale przede wszystkim o nas samych, naszych przekonaniach, kulturze. Można się wiele nauczyć o świecie, o historii z perspektywy innych państw. Można zawrzeć znajomości bogate w przeróżne doświadczenia. Albo chociaż zatęsknić za światem oczywistym i oswojonym, tym z dzieciństwa. Tak czy inaczej warto.

Do owych przemyśleń o zupełnej zwyczajności Tego Obcego skłonił mnie kolejny już miejski festiwal, łączący kontynenty za pomocą teatru, muzyki i sztuki wyrobów ręcznych. Wszyscy zupełnie różni, a jednak tacy sami, zebraliśmy się poraz kolejny w centrum miasta, by zrobić dokładnie to samo: rozkoszować się życiem. Razem.

 

184. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi (II)

IMG_8307

Niedziela, dzień idealny na leniwe przemyślenia. Czyż niedziela nie jest, swoją drogą, dniem idealnym w ogóle?

17.11

Po powrocie z wielkomiejskiego wypadu na poszukiwanie trampek (nie)postrachów z dzieciństwa, okazuje się jakimś dziwnym trafem, że znów jestem w szlafroku i z książką w ręku. Powróciłam ostatnimi czasy do czytania po angielsku i idzie mi jakoś mniej opornie. Czytanie rozpraszają przemyślenia rodzaju wszelkiego. Zaczynając od mózgu.

Są tacy ludzie, dla których najatrakcyjniejszą rzeczą u innych przedstawicieli społeczeństwa jest umysł. I takim ludziom jest generalnie w życiu ciężko, bo gdy inni uganiają się za sławą, wyglądem i pieniędzmi, oni, niezależnie od tego czy wszystkie z tych rzeczy mają, mieli kiedyś czy też nie będą mieli nigdy, najbardziej cenią sobie głębokie rozmowy i wymianę przemyśleń. Jak żyć, kiedy tak rzadko spotyka się bratni umysł.

17.19

Jak długo i po co można pisać o kraju, który spowszedniał? Zastanawiam się nad przebranżowaniem. Zbyt rzadko bywam gdzie indziej, by mieć porównanie i odkrywać Wyspy na nowo. Czuję się jak u siebie od zbyt dawna i również jak zwykle. Im więcej tu znajomych, tym mniej szczegółów z życia prywatnego. Jak pisać, kiedy nudne jest życie blogera. I ocenzurowane.

17.22

Gdyby nie było, też byłoby nudne.

17.23

W Polsce protestują o sądy, w Anglii o nazizm i przeciwko niemu. Za oknem pada. Zostały mi dwa dni pracy do wakacji i jak zwykle o tej porze roku, czuję się doskonale. Na wakacje planów mam niewiele. Przeszłość zżera mi trochę widok na przyszłość, staram się znaleźć zdrowy balans. Czytam szukając inspiracji. Chcę więcej pisać, na większą skalę. Robię więc, po chamsku, rozeznanie jak o pewnych sprawach piszą inni. Czytam, czytam i przepadam.

17.28

Trzecia kawa, niewiele snu, brak zmęczenia. Wokół dzienie spokojna pustka. Wiadomość o śmierci Chestera, dzięki któremu to władam dziś angielskim na tyle, na ile władam, bo to na podstawie piosenek LP zaczęłam swoją pasję do tego języka jeszcze jako uczennica podstawówki. Z tych płytszych przemyśleń – poraz kolejny dostrzegam powiązanie mojej miłości do M. Shinody i jej przekładu na mężczyzn mojego życia. Takie głupie, że aż śmieszne, a jednak prawdziwe.

17.31

Uczenie dzieciaka korzystania z nocnika jest wybitnie skomplikowane. Chwała tym, którzy to przeżyli. Jakkolwiek śmierdziało.

17.33

Jest w tym angielskim wisimitubiźmie coś fascynującego, odnajduję się w takim podejściu do życia na spokojnie. Czas płynie bardzo szybko, ludzie ruszają się wolno, jutro jest jakąś szaloną niewiadomą. Czuć w powietrzu klimat jesieni, takie to angielskie lato. Nie jestem pewna, czy gorszym jest nadmiar czasu czy jego brak.

18.03

Jak już wymyślę jak się przebranżować, to się odezwę. Piip.

182. Hej, wciąż żyję.

Zwalniam, czasem śpię, żyję o wiele więcej, wracam do siebie. Po bardzo produktywnym Ramadanie następuje przejście do życia codziennego. Wciąż jest naznaczone pozostałościami po tym niezwykłym czasie, bardziej niż dotąd, bardzo mnie to cieszy. Powoli odnajduję się w rzeczywistości i więcej uśmiecham. Witaj ponownie, o życie. Nawet mam ochotę się z Tobą widzieć.

Dużo przemyśleń i zmian, tak, jak lubię. Zanim skupię się na drugim już sprawodzaniu z corocznego Festiwalu Literatury, wyrzucam z siebie kilka linii z pamiętnika, dla oczyszczenia atmosfery i miejsca.

‚Przyszedł taki czas, kiedy rozumiem wreszcie, że nic tutaj nie należy do nas. Więzy tworzą się i sypią z podobną prędkością, niezależnie od barwy i intensywności. Nic co przede mną nie zdaje się bajecznie proste, ale czy kiedykolwiek takim było? Za wszystko to, co bezcenne – o ironio – płacimy w życiu słono. Na końcu tylko spojrzeć na jaśniejszą stronę rzeczy i stwierdzić, że było warto, mimo wszystko.’

Do usłyszenia.

109. 8 sposobów na nudę w Anglii

Pesymiści powiadają, że w Anglii zawsze pada (akurat) i generalnie jest nudno. Przyjrzyjmy się zatem, co robi przeciętny mieszkaniec angielskiego miasta w swoim wolnym czasie, zakładając, że odcięto mu dopływ prądu bądź Internetu (sorry Winnetou, takie czasy).

1. Parki i trasy spacerowe – zaczynam od mojego ulubionego sposobu spędzania wolnego czasu. W każdym hrabstwie są dziesiątki rozległych, zielonych terenów, czystej natury i cieszących oczy krajobrazów. Parki miejskie każda dzielnica ma na wyciągnięcie ręki, do tych rozleglejszych zaś nie trzeba z reguły wyjeżdżać dalej niż 30 minut autobusem od centrum miasta. Zaopatrujemy się więc w kanapki, bilet całodniowy, aparat fotograficzny i spędzamy dzień wolny na świeżym powietrzu. Co więcej, sporo takich miejsc oferuje dodatkowe rozrywki, od ruin dawnych klasztorów przez festiwale o przeróżnej tematyce, po drewniane domki poukrywane w lesie, w których pociechy mogą się bawić w małych odkrywców. Aby dostać się do miejsc położonych nieco dalej niż 30 minut od centrum, warto skorzystać z sieci dobrze rozwiniętych połączeń kolejowych, wychodzi o wiele szybciej niż autobusem. Taki wypad to niewielkie koszty, multum wrażeń i sporo ruchu. Do dzieła!

DSC00431 (Large)Ogden Water, Halifax

DSC09215 (Large)Bolton Abbey, Skipton

DSC09510a (Large)Roundhay Park, Leeds

2. Kino. Dwa w jednym – poza ukulturalnianiem się i przyjemnym spędzaniem wolnego czasu, dobra lekcja osłuchiwania się z językiem angielskim i świetny sposób na wzbogacanie słownictwa. Właśnie dzięki oglądaniu filmów bez dubbingu czy napisów, tak jak i oglądaniu angielskiej telewizji oraz słuchaniu radia, zamieniłam angielski wyniesiony z polskiej szkoły (czytaj: ja powiem wszystko, ale nie zrozumiem niczego) na taki, który jest wystarczający do swobodnego funkcjonowania w brytyjskim społeczeństwie (praca, szkoła, urzędy, kontakty społeczne). Jeśli więc myślisz poważnie o pozostaniu w Anglii na dłużej, zignoruj lenistwo i fobie społeczne podpowiadające „nic nie zrozumiem”. Trening czyni mistrza!

Koszt wyjścia do kina jest wystarczająco niewielki, by mogła sobie na niego pozwolić raz w tygodniu osoba o niskim dochodzie. Średnio, bilet za osobę dorosłą wynosi £9, za dziecko około £6, studenci około £7. Zależy to też od tego czy wybierzemy się w weekend czy w tygodniu. Są też undywidualne oferty dla sieci lub pojedynczych kin, np. wtorkowe dwa bilety w cenie jednego w moim lokalnym kinie. Wystarczy poczytać na stronie internetowej.

3. Muzeum

Wstęp do muzeów na terenie Anglii jest darmowy. Są one różnorodne tematycznie, pełne drobiazgów i pamiątek do kupienia. Przygotowane na wycieczki rodzinne mają też atrakcje dla dzieci, które mogą podotykać i pobawić się w kącikach tematycznych. Lokalne muzea organizują też wiele konkursów artystycznych i spotkań towarzyskich, dzięki czemu można mieć swój wkład w tworzenie wystaw. W wolnym czasie warto zająć się wolontariatem w muzeum, pracodawcy kochają czytać w CV, że dobrowolnie wpływamy na kulturalną sferę miasta. Słyszałam to osobiście kilka razy.

Fullscreen capture 30082014 153821.bmpCoventry Transport Museum

4. Teatr

Piękne pokazy, spektakle, występy, sztuki, skecze, koncerty, spotkania towarzyskie z dwudaniowym posiłkiem. Teatr angielski zawsze pozostawia nas z poczuciem zadowolenia, naprawdę warto spróbować. Ceny są różne, w zależności od popularności spektaklu. Z reguły jest to przedział cenowy między £25-70.

5. Basen

Kolejna niedroga opcja. Wstęp na basen dla dorosłego to około £4.50, dla dziecka około £2.50. Prowadzone są różne sesje, więc warto zorientować się przed przyjściem. Są osobne sesje dla rodziców z dziećmi, dla kobiet, mężczyzn, seniorów a także dla wszystkich – zorganizowane w konkretnych godzinach.

6. Lodowisko

Dla fanów łyżwiarskich akrobacji uciechą będzie fakt, że wstęp na lodowisko to około £6 od osoby. Przy czym wstęp tygodniowy to koszt około £10, a miesięczny £30!

7. Imprezy

Warto śledzić stronę swojego miasta. Organizowane są ciekawe imprezy i festiwale, nie tylko latem. Jest tego naprawdę mnóstwo, zaczynając od darmowych kursów przygotowawczych do życia w UK (test wypełnia się składając wniosek o obywatelstwo), przez koncerty, targi świąteczne, wystawy figur lodowych, cyrk i karuzele dla dzieci, wystawy artystyczne, festiwale kina i sztuki, po festiwalne kulturalne. Jest w czym wybierać!

8. Wioski

Warto czasem sprawdzić w Internetach dojazd do najbliższej wioski. Między metropoliami mamy w Anglii miasteczka i wsie i są one wszystkim co potrzeba by poczuć ducha dawnej Anglii – od architektury, przez lokalne społeczeństwo, po znowu muzea i parki. Idealna okazja na spacer i sesję fotograficzną, w cenie biletu autobusowego i przekąski.

phpbtV9XtAMThornton Village

Pominęłam coś? Dajcie znać!

15. Co mi się podoba w UK.

Żeby nie było, że taka ze mnie maruda i wszystko jest na nie, dzisiejszy post będzie o tym, co mi się na Wyspach podoba. A jest tego, wbrew pozorom jakie sprawiają dotychczasowe posty, całkiem sporo. Są to drobazgi w życiu codziennym, które czynią je przyjemniejszym czy też bardziej urozmaiconym. Jako, że uwielbiam podróżować, od tego zaczniemy.

Wielka Brytania ma mnóstwo miejsc do zwiedzania. I choć dla niektórych, w porównaniu do Polski , gdzie mamy wszystko (morze, jeziora, góry, lasy, pustynię, dla każdego coś), wypada dość blado, mnie się podoba. Jest wiele miejsc, w których wyobraźnia przywołuje baśnie i filmy widziane w dzieciństwie, miejsc genialnych do sesji zdjęciowych lub kręcenia filmów właśnie. Miejsc bajecznych, pięknych i w których oprócz nas jest akurat tylko kilka osób, żadnych tłumów. Jest mnóstwo ścieżek turystycznych, nawet w miejscach, w których sie tego nie spodziewałam i wiele miejsc przeznaczonych do użytku publicznego. Można spędzić miło czas na łonie natury, a – co dla mnie bardzo istotne – nigdzie nie walają się śmieci. Nawet kiedy mowa o zwiedzaniu popularnych miejsc wypoczynkowych, a także podróżach do innych krajów, rzeczy te są o wiele tańsze i bardziej powszechne niż w Polsce. A jeśli nie chce nam się ruszać nigdzie dalej, każde miasto ma kilka czystych i zadbanych parków, z placem zabaw, masą wiewiórek i równo przystrzyżonym trawnikiem, idealnym do wylegiwania się z książką w ręce.

 


Właśnie, książki. Zarówno one, jak i np wypady do kina, na basen, siłownię itd są tanie i raczej nie uszczuplają niczyjego budżetu. Jeśli ktoś nie lubi czytać po angielsku, zamawianie polskich książek z internetowej księgarnii (ja zamawiam w internetowej księgarnii Font, ale jestem pewna, że znajdzie się też kilka innych) w cenie 3 – 6,7 funtów za sztukę też nie jest najgorsze. W Polsce na nową książkę mogłam sobie pozwolić o wiele rzadziej.

 Jeśli jesteśmy przy cenach, nie mogę pominąć przecen. Są tu po prostu genialne. Pół ceny, -70%, są częste i dostępne w praktycznie każdym sklepie przynajmniej raz na kilka miesięcy. Dzięki temu nawet rodziny z niskim budżetem mogą sobie pozwolić na dobre jakościowo ciuchy. A jeśli coś po przymierzeniu w domu jednak nam się nie podoba, zwrot nie jest żadnym problemem.

Koniec tematu pieniędzy. Co jeszcze lubię? Brak komarów i bezpańskich psów pałętających się po ulicach. I kuchnie świata. Jestem smakoszem, uwielbiam kuchnię hinduską, niektóre dania włoskiej, nawet słowacka też jest niczego sobie. Tylko chińskiej nie ufam 😉 Podoba mi się uprzejmość ludzi, chęć pomocy. Rzucają to, co akurat robią, żeby zamiast wytłumaczyć mi drogę – zaprowadzić mnie na miejsce. Albo wykonują telefony do kogoś, kto wytłumaczy mi lepiej niż oni. Ludzie uśmiechają się do siebie na każdym kroku, atmosfera jest ogólnie przyjemna. Wielu przyjezdnyc twierdzi, że ta uprzejmość jest wyuczona, jest zakładaną maską, jest nieszczera. Jasne, dopóki ktoś uśmiecha się do Ciebie np w urzędzie czy banku – to jego praca, chce się dobrze prezentować. Ale przechodniom nikt za uśmiechy nie płaci, a ciągle tam są, razem z pozdrowieniami.Tak im już zostało? Spoko. Wyuczone czy nie, mnie się podoba. Lubię też panujący luz i swobodę. Mówisz co chcesz, nosisz co chcesz, robisz co chcesz, nikogo nie wzruszasz (nie takich się naoglądali). Możesz robić zdjęcia w środku miasta i nikt na Ciebie nie spojrzy. Możesz iść ulicą i śpiewać, nie będziesz jedyny, w sumie wiele osób tak robi. Że nie wspomnę o magazynowych śpiewakach przekrzykujących radio, nikt nie patrzy na nich jak na idiotów, raczej znajdzie się ktoś, kto pośpiewa z nimi. Ogółem róbta co chceta, dopóki nie robisz komuś krzywdy lub nie dokonujesz zniszczeń, wszystko gra.