177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

Reklamy

88. Pamiętniki z emigracji (IV)

Pozwolić im odejść czyli znajomości na obczyźnie.

Zdarzyło mi się już kilkakrotnie poznać ludzi, którzy byli niezwykli. Czułam się jakbym ich znała całe życie, rozumieliśmy się bez słów. Ci ludzie byli trochę magikami, a trochę królikami. Magikami, bo po zawarciu głębokiej więzi znikali, przepadali bez słowa, pożegnania nie były w ich stylu, niezależnie od tego czy zmieniali kraj, miasto czy ulicę. Królikami, bo chyba robili to ze strachu. Strachu przed jednostajnością, byciem przejrzystym, strachu przed oswajaniem. Takie uciekanie, nim się zaangażuje emocjonalnie. Pojawiam się i znikam. Znajomości te były głębsze od pozostałych i rodziły iskierkę nadzieji na pozostanie długotrwałymi. Tak się niestety nie stało.

Być może coś do powiedzenia ma tutaj samolubność ludzi żyjących w Anglii, ich skupienie tylko na sobie. Każdy spotkany rodak twierdził, że to prawda, a jednak robił to samo. Ludzie tutaj mają głupi styl bycia kimś innym w pracy i kimś innym poza nią. Milion razy zgadywali mnie i zachęcali mnie do pójścia z nimi na łyżwy, do knajpy, na spotkanie w ramach pogaduch. Milion razy mówili „w tą sobotę bądź w domu, przyjadę na pewno”. Kończyło się głuchym telefonem albo tym, że mam kogo winić za zbyt wielkie uda – najpierw piekłam pyszne ciasto, a potem jadłam je sama. Ten sam schemat w każdej kolejnej pracy, no może poza ciastem, teraz piekę je tylko dla zasłużonych 😉 Czasem zastanawiałam się czemu to zjawisko jest tak częste i wydaje mi się, że może faktycznie by chcieli, ale przykładowo druga połówka szantażuje ich emocjonalnie („cały tydzień się nie widzimy a ty nie możesz spędzić ze mną weekendu tak jak lubię” czy coś w tym stylu) i dlatego kończy się na gadaniu. Tak mnie natchnęło, kiedy umówiłam się z jedną z koleżanek z pracy na mieście i w miedzyczasie przez telefon terroryzował ją chłopak. Gdzie jesteś, z kim, po co w ogóle i za ile będziesz. Co nie przeszkadzało mu chlać browarów pod polskim sklepem w drodze z pracy, kiedy czekała z obiadem. Niemal codziennie. W którymś momencie po prostu doszłam do wniosku, że z Polonią w moim mieście nie ma sensu nawet próbować, bo albo są tacy jak wyżej, albo tak zapracowani, że choć sympatyczni to żyją tylko pracą, a poza nią ewentualnie śpią, jeśli znajdą na to chwilę między pracą dorywczą. Po kilku miesiącach prób wypełnienia czasu po pracy w sposób, jaki robiłabym to w Polsce, poddałam się. Jeśli nie jesteś gotowy zamknąć się w polskim gettcie z piwem przed telewizorem, najlepiej w domu Twojego znajomego, tak, aby nie musiał się nigdzie ruszyć, będzie ciężko. Jak to próbował oświecić mnie Luby, kiedy go poznałam – „Otwórz oczy, to jest Anglia. Nikogo nic nie obchodzisz, bo tutaj każdy dba o swój własny tyłek”. Miał tymi słowami na myśli wszelkich przyjezdznych i niestety miał też rację. Takim oto sposobem pozostało spędzać czas wolny z „tubylcami” oraz tymi, których znałam jeszcze a Polsce, a teraz są tutaj, więc odwiedzamy się raz na kilka miesięcy. I choć w pracy zawarłam kilka świetnych znajomości i naprawdę fajnie zdarza nam się spędzać czas poza nią, to jednak nie to samo.

Bo zdecydowanie o wiele bardziej podobało mi się szwędać się po kinach w poszukiwaniu kolejnych odsłon Depp’a i spektaklach teatralnych z Darią, mieć ją na codzień. Daria wróciła do Polski „na chwilę, na ślub brata” i jakoś jej się spodobało tak bardzo, że teraz „widujemy się” już tylko na fejsie. Z jakiegoś powodu podobny schemat zdarza się z wszystkimi, których bardzo lubię.

Kolejna lekcja do zaliczenia podczas wyspiarskiej emigracji to Nic nie trwa wiecznie. A może nawet Nic nie trwa długo. Twoje miejsce zamieszkania zmienia się o wiele częściej niż w Polsce i tak samo jest z innymi. Trzeba nauczyć się pozwolić im odejść. Na kartach pamiętnika zapisałam to słowami:

Nazwaliśmy to już dawno opowieścią o wszystkich tych, którzy odeszli bo tak chciało życie, wszystkich tych, którzy odeszli łamiąc mi serce oraz o wszystkich tych, od których ja odeszłam bo tak chciało życie lub łamiąc im serce.

***

Od dłuższego czasu jestem ponad tym żalem. Przeglądałam pamiętnik w poszukiwaniu zaobserwowanych różnic w stylu życia po przyjeździe tutaj, w ramach inspiracji do kolejnego wpisu z serii Pamiętników, stąd te przemyślenia. Żałuję, że nie pisałam bloga od początku wyjazdu, człowiek się przyzwyczaja dość szybko i pewne rzeczy przestają go dziwić.