189. Czwarty września

img_4830

Jeszcze tylko chwila, minuta, momencik. W nieznany mi w ciągu dalszym magiczny sposób z szóstej zrobiła się za piętnaście siódma. Najprawdopodobniej przestawiłam budzik na spaniu, w pamięci jednak pod tym oto hasztagiem widnieje bielutka pustka.

Tego dnia samochody przejeżdżały w pośpiechu po mokrym asfalcie, wydając specyficzny szeleszczący odgłos. Senna atmosfera jeszcze parnej lecz już ciemnoszarej jesieni spowiła miasto, umysły i serca.

Tego dnia korytarze były jakby puste, choć przepełnione znajomymi już twarzyczkami. Rozkojarzone, niepewne celu pobytu o tak wczesnej porze na terenie szkoły, próbowały wtopić się w rutynę, z którą nie pozostaje nic innego, jak tylko się pogodzić. Kolejny początek.

Kiedy coś się zaczyna, coś innego się kończy. Było inaczej. Tak samo, a jednak nie do końca… Chyba dopiero tego dnia zdjęłam różowawe okulary tak na dobre, choć zajęło mi to cały zeszły rok. I podobał mi się ten trzeźwy widok, podobały mi się odcienie szarości. Rzeczywistość była zmęczona, uśmiechała się już tylko z grzeczności, dzieliła radość, brakowało w niej różu, ale była szczera. Tego dnia zrozumiałam na dobre już, że wszystko tu jest tylko przejściowe, że te momenty, radości, więzi, jutro będą już tylko wspomnieniem i nawet nikomu nie będzie przykro. Przecież dobre życie składa się z miłych chwil, a z chwilami tak to już jest, że żadna z nich nie trwa wiecznie.

Tego dnia szkolne mury wypełniał półszept dochodzący jakby z oddali, choć był na wyciągnięcie ręki, potęgując w ten sposób poczucie innego wymiaru. Wszystko kumulowało się w przekonaniu, że ktoś właśnie odpauzował zatrzymany wcześniej film, a my, aktorzy, próbowaliśmy się w tym nagłym włączeniu odnaleźć. Zmęczone, senne dusze, małe, młode, starsze, tego dnia wszystkie zagubione między kroplami burej mżawki i powiewami wciąż ciepławego powietrza, przekraczające albo i nie podmokłe brązowe liście gdzieś między kałużami. Tego dnia życie leniwie obrało dawne tory, nostalgia zaś miała konsystencję waty cukrowej, można ją było brać garściami i wypychać sobie kieszenie na później. Tym dniem był czwarty września.

Reklamy

167. A jak Anglia

image

Anglio, Obczyzno moja! Ty jesteś jak choroba

Do tylu przylgnęłaś uparcie choć im się nie podobasz

Wcale. Dziś niezwyczajność Twą w całej ozdobie

Bloguję, bo nadal dziwię się Tobie.

***

Mieszkam tu sobie już parę ładnych lat. Widziałam nieco więcej niż chciałabym by widziały moje dzieci, słyszałam tyle, że w ramach ochrony mogłabym wydrapać im uszy. Przywykłam, na ile można przywyknąć do szarych wiewiórek, rudotwarzych ludzi, miliona postaci deszczu i pięciu milionów akcentów. Bez większych problemów wsiąknęłam klimat miejsca, bo zasady codziennego życia tutaj panujące podchodzą mi jakoś bardziej niż polskie. Być może dlatego wciąż jest mi trudno zrozumieć ludzi, dla których życie na emigracji angielskiej to skazanie, ale są tacy, jest ich wielu. Być może odpowiada za to jakość życia, ale moje nijak się ma obecnie do tego, jak je sobie wyobrażałam będąc mała. A może większy wpływ ma na to podejście do świata, ludzi, doświadczenia. Zdecydowanie też osobowość, odkąd odkryłam w sobie pokłady tupetu jak taran, radzę sobie znakomicie. Wcale nie wojennie, o dziwo, ci sami ludzie z którymi drę koty tulą mnie jak najlepsi przyjaciele. Być może wyrabianie sobie szacunku musi być zawsze okupione wielką gębą.

Wyjechałam z Polski mając lat 18, tego lata opuściłam ją poraz drugi. Było przemiło i tęskniłam za ludźmi, ale nadal nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tam moje życie; nie odnalazłam się tam poraz kolejny. Od dziecka czułam, że będę mieszkać poza granicami kraju, ciekawiło mnie, jak to życie wygląda gdzieś indziej, na tej zieleńszej trawie u sąsiada.

Jak się mieszka w innym kraju? Na początku jest wielkie bum. Wszystko jest inne, odkrywasz, czasem przeraża, czasem zachwyca. Potem powszednieje. Potem tęsknisz, bo ci żal, że wszyscy, których opuściłeś, są tam razem, a Ty tutaj samiuteńki. Brakuje Ci słońca i zrozumienia. Znajomość języka to jedno, zrozumienie innego sposobu myślenia, różnice kulturowe – coś zupełnie innego. Potem jest ok, albo to nie dla Ciebie. Znajomi, którzy byli w tym samym mieście co ja, uciekli spowrotem do Polski, aż się kurzyło.  A mnie się podoba.

Trudno jest lekko żyć, mawiają. No właśnie chodzi o to, że tutaj to nie do końca. Jest taki ogólnopanujący leniwy luz, wszystko jakoś będzie. No i jest. Zatem stresu jakby mniej, możliwości więcej. Poziom życia już nie taki miód jak kiedyś, ale porównajmy to do Polski, gdzie nawet ten miód to koszt 15 złotych. Tutaj da się żyć przyzwoicie za niewiele. Robi to sporą różnicę nawet dla tych, którym się tu nie podoba, pewnie dlatego nadal tu są.

A jak Anglia, zatytułowałam. Jaka jest Anglia dla mnie? Senna, mająca wiele sekretów i mnóstwo do zaoferowania. Bardzo wyluzowana. Spokojna na pierwszy rzut oka i nieokiełznana za kulisami. Różnorodna, w końcu tworzy ją tylu zupełnie innych od siebie ludzi. Zgniłozielona i pozytywna. Stara i fotogeniczna. Przyjemna.

142. Anglia – 4 razy NIE

Architecture, Area, Blue, Britain, City, Clock, CloudsAnglia okiem obiektywnym, przyjrzymy się dziś zatem czego w Anglii nie lubię ja, większość przyjezdnych i conajmniej połowa rdzennych. Cztery razy na NIE.

1. Pogoda. Tadamm, surprajs. Deszcz pada, spada, mży, sipi, leci, przecina, torturuje, zabija i wykańcza ducha. Pada mniej lub więcej prawie codziennie przez niemal cały rok. Pada tak często, że przestajesz to zauważać i ubierasz się jak chcesz, a nie jak każe Ci pogoda. A więc pada, a Ty i tak śmigasz w balerinkach, tylko włosów już nie prostujesz. Im wyżej mieszkasz, tym więcej pada, a i tak zawsze pocieszasz się, że Szkocja ma gorzej. W Szkocji pocieszasz się, że północna część ma gorzej. Tam zaś już się nie pocieszasz tylko ignorujesz fakt istnienia słońca – i da się żyć.
A kiedy już przez dwa dni pojawi się słońce i całe 21 stopni, gazety wypisują o lecie stulecia, najcieplejszym dniu w całym roku, cieplej niż na Barbadosie, Anglicy masowo nie przychodzą do pracy, a Szkoci… Szkoci mówią: „Lubię szkockie lato. To moje ulubione dwa dni w roku„.

2. Jedzenie. Pomijając dostęp do kuchni świata, co jest genialnym i najlepszym aspektem multikulturalnego społeczeństwa, podstawowe produkty są do niczego. Chemia, chemia i jeszcze raz chemia – brak smaku i kilka dodatkowych kilogramów bez większych zmian w diecie znanej z kraju to coś, z czym trzeba się liczyć. Pięć rodzajów mięsa o identycznym (nie)smaku też nie szokuje, ani plastikowe warzywa i owoce o smaku papieru. A wszystko to, bo w tym zgniłym kraju niewiele rośnie jak na potrzeby społeczeństwa i gdyby nagle przykręcono Anglii dostęp do paliwa a więc i importu produktów spożywczych, przypuszczalnie poumieralibyśmy z głodu po około tygodniu.

3. Domy. Stare, duże, zimne, brzydkie, z wykładzinami położonymi w średniowieczu, umeblowane antykami + walka z właścicielami mieszkań o zapewnienie lodówki i pralki. Porównując do nowoczesnego budownictwa i wystroju wnętrz w sąsiedniej Irlandii, gdzie w mieszkaniu czekają na Ciebie nawet sztućce, Anglia wypada conajmniej mizernie. Oczywiście odnowione i odstawione nowocześnie domy też można znaleźć, ale wymaga to gimnastyki i cierpliwości. I z reguły ma swoją cenę.

4. Brak sanepidu. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Restauracje, w których wodę po umyciu podłóg wylewa się do zlewu, w którym następnie myje się naczynia? Normalka. Jedzenie spadło? Podnieś z podłogi, wrzuć na talerz, i do klienta. Szczury w piwnicy? Nikt nie widział. A „sanepid” jest i wpada, zapowiedziawszy kiedy, w związku z czym przez ten jeden dzień w roku wszystko błyszczy i jest idealnie. A potem po staremu, aż do kolejnej wizyty.

Dodalibyście coś?
+ Dla równowagi, tym którzy przegapili, polecam lekturę wpisu Anglia – cztery razy TAK.

140. Anglia – 4 razy TAK

London, London People, England, London Bridge, Uk
Moje życie codzienne w Anglii, usłane yorkstone, kapuśniaczkiem i wiatrem mrożącym krew w żyłach, bywa różne. Są rzeczy, których nie lubię i takie, które mnie zaskakują. Odnawiam zatem temat o tym, co mi się w Anglii podoba. Z czasem doceniłam praktyczność tego kraju, to, w jaki sposób ułatwia się ludziom tę codzienną walkę z deszczowcami. Dziś zatem Anglia 4 razy na TAK!

1. Szkolnictwo.
Kocham angielską szkołę. Zawsze jej bronię. Mówią, że jest nieskuteczna, bo produkuje debili i pokolenia ludzi, dla których obliczenie procentu liczby bez użycia komputera graniczy z geniuszem. Nie przeczę, że wielu Anglików na etapie dorosłości nie potrafi porządnie pisać i czytać – już wyjaśniam. Jedynym minusem szkolnictwa w tym kraju jest brak presji – rozumiem przez to brak przymusu zaliczania materiału i brak możliwości powtarzania klasy. Tzn możliwość taka istnieje, ale w rzadkich i ciężkich przypadkach SEN (Special Education Needs). Tym samym materiał się dostarcza, przerabia, jest go sporo i jest bardzo różnorodny, ale nie ma musu. Nauczysz się, to tym lepiej dla Ciebie, nie ogarniesz, to męczysz się później, a kiedyś pewnie poddajesz. Lenie mają tu raj i kończą właśnie jako ci dorośli, co uchodzą za analfabetów.
Kocham angielską szkołę za sposób prowadzenia lekcji. Nie, że szare klasy, 45 minut w ławce w pierwszej podstawowej i że plecaki napędzające kieszenie ortopedów. Lekcje są ciekawe, wzbogacane o dyskusje, mnóstwo materiałów, wspólną pracę nauczyciela i dzieci (nie ma „zadam wam, a wy rozwiązujcie, jak nie to jedynka”), nagradzanie dzieci, które się starają, darmowe książki, zeszyty i wszelkie przybory, które czekają na nie w szkole, same dzieci noszą ze sobą jedną materiałową teczkę z zadaniem domowym i listami do rodziców. Mnóstwo wycieczek, stały i tani dostęp do obiektów kultury (muzea, teatry, opery, basen, w tym tygodniu dzieci z mojej szkoły jechały na mecz Manchester United za opłatą 8 funtów, które za wszystkich wyłożyła szkolna skarbonka). Assembly – coś w rodzaju apelu – mamy je w każdy dzień tygodnia poza poniedziałkiem. Pogadanki dyrektora z morałem, wykłady z religioznawstwa, w każdy piątek występ lokalnych artystów (w ubiegły piątek grupa grająca reaggae, wcześniej występ jazzowy, afrykańskich bębniarzy, hinduskiego tancerza itd), celebrowanie sukcesów, opiernicz za słaby procent obecności, występy aktorskie dorosłych i moje ulubione – dzieci. Każdego tygodnia któraś z klas przygotowywuje spektakl związany z tym, o czym się akurat uczą. Ostatnio była Wojna Trojańska, wcześniej recytacja Szekspira, występ kosmitów, poranek poetycki. Dzieje się naprawdę dużo i dzieciaki mają mnóstwo pozytywnych doświadczeń związanych z edukacją. Nie da się tu szkoły nie lubić.

2. Urzędy…
… a może jednak to, że ich nie widujesz, bo większość spraw załatwisz przez Internet lub telefon. Albo drogą pocztową. Jak już koniecznie musisz się pofatygować i zobaczyć twarz urzędnika na własne oczy, to będzie on miły, bo musi być i nie będzie robił Ci łaski. A Ty nie będziesz musiał się płaszczyć ani przepraszać miną za swoją obecność. Szybko i przyjemnie, byle z głowy.

3. Podejście do obywateli.
Dla Polaka, w którego kraju system istnieje po to, żeby wypruć z obywatela flaki i wykorzystać go na maksa, miłą niespodzianką jest szereg ułatwień, dodatków i rzeczy, które są za darmo (w tym choćby i antykoncepcja). Ulgi finansowe, spłacanie długów przez 150 lat po 20 groszy tygodniowo, darmowe przedszkola dla trzylatków, darmowe lekarstwa dla dzieci do 18go roku życia i emerytów, a dla dorosłych pod warunkiem niskich dochodów czasem i dożywotnio. Mnóstwo tego jest i naprawdę ułatwia się ludziom życie często i gęsto.

4. Możliwości
Chcieć to móc i tym razem nic nikogo nie ogranicza. Można wszystko osiągnąć ciężkà pracą. Nie potrzeba mieć układów, układzików i znajomości – pasja wystarczy, by zamiast być magazynierem z pięcioma dyplomami, robić to, co się lubi i zarobić wystarczająco dużo, by wyżyć. Czego niestety nie można powiedzieć o Polsce.

Podsumowując – pomimo tego, że tak wiele rzeczy jest tu na odwrót: jeździ się po lewej stronie ulicy, kierownice montuje przy siedzeniu pasażera, jesień trwa przez trzy pory roku, rury bywają wciąż po zewnętrznej stronie budynków, a po ulicach zasuwają szare wiewiórki i rudzi ludzie, życie codzienne może być na „tak” i to aż cztery razy!

Dodalibyście coś od siebie?

131. Manchester – as the reds go marching on!

rsz_dsc01652 * as the reds go marching on – fragment hymnu na cześć Manchester United („a czerwoni suną przed siebie”.)

***

Pół miliona serc, których bicie poczujesz przyłożywszy dłoń do chodnika. To miejsce kontrastów, gdzie duch średniowiecza spotyka się z jutrem i wirują razem w rytmie nocnych dźwięków pomiędzy uliczkami. Są takie miasta, które mają dusze; Manchester oferuje Ci ją na dłoniach, jeśli tylko zechcesz je poznać. Dziewiąte najbardziej deszczowe miejsce w tym kraju już mnie nie razi, nie wydaje się zgniłe jak przed pięcioma laty. Dało mi się poznać nieco lepiej podczas cichych wieczornych spacerów, kiedy uchylając rąbka tajemnicy zaprosiło do romansu. Chce być kochane, stanowić kontrast dla tych wszystkich zbolałych istot o zagubionych spojrzeniach, przemierzających jego ulice. Widziałam wiele smutku zaglądając w oczy jego mieszkańcom. Myśląc o nich widzę przepaść zakorzenioną głęboko w umysłach Anglików: oto miasto pięknych twarzy o grubych portfelach i nastolatków na gigancie przysypiających we wgłębieniach między budynkami. Spacerowałam, podziwiając splot dłoni historii i przyszłości, dostrzegalny tu na każdym kroku. Delektowałam się ilością miejsc, w których miłośnicy sztuki wszelkiej byliby w błogostanie i rozpaczałam nad ilością osób, które wolały spędzić ten czas na zakupach. Do momentu, w którym odkryłam, że stuszesnastoletnia biblioteka rodem z Hogwartu mnie do siebie nie przyjmie, bo tylko kretyn mojego pokroju wybiera się na romans z miastem w Boxing Day. Niemniej Manchester porwał mnie dzięki swemu urokowi poraz kolejny, a wszystko co muszę z siebie wyrzucić to: I mad fer it!**

**Powiedzenie, które usłyszy się tylko w Manchesterze. W wolnym tłumaczeniu jednego z mieszkańców –  „Zajebi*cie mi się to podoba”.

rsz_dsc01645 rsz_dsc01663 rsz_dsc01644 rsz_dsc01642 rsz_dsc01640 rsz_dsc01639 rsz_dsc01634 rsz_dsc01630 srsz_dsc01674 rsz_dsc01670

26. Bezpieczeństwo a paranoja.

Dziś będzie trochę o tym, jak na Wyspach próbuje się walczyć o bezpieczeństwo każdego dziecka i o tym jak cienka jest granica między bezpieczeństwem właśnie a paranoją.

Przykład pierwszy: kobieta, która dała dziecku klapsa w supermarkecie, miała wizytę pomocy społecznej w godzinę od przekroczenia progu domu. Zawiadomił ich pracownik sklepu.
Przykład drugi: mamy w szkole dziewczynkę, której ojciec sprzedaje narkotyki. Opieka powiedziała, że dziecku nic nie zagraża, więc nic nie zrobią.

Tam, gdzie dziecko ma stały dostęp do twardych narkotyków i zdaje sobie z tego sprawę (sama się nam żaliła, że tato jest dilerem i dzieci się z niej śmieją), opieka mówi, że nic mu nie grozi. Tam, gdzie matka dała synowi klapsa, żeby przestał rozwalać sklep, nagle okazuje się, że jest potworem. Strach przed tego typu sytuacjami sprawia, że ludzie często boją się iść do lekarza podczas wypadku. Bo gdyby poszli do lekarza np z oparzeniem, a po miesiącu nauczyciel zauważyłby siniaki w tzw określonych miejscach (a te miejsca są powymieniane tak, że w sumie obejmują większą część ciała), to kłopot murowany.

Ludzie boją się też własnych nastolatków. Znam Słowaczkę, która próbowała trzymać córkę krótko : nie wolno jej było szwendać się po nocach, spotykać co chwilę z innym chłopakiem, imprezować. Miała 16 lat i patrząc na burdel na kółkach jaki panuje w Anglii – a uwierzcie mi, że choć mało co mnie dziwi, opadła mi kopara na widok pijanych do nieprzytomności nastolatek śpiących na chodniku o czwartej nad ranem, w kusych sukienkach długością mogących robić conajwyżej za pasek od spodni, na widok zużytych kondomów na klamkach mieszkań – też chciała szaleć. Zgłosiła na policję, że matka ją bije. Myślała, że zyska przewagę, będzie mogła matkę poszantażować. Nie tu. Wywieziono ją do rodziny zastępczej i do jej pełnoletności matka nie ma prawa wiedzieć, gdzie przebywa. Tłumaczenie „skłamałam” po fakcie już nie działa. Został im jeszcze rok płaczu, aż będą mogły się zobaczyć. „Wybacz mi mamo, tęsknię, chcę do Ciebie wrócić” – pisze w liście. Ludzie próbujący wpoić swoim dzieciom jakieś wartości nie mają tu lekko – niezależnie od sytuacji trzyma się stronę dziecka. Dzieci mają tu zbyt wiele praw, zdaje się. Wolno im wszystko, w imię prawa wyboru, wolności i rzekomo bezpieczeństwa.

Dziecko, które zmienia swoje dotychczasowe zachowanie, jest w szkole pod obserwacją. To znaczy, że jeśli gaduła nagle milknie na tydzień albo miły dzieciak staje się agresywny, nauczyciel i asystent będą mu się przyglądali i przysłuchiwali, notując i zgłaszając wszelkie wnioski. To akurat zdaje się działać lepiej niż sposoby opisane powyżej. Ale też jest ze strachu. Ukarana została nauczycielka, która widziała, że dziecko grzebie w śmietniku, a tego nie zgłosiła. Bowiem w niedalekiej przyszłości rodzice dziecka zostali postawieni przed zarzutem głodzenia go. Nauczycielka powinna była zgłosić to osobie zwanej Safeguarder (ochroniarz/ strażnik bezpieczeństwa), każda szkoła ma conajmniej jednego pracownika tego typu. Są oni szkoleni do oceniania obserwacji – czy jest to coś poważnego i co może się za tym kryć, wyciągają od dzieci i rodziców informacje na zasadzie pytań otwartych itd. Taka osoba decyduje czy należy powiadamiać opiekę społeczną i którąś z organizacji, jak np. S.H.E.E.P. Every Child Matters czy też np siniaki na plecach są wynikiem upadku ze schodów (moja siostra notorycznie zdjeżdża na plecach w ramach poślizgnięcia się na wykładzinie na schodach) lub zabawy na placu zabaw.

S.H.E.E.P :
Safety (bezpieczeństwo),
Health (zdrowie),
Enjoy and achieve (korzystać i zdobywać gole),
Education (nauka),
Positive contribution (pozytywny wkład)

czyli prawa dziecka i jednocześnie obowiązek rodzica i państwa aby je dziecku zapewnić w ramach kampanii Every Child Matters (Każde Dziecko się Liczy). Kampania ta powstała w odpowiedzi na sytuacje, w których prawa dzieci były łamane i doprowadziły do tragedii. Najsłynniejsze takie przypadki o których uczyliśmy się na zajęciach to Baby P., Daniel Pelka, Hamza Khan i Victoria Climbie.

Baby P. to mały Anglik z Londynu, który zmarł wskutek serii obrażeń mając 17 miesięcy.
Historię Daniela Pelki jako jego rodacy w większości znamy. Jeśli ktoś przeoczył – chłopiec mieszkał w Coventry i zmarł w wieku czterech lat, po tym jak był głodzony, maltretowany i pobity na śmierć przez swoją matkę i jej faceta.
Hamzah Khan, syn Pakistańczyka i Angielki, zresztą samotnie wychowującej go, który został znaleziony martwy w jej domu w Bradford. Matka alkoholiczka zagłodziła go na śmierć, po czym schowała ciało i aby ukryć wydarzenie nadal pobierała zasiłki na chłopca, który od dwóch lat był martwy.
Victoria Climbie to dziewczynka z Francji, zmarła mając 8 lat. Ciotka, która opiekowała się nią w Londynie, przypalała ją papierosami, związywała na okres nawet 24 godzin, biła prętami i kablami. Victoria zmarła z powodu obrażeń.

Powyższe historie podawane są jako przypadki, w których nawalili wszyscy. Od opieki społecznej (nie zainteresowali się nawet jeśli coś było zgłoszone), przez szkoły/przedszkola (nie odnotowali obrażeń i zachowań ofiar), po przychodnie (nie zgłosiły przykładowo tego, że mały Hamza przez dwa lata nie pojawił się na obowiązkowych badaniach kontrolnych) aż po sąsiadów (często mogliby słyszeć krzyki czy awantury albo np zgłosić matkę Hamzy, którą już po jego śmierci określili słowami „Piła więcej wódki niż wody”). Dlatego właśnie szkoły i przychodnie są przewrażliwione, a rodzice martwią się czy zgłaszając wypadek i pokazując w przychodni obrażenia nie nabawią się stałych wizyt opieki społecznej.

Dzisiejszy wpis nie był ani lekki, ani śmieszny, powstał w wyniku przemyśleń podczas nauki do egzaminów z działu ochrony i bezpieczeństwa.
Moją opinią jest, że choć państwo bardzo się stara, niełatwo jest zapobiegać tego typu sytuacjom. Bo bardzo często poważne przypadki są ignorowane aż dojdzie do tragedii, a błahe wydarzenia, jak klaps czy dziecko złe na matkę, bo nie może się szwendać, są brane z powagą, jaka powinna być poświęcona tym pierwszym. System zawodzi, to się zdarza wszędzie. Tylko czy można to zmienić, a jeśli tak, to jak?