188. Już prawie jesień

Fullscreen capture 30082014 153744.bmp (Large)

Z dnia na dzień temperatura spadła o kilka stopni więcej, niż byśmy sobie tego życzyli. Usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty w dłoni, kiedy stopy owiał mi przenikliwy chłód jesiennego wiatru, który to wdarł się natarczywie szczelinami dzielącymi podłogę i drzwi prosto do mojej sypialni. Tak, to jesień zdążyła już pokazać pierwsze oznaki swojego powrotu, o ile kiedyś zdarzyło się nam łudzić, że w ogóle zostawiła nas na dłuższą chwilę samych. Patrząc na poruszane żywo przez wiatr korony drzew oddałam się przemyśleniom. To lato było inne. Wspomnienie zeszłorocznych wakacji jawi się jako typowa odskocznia- w biegu między państwami, w pogoni za słońcem. Życie na pełnych obrotach. Te wakacje były inne, spokojne, leniwe. Nadrobiliśmy spotkania z każdym, kto tylko przyszedł nam na myśl, mieliśmy z Młodym mnóstwo czasu dla siebie i takiego, gdy nie robiliśmy zupełnie nic. Spróbowaliśmy kilku atrakcji, których normalnie bym mu nie zaserwowała, nogi niosły nas dalej niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Nagle jednak bańka pryska, zupełnie znienacka okazuje się, że jest już prawie wrzesień. Jeszcze tylko parę drobiazgów, dopiąć kilka spraw na ostatni guzik i pora rozpocząć kolejny rok szkolny, kolejne byle do weekendu, wolnego, ferii. Powoli oswajam się z tą myślą powrotu do pracy, choć muszę przyznać, że w okolicach przedwczoraj byłam na skraju rozpaczy. Cóż, nic co dobre nie trwa wiecznie. Nie czuję się przygotowana, ale to mnie nie martwi. Wszak improwizacja to moje drugie imię, zresztą, z doświadczenia już wiem, że im bardziej staram się przygotować, tym więcej atrakcji serwują mi z zaskoczenia. Warto przeczekać. W życiu w ogóle warto czekać, choć to takie trudne. Czekać na rozwój wydarzeń, patrząc na nie z boku, siedząc na oknie właśnie, takim z widokiem na główną ulicę, grzejąc ręce trzymanym w nich kubkiem herbaty. Co ma być to będzie. Nie ma takiej siły, która by była w stanie zmienić fakt, że pewne rzeczy dzieją się poza naszą kontrolą. Takowe należy przeczekać z bezpiecznego dystansu. Wyłączyć umysł, rozdrabniający wydarzenia z przyszłości na części pierwsze, krzyczący że wszystko pójdzie nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, odnajdujący tysiące powodów do porażek i żadnego do sukcesu. Jest ster, a zatem czekam. I jest mi z tym czekaniem zaskakująco dobrze. Poraz drugi już porzucam wieloletnią tradycję i nie nucę sobie Green Day’a, kiedy przychodzi wrzesień. „Wake me up when September ends” jest tak senne, jak moja gotowość zderzenia się z deszczową rzeczywistością. Jeszcze nie teraz się zmartwię, jeszcze są ostatnie ciepłe chwile wakacji. Jeszcze tylko zmrużę oczy i wystawię twarz w stronę słońca, jeśli tylko uda mi się je znaleźć. Zawsze też mogę je sobie wyobrazić. Albo namalować.

Reklamy

161. Instamix – pocztówka z podróży

in.jpg1.,2.,3. Katowice
in2
4. Ogródkowe jabłka prosto z drzewa <3, 5. Deszcz w lesie. 6. Śląski zachód słońca.
wakacje (18)7. Prom w stronę Francji, Dover. 8. Francuska wioska, Samer, Calais. 9.Roadtrip.
in1
10.,11.,12. Trasa przez francuskie wsie.
in3
13.,14.,15. Bordeaux, Francja
in4
Francja: 16. Arcachon, 17. La Dune Du Pilat, 18. Arcachon, 19. La Dune Du Pilat.
in5
20., 21., 22. Tuluza
in6
23., 24. Paryż

Tegoroczne wakacje na duży plus, pomimo przebojów, o których już w kolejnym wpisie. 🙂

160. Telegram z podróży

Czy dom jest tam, gdzie mieszkamy? Czy tam gdzie czujemy się dobrze? Dla kogoś dom może być tam gdzie rodzina lub ukochany. Wsiąkam miejsca niczym gąbka i w każdym z nich zostawiam jakąś cząstkę siebie, by mieć do czego wracać i czuć się jak w domu. Z miejscami mam jak z ludźmi – albo to czuję, albo nic z tego nie będzie.

Opuszczam Anglię na rzecz odwiedzin w Polsce. Jadę zobaczyć ‚już nie dom’. Pozostawiam za sobą zwariowane miasto, w którym nic już nie dziwi. Choć kocham podróżować, będę tęsknić. Zostawiam za sobą swój angielski dom, bo na emigracji pojęcie domu mieści się w czasie potrzebnym do spakowania plecaka. Tak ładnie ktoś to kiedyś nazwał.

STOP

Calais. Miejsce, w którym udowodniliśmy brak człowieczeństwa. Podwójne kolczaste ogrodzenie, podłączone do prądu, klatka. Tysiące namiotów ustawionych wzdłuż plaży to już chyba ‚dobudówka’ do oryginalnej Dżungli. Odgrodziliśmy się nie tylko od niej, głównie od jej mieszkańców. Uczucie podobne do tego podczas wizyty w obozach zagłady. Smutek i niesmak. To się jednak dzieje tu i teraz. Niewiele możemy z tym zrobić, to jeszcze gorsze.

STOP

Niemcy jawią się surowiej. Za oknem więcej lasów iglastych, ludzie bardzo poważni. Nie uśmiechają się, ale to nic, porównując do polskich serwujących, krzyczących na ludzi, że się nie rozmnożą. Gościu też jedzie już dwa dni, mamy trochę litości. My, z tyłu. Skrzyczeni – niekoniecznie.

STOP

Fakt, że przekroczyłeś granicę, oznajmia Ci ilość wybojów na drodze. Pierwsze wrażenia po 5 latach nieobecności w Polsce – dziurawe drogi, audycja radiowa o spotkaniu młodzieży z Papieżem i przepiękne pole słonecznikowe. Taka może być Polska oczami ekspata. Bez krytyki, obserwuję. Taki mamy klimat. Zachwycam się słonecznikami, które niczym pole tysiąca maleńkich słońc, ciekawe świata, wychylają swoje główki oparte na cienkich łodygach. Lato czuć w powietrzu.

STOP

Przesiadka w Słubowicach. Włoszka z trzymetrowym krzyżem prawie zabiła mi nim matkę. Siostra dostała ataku paniki na widok komara. „Komary są najgorsze, mogą Cię zabić”, rzecze. Niech żyją wakacje. Jest też z nami wycieczka ukraińska, mój bagaż pojedzie z nimi aż do ich granicy, ale jeszcze tego nie wiem. Rozkoszuję się upałem. Zjeżdżamy cały Dolny Śląsk nim dojedziemy na Górny. Architektura i ilość zieleni jest niemal identyczna. W 31 godzin przez 4 kraje nie pozostawia śladów zmęczenia, to trening przed nadchodzącym. Kiedy wreszcie znajduję się w miejscu docelowym, tydzień mija mi bardzo szybko, po brzegi wypełniony ulubionymi miejscami i przede wszystkim twarzami. Tęskniłam, więc korzystam. Duszne, gorące śląskie lato to dla mnie czysta przyjemność. Przynajmniej na tydzień. To był udany wypad.

Bez odbioru.

(Więcej o wrażeniach z Polski tutaj, jeśli komuś umknęło).