189. Czwarty września

img_4830

Jeszcze tylko chwila, minuta, momencik. W nieznany mi w ciągu dalszym magiczny sposób z szóstej zrobiła się za piętnaście siódma. Najprawdopodobniej przestawiłam budzik na spaniu, w pamięci jednak pod tym oto hasztagiem widnieje bielutka pustka.

Tego dnia samochody przejeżdżały w pośpiechu po mokrym asfalcie, wydając specyficzny szeleszczący odgłos. Senna atmosfera jeszcze parnej lecz już ciemnoszarej jesieni spowiła miasto, umysły i serca.

Tego dnia korytarze były jakby puste, choć przepełnione znajomymi już twarzyczkami. Rozkojarzone, niepewne celu pobytu o tak wczesnej porze na terenie szkoły, próbowały wtopić się w rutynę, z którą nie pozostaje nic innego, jak tylko się pogodzić. Kolejny początek.

Kiedy coś się zaczyna, coś innego się kończy. Było inaczej. Tak samo, a jednak nie do końca… Chyba dopiero tego dnia zdjęłam różowawe okulary tak na dobre, choć zajęło mi to cały zeszły rok. I podobał mi się ten trzeźwy widok, podobały mi się odcienie szarości. Rzeczywistość była zmęczona, uśmiechała się już tylko z grzeczności, dzieliła radość, brakowało w niej różu, ale była szczera. Tego dnia zrozumiałam na dobre już, że wszystko tu jest tylko przejściowe, że te momenty, radości, więzi, jutro będą już tylko wspomnieniem i nawet nikomu nie będzie przykro. Przecież dobre życie składa się z miłych chwil, a z chwilami tak to już jest, że żadna z nich nie trwa wiecznie.

Tego dnia szkolne mury wypełniał półszept dochodzący jakby z oddali, choć był na wyciągnięcie ręki, potęgując w ten sposób poczucie innego wymiaru. Wszystko kumulowało się w przekonaniu, że ktoś właśnie odpauzował zatrzymany wcześniej film, a my, aktorzy, próbowaliśmy się w tym nagłym włączeniu odnaleźć. Zmęczone, senne dusze, małe, młode, starsze, tego dnia wszystkie zagubione między kroplami burej mżawki i powiewami wciąż ciepławego powietrza, przekraczające albo i nie podmokłe brązowe liście gdzieś między kałużami. Tego dnia życie leniwie obrało dawne tory, nostalgia zaś miała konsystencję waty cukrowej, można ją było brać garściami i wypychać sobie kieszenie na później. Tym dniem był czwarty września.

Reklamy

141. Warto skorzystać: Darmowe Polskie Szkoły Internetowe

Zapisy.2016.reklama

(Wpis powstał w ramach współpracy z Libratus)

Darmowe polskie szkoły internetowe – smakołyk dla matek dwujęzyczków, pomagający w nauce języka polskiego nie tylko na Wyspach, ale wszędzie, gdzie mamy dostęp do Internetu. Myślę, że warto skorzystać. Oto jak się reklamują:

“Wielu rodziców zastanawia się, jak pielęgnować język polski u dzieci dorastających na emigracji. Z pomocą przychodzą Polskie Szkoły Internetowe Libratus, które bezpłatnie umożliwiają małym Polakom utrzymanie kontaktu z językiem ojczystym. Zapisy na darmową polską edukację internetową na kolejny rok szkolny 2016/2017 właśnie trwają. Dlaczego warto zapisać dziecko do programu?
Nauka w projekcie to połączenie nowych technologii i wieloletniego doświadczenia kadry pedagogicznej. Uczeń ma dostęp do internetowej platformy z szeroką gamą materiałów edukacyjnych. Zajęcia odbywają się w formie nauczania domowego – rodzic w oparciu o scenariusze lekcyjne i repetytoria pełni rolę nauczyciela. Dodatkowe wsparcie stanowią cotygodniowe lekcje on-line, tzw. Webinaria prowadzone przez wykwalifikowanych pedagogów. Program zajęć urozmaicają prezentacje, filmy edukacyjne, interaktywna tablica oraz gry – wszystko po to, aby nauka łączyła się z zabawą. Każdy rok szkolny kończy się egzaminem, który daje możliwość uzyskania państwowego świadectwa szkolnego – takiego samego, jakie otrzymują dzieci uczące się stacjonarnie w Polsce. Podobnie jak jego rówieśnicy z Polski, uczeń dostaje także legitymację szkolną uprawniającą do zniżek. Dzieci uczące się w Polskich Szkołach Internetowych Libratus nie tylko rozwijają swoją dwujęzyczność, lecz także realizują ujednolicony materiał szkolny, co umożliwia dalszą kontynuację nauki w Polsce. Dwujęzyczność ułatwia dzieciom swobodną komunikację z krewnymi w Polsce. Ponadto umożliwia biegłe poruszanie się w obu kulturach, z którymi się stykają, poszerza horyzonty, a w dalszej perspektywie stanowi atut na rynku pracy.
Program skierowany jest do uczniów zerówki, szkoły podstawowej i gimnazjum. Rejestracji na bezpłatną naukę w roku szkolnym 2016/2017 można dokonać na stronie www.libratus.edu.pl/zapisy2016. Liczba miejsc jest ograniczona. Decyduje kolejność zgłoszeń. “

129. Kartki grudniowe.

Nastały czasy, w których czytelnicy proszą mnie o kolejne wpisy. Bo by poczytali. Trochę to sukces a trochę klęska, bo choć sadeemkowa produktywność osiąga wymiar, w którym szczyty stają się normą, nie na blogu to widać tym razem. I choć pisać byłoby o czym, nie ma na to czasu, kiedy trzeba cały świat zamknąć w przestrzeni między ramionami. Jestem trochę Matką Teresą, a trochę tą Margot od opieki nad dziećmi uchodźców. A było to tak.

Nastał grudzień. Nie żeby trwał zaledwie kilka dni, a człowiek już miał dosyć. Zmiany trwały przez cały listopad. Zmiany wewnętrzne, duchowe, zmiany, których kumulacja pod koniec miesiąca doprowadzała do stanu pragnienia ucieczki na księżyc. Ale pozbierałam się chwilowo w jeden kawałek ciepłej masy, bo skoro tyle osób na mnie liczy, to jak mogę dać ciała. I tak od niesienia na plecach współpracowników po nerwy związane z nawałem uczniów, idę sobie przez życie, udając, że jestem silna. Grudzień, styczeń i maj to taki czas, kiedy w ciągu tygodnia dostajesz średnio dwóch nowych podopiecznych. I niby nie tak źle, ale… No właśnie, ale. Bo jak jesteś tam, by ich uczyć angielskiego, to oni go kompletnie nie znają. I tak przeprogramowywujesz system z tygodnia na tydzień, a zamiast trzech grup robiących trzy różne rzeczy w tym samym czasie, nagle masz siedem. Dwadzieścia osiem sztuk, które trzeba nauczyć nie tylko języka, ale i jak radzić sobie z życiem. Dzieci uchodźców wojennych na włoskich i hiszpańskich paszportach. Dzieci uchodźców wojennych prosto z Syrii, których ból ukryty głęboko w oczach przykrywa pozorne zamiłowanie do nauki, napędzone rozpaczliwym pragnieniem normalnego, spokojnego życia. Dzieci wszelkich państw Afryki, mówiące biegle po hiszpańsku i w językach, których nie zna nawet wujek gugyl. Dzieci zachwycające włoszczyzną, będące w tym samym czasie oficjalnie z Arabii, a tak już mniej to jednak z Libanu czy innego równie ciekawego politycznie kraju. Dzieci uchodźców kryzysowych, prosto z Rumunii i Bułgarii, których los pokarał innym wymiarem wojny, tej chorej, wewnątrz domu, rodziny. Dwadzieścia osiem sztuk spragnionych uznania, uwagi i miłości. Dwadzieścia osiem dusz pragnących zapomnieć o okrutności świata dorosłych, choćby przez tych kilka godzin. Dwadzieścia osiem par oczu wpatrzonych we mnie, pragnących wyrzucić z siebie cały ten ból, bojących się odrzucenia. Dwadzieścia osiem kontra ja jedna. Przerażona i nieogarnięta. Ja sama niosę wciąż bagaż ran i żalu, nad którymi mam nieraz ochotę wypłakać się komuś w rękaw. Ale chyba dlatego właśnie je rozumiem, czuję i dzielę ich ból. I odnoszę sukcesy jako pedagog. Jako silna osobowość ponoć tak potrzebna w naszej szkole. Jako ponoć profesjonalistka ze sporą wiedzą i doświadczeniem na swoim polu, ponoć z jeszcze większym potencjałem.

Ja. Taka mała i przerażona. Te wszystkie tytuły, takie dumne i oficjalne, wirują wokół mnie niczym porzucone na wietrze wstęgi. Ludzie kochają tytuły i wyniosłe słowa. Rozpieszczają nimi swoje ego. Ja ich nie znoszę. Słowa wychodzące z ust ludzi są zdradliwe, zmienniejsze niż ich uczucia. Ja, to małe przerażone dziecko, niosę na plecach ciężki bagaż ludzkich łez, nadziei i oczekiwań. Czasem po prostu idę i jakoś to jest. Czasem zwyczajnie się boję i wtedy nie jest. Szczególnie wtedy, kiedy to starannie schowane obolałe ja zostaje wygrzebane na światło dzienne.

Czy można służyć światu nie radząc sobie z samą sobą? Nie wiem.

Można na pewno poszukiwać. Lustra dopełniającego te braki, których nikt nie chce widzieć. A kiedy już się znajdzie… To co wtedy?

Dwadzieścia osiem sztuk, z których każda ma moje serce, a które ja nazywam swoimi. Sprawia im to przyjemność. Łudzimy się razem przez te kilka godzin, że ten okrutny świat dorosłych nas nie dotyczy. Że ból, który na nas wylewają, próbując odreagować, nas nie dotknie. Bo mamy siebie i tę naiwną, dziecięcą miłość.

Ta praca to ogromny stres i medytacja w tym samym czasie. I tryb szaleńca. Wieczna karuzela emocjonalna.

121. Nauczyciel N2E

… czyli nauczyciel od wszystkiego. Tak bowiem wygląda moja nowa praca.

Mam w grupie 10 osób ze zróżnicowanymi umiejętnościami językowymi i ogólnymi. Nie każde dziecko w mojej grupie jest przyjezdne, niektóre mają problemy w nauce i ich umiejętności są o wiele bardziej ograniczone niż ich równieśników. Jako że przydzielono mi na pół dnia grupę szóstoklasistów, którzy są w Anglii od kilku miesięcy, a ja mam przygotować ich do majowych testów (SATS), dorzucono mi też tych, którzy są do tyłu z materiałem, by na owych przygotowaniach skorzystali. Mamy więc mieszankę wybuchową – dzieci, które są bardzo mądre lecz ograniczone nieznajomością języka oraz takie, których angielski jest dobrze rozwinięty, jako że mieszkają tu od urodzenia lub od kilku lat, a zdolności ogólne mocno ograniczone. O ile uczenie tych pierwszych jest frajdą i z tygodnia na tydzień widać postępy, mając przy tym trochę śmiechu (lekcja angielskiego, piszemy instrukcję/przepis, dziewczyna kończy swoją pracę o przygotowywaniu kanapek zdaniem „Na końcu wkładasz chleb do środka ludzi”), o tyle nauczanie tych drugich wymaga złóż cierpliwości, kreatywności i zdolności zarządzania ich rozpraszaniem, czasem kosztuje wyrywanie sobie włosów i walenie głową w ścianę, kiedy nikt nie patrzy. No bo uczenie w tym samym czasie ułamków (ci zdolniejsi), odejmowania w słupkach (ci średni) i odejmowania od dwudziestu kogoś, kto mi mówi, że 20-3=5, to trochę bycie trzema osobami przy trzech stolikach naraz, ogarniając w międzyczasie zachowanie. Radzę sobie, choć kosztuje mnie to sporo przygotowań i trzech planów jednej lekcji; kiedy przygotuję jeden, budzi się w nich geniusz i po pięciu minutach  kończą, kiedy mam gotowe dwa, w międzyczasie najbardziej problemowy postanawia próbować zabić kolegę krzesłem, bo na niego spojrzał, zaś kiedy mam trzy, każdy kto piśnie, kichnie lub oddycha zbyt głośno, dostaje natychmiast coś jeszcze do roboty, nim zorientuje się, że mógłby rozwalić mi pół lekcji.

Brzmi jak tryb wariata i faktycznie nim jest.

Uwielbiam złoszczącą się N., zaczynającą zrzędzić pod nosem po hiszpańsku gdy się zdenerwuje, pomagającą wszystkim we wszystkim R., której angielski wymaga jeszcze mnóstwo pracy, K., który zapytany o to jak się cośtam mówi w jego języku, odpowiada – Ale w którym, miss? Włoskim, pasztuńskim czy urdu? ( Pasztun wychowany we Włoszech trafił do Anglii. No i pyta się poważnie, bo dla niego te trzy języki są „jego” językami). D., która żyje na swojej planecie i nigdy nie ogarnia co się dzieje wokół, P., który choć ze względu na zachowanie będący postrachem nauczycieli, skradł moje serce i najchętniej to bym go adoptowała i dokarmiła, Z., marzącego o zostaniu taksówkarzem… Co do jednego uwielbiam.

68. Rolnik też człowiek!

Kiedy byłam mała, miałam zadatki na bycie feministką. Nienawidziłam chłopaków. Ciągle ich biłam, bo mnie wkurzali. Przeszło mi dopiero około pierwszej klasy gimnazjum, kiedy po stupięćdziesięciu przyjaciółkach na śmierć i życie odkryłam, że z chłopakami można grać w kosza, wygłupiać się i nie trzeba znosić fochów, obraz, scen zazdrości, słuchać smutów. Z moim jedynym i najlepszym przyjacielem Danielem, kiedy miał ogromnego doła, bo rodzice się rozwodzili i prowadzili wojnę domową, przemilczaliśmy jego smutek przy piwie w jednym z barów, jak na facetów przystało. Nie musiałam wycierać mu łez ani słuchać o depresji. Ale wracając do czasów gdy byłam mała, a każdy chłopak pojawiwszy się obok mnie dostawał trampkiem po głowie (a przedszkolanka dostawała kur…tej, no, nerwicy)…

Pani Beata, moja „pani” w zerówce, próbowała wszystkiego, żeby mnie ogarnąć. Pewnego dnia, kiedy zrezygnowana rozdzielaniem mnie i kolegów zaczęła nas uczyć kolejnej zabawy, odkryła, że to jest to. Mała Sadeemka przestała być potworem. Na chwilę. A jak to się liczy, taka chwila! Sukces pedagogiczny! Ową zabawą, moją ulubioną wtedy, był…

Rolnik Sam W Dolinie.
Kto z Was tego nie pamięta? Wybiera się Rolnika, chodzi w kółeczku, i śpiewa tak :
Rolnik sam w dolinie, rolnik sam w dolinie.
Hejże dzieci, hejże ha, rolnik sam w dolinie.
Rolnik bierze żonę, rolnik bierze żonę,
Hejże dzieci, hejże ha, rolnik bierze żonę.
Żona bierze dziecko, żona bierze dziecko.
Hejże dzieci, hejże ha, żona bierze dziecko.
Dziecko bierze kotka, dziecko bierze kotka.
Hejże dzieci, hejże ha, dziecko bierze kotka..
Kotek bierze myszkę, kotek bierze myszkę.
Hejże dzieci hejże ha, kotek bierze myszkę.
Myszka bierze serek, myszka bierze serek.
Hejże dzieci hejże ha, myszka bierze serek
Ser zostaje w kole, bo nie umiał w szkole
Tabliczki mnożenia, ani podzielenia
Koło się obraca, serek się przewraca,
Hejże hejże hejże ha, serek się przewraca.

Jaka była moja radość, jak uczyliśmy pierwszaki tej zabawy w zeszłym tygodniu. Wersja angielska jest prawie taka sama, leci to tak:
The farmer in the dell
The farmer in the dell
Hi-ho, the derry-o
The farmer in the dell
And the farmer takes a wife
The farmer takes a wife
Hi-ho, the derry-o
The farmer takes a wife
And the wife takes the child
The wife takes the child
Hi-ho, the derry-o
The wife takes the child
And the child takes the nurse
The child takes the nurse
Hi-ho, the derry-o
The child takes the nurse
And the nurse takes the dog
The nurse takes the dog
Hi-ho, the derry-o
The nurse takes the dog
And the dog takes the cat
The dog takes the cat
Hi-ho, the derry-o
The dog takes the cat
And the cat takes the mouse
The cat takes the mouse
Hi-ho, the derry-o
The cat takes the mouse
And the mouse takes the cheese
The mouse takes the cheese
Hi-ho, the derry-o
The mouse takes the cheese
And the cheese stands alone
The cheese stands alone
Hi-ho, the derry-o
The cheese stands alone

W zasadzie dodano jedynie nianię (w polskiej wersji też bywała), która bierze pieska i ten piesek bierze kotka. Ser zostaje sam, niezależnie od tego co umiał a czego nie, no bo cóż ten ser mógłby brać, jak nie ma kończyn. Mniejsza o to. Kiedy sobie porównywałam polską i angielską wersję, znalazłam jedną, która kończy się tak:
Ser zostaje w kole, bo nie umiał w szkole
Tabliczki mnożenia ani podzielenia,
Ser będzie rolnikiem, ser będzie rolnikiem,
Hejże hejże hejże ha, ser będzie rolnikiem.

No i stało się. Krew zawrała mi w żyłach, aż poczułam, że paruje. Co poeta miał na myśli?
Czyżby sugerował dzieciom, że każda osoba która się nie uczy, zostanie rolnikiem? Czy rolnik na początku był serem? Co było pierwsze, ser czy rolnik?! Czy poeta nie wie, że rolnicy kończą szkoły rolnicze? Że ich rodziny miewają więcej kasy niż mieszczuszki po studiach? W końcu – Poeto! A pomidorki i ziemniaczki smakują? A co, myślałeś że rosną w reklamówkach w Tesco?!
Rolnik też człowiek! Wcale nie ser!

Dziękuję za uwagę.

***

Jak byłam mała (znowu) i snułam swoje teorie, to mnie rodzice pytali czy nie mam innych problemów. Miałam. Teraz też mam. Trzeci kot uciekł mi z domu, Maleństwo sra co drugi dzień i jęczy że mu nie idzie, Luby potrzebuje wsparcia a ja jestem emocjonalnym facetem, zaraz wracam do pracy pełną gębą i nie mam się w co ubrać.
Ale ja tak bardzo lubię pisać! Czasem nawet ktoś to czyta!
Mamo, zobacz, wyszłam na ludzi, jestę blogerę.

63. Nieobecności w angielskiej szkole.

Rodzice, szczególnie imigranci, z różnych powodów miewają problemy z regularnym posyłaniem swoich dzieci do szkoły. Z jednej strony są przyzwyczajeni do praw rządzących szkolnictwem w swoim kraju, do tego że termin „wagary” odnosi się do urywania się z lekcji samego dzieciaka, a jeśli dużo choruje lub prosi wystarczająco przekonująco aby do szkoły nie iść, to wystarczy usprawiedliwienie. Z drugiej strony, dziecko nieznające języka czuje się w nowej szkole przez jakiś czas zagubione. Wcale mnie nie dziwi, że nie chce do niej chodzić. Wszyscy bełkoczą w nierozumiałym języku, mali rodacy zadzierają nosa, drażniąc je przyjaźniami z małymi Anglikami, mali Anglicy próbują nawiązać kontakt, ale nie wychodzi, wszyscy wychodzą z klasy i wracają o różnych porach, a dziecko nie ma pojęcia co jest grane i dokąd idą tym razem. Początki są trudne.

Szkoła angielska pozostaje tym faktem niewzruszona. Każde dziecko ma uczęszczać do szkoły mając mniej więcej 85%-ową frekwencję. Wszelkie nieusprawiedliwione obecności zaniżają procent i prowadzą do ostrzeżeń, ostrzeżenia do kary. Od 2012 roku funkcjonuje ustawa, wg której opuszczenie pięciu dni w okresie pięciu tygodni lub ta sama ilość spóźnień to powód, aby zapłacić karę (Fixed Penalty Fine) . Kara wynosi 60/70 funtów przez pierwsze 28 dni oraz 120 funtów jeśli czas ten przedłuży się do 42 dni . Tej samej ustawie podlega opcja zabierania dzieci na wakacje w czasie roku szkolnego bez przedyskutowania tego wcześniej z dyrekcją (o ile powodem nie jest np operacja rodzica w kraju pochodzenia, raczej nie będą zadowoleni). Osoby, które tak czynią, dostają karę i z reguły trafiają na pierwsze strony pismaków jako „bezczelne potwory zabierające dzieci na wczasy w ciągu roku szkolnego za pieniądze z zasiłków”- przykład znajdziecie TU.

Sam zamiar może nie był zły. Wyższa frekwencja = lepszy, szybszy progres. Tylko że czasem podchodzi to pod przesadę. Np szkoła dzwoni do rodzica, dlaczego dziecko zostało w domu. Rodzic na to, że jest chore. Prosimy więc o kartkę od lekarza. Rodzic na to, że od rana nie może się dodzwonić do przychodni (mają wiecznie zajęte), więc nie wie kiedy dostanie wizytę. Szkoła na to, proszę im powiedzieć żeby napisali zwolnienie od dzisiaj. Doktor na to, że skoro przyszło się na wizytę dwa dni od owej daty, to się nie dostanie zwolnienia wstecz, bo nie bierze odpowiedzialności. Rodzic ma więc spory stres i wykłócanie się w szkole. Jeśli kiepsko mówi po angielsku, to już całkiem. Na szczęście większość szkół akceptuje papierek z terminem wizyty nie marudząc o zwolnienie „wstecz”, ale i o takich przypadkach słyszałam.

A więc dzieciak uczęszczający do szkoły w UK ma marne szanse na „Mamo, proszę, tak mi się dziś nie chce” lub „Bo dzisiaj jest WF z tą wredną panią”. Rodzic przelicza ile rzeczy może kupić za ewentualną karę i… dziecko maszeruje na lekcje. Często z gorączką, bo przecież na Wyspach gorączka to nie choroba, w szkole dadzą paracetamol. Dopóki uczeń nie ma biegunki lub nie wymiotuje, ewentualnie mdleje z gorączki, ma śmigać do szkoły.

Zgodzicie się, że są zbyt surowi?

50. O tym, jak wygląda program nauczania N2E – New To English.

IMG_6772-1300x866Jako że rozpoczął się kolejny rok szkolny, wracamy do tematu angielskiego szkolnictwa.

Po przyjeździe na Wyspy rodzice czym prędzej wysyłają swoje dziecko do szkoły. Nowy kraj, język, pierwsze doświadczenia multi-kulti („Mamo! Mam w klasie dwa murzynki!” – wykrzyknęła z radością córka znajomej) – początki są trudne, ale dzieci mają jeszcze świeże umysły i w ciągu kilku miesięcy dramat pt. „nie chcę do tej głupiej angielskiej szkoły” odchodzi w zapomnienie – jest grupka dzieci, z którymi pociecha się bawi, język przestaje być zmorą, a zabawa, która w tutejszej szkole jest widziana jako podstawa nauki, jawi się ciekawiej niż nuda w domu.

Dziś o tym, jak to wygląda od środka, czyli przez co przechodzi dziecko imigrantów.

Jako że sporo ludzi przyjeżdża na Wyspy bez znajomości języka, a co się z tym wiąże, ich dzieci również go nie znają, każda szkoła ma nauczyciela wykwalifikowanego do tego, by uczył je angielskiego od podstaw. Przeszłam przez to jako nauczyciel N2E i muszę przyznać, że jest to nie lada wyzwanie. Mnie było łatwiej – znam polski i słowacki, więc nauka szła dzieciom szybciej. Ale większość tego typu nauczycieli to Anglicy, a więc porozumiewanie się z dziećmi, które nie znają słowa po angielsku, nie należy do najłatwiejszych. I mowa tu nie tylko o dzieciach Polaków, Słowaków czy Czechów – są też dzieci Hindusów, Afrykańczyków, a tak dokładniej to może się trafić przybysz z każdego zakątka świata.

Dziecko, które nie zna angielskiego, nie bardzo orientuje się co do tego, co dzieje się w klasie. Jak realizować program, skoro nie ma pojęcia o czym mowa, nie jest w stanie wyrazić swoich myśli, a nawet nie rozumie systemu i nie wie co się dzieje – gdzie wychodzą, po co, co jest grane? Taki uczeń ma kilka razy w tygodniu zajęcia indywidualne poza klasą, z nauczycielem do imigrantów właśnie. Nie za dużo naraz, poprzez zabawę, dziecko powoli uczy się podstaw. Oto przykładowa lista tematów dla „dzieci, których angielski nie jest pierwszym językiem” (tak się to tu określa):

1. Język społeczny – przywitanie, pożegnanie, proszę, dziękuję, skąd jestem, ile mam lat. Temu tematowi towarzyszą zdjęcia – dziecko drukuje zdjęcie miejscowości lub kraju, z którego pochodzi, inne dzieci w klasie uczą się słowa „cześć” w jego języku – jakiś drobny kontakt zostaje nawiązany i często inne dzieciaki biorą nowego imigranta pod swoje skrzydła – pokazują mu szkołę, zapraszają do zabawy w gonitwę itd. Pierwsze lody przełamane.
2. Szkoła – nazwy pomieszczeń, słówka typu nauczyciel, uczeń, chłopiec, dziewczynka itd. Wspomagane zdjęciami i ćwiczeniami, w których dziecko podpisuje obrazki.
3. Klasa/instrukcje – dziecko uczy się nazw przedmiotów w klasie, np długopis, stół itd. Kiedy opanuje słówka, uczy się podstawowych zwrotów – „Przygotujcie zeszyty”, ” Proszę usiądź”, „Będziemy rysować” itd. Wspomagane zdjęciami, jak każdy z tematów.
4. Dom/rodzina – dziecko rysuje swoją rodzinę, uczy się jak powiedzieć „mam siostrę/brata”, opowiada o zwierzątkach domowych, po opanowaniu tego uczy się o pomieszczeniach w domu, meblach, przedmiotach i rodzajach domów.
5. Uczucia – dziecko uczy się opisywać uczucia na podstawie zdjęć.
6. Części ciała/ciuchy – słówka.
7. Jedzenie- słówka + opis co lubi jeść, czego nie lubi, co jest zdrowe, piramida żywienia.
8. Kolory/kształty – słówka.
9. Liczby.
10. Czas – pory roku, miesiące, dni tygodnia, godziny.
11. Sklep/pieniądze – po opanowaniu liczb dziecko ćwiczy liczenie pieniędzy, orientację w cenach, nazwy produktów. W tym celu zabierane są kilkakrotnie do szkolnego sklepu, gdzie nazywają towary opanowanymi słówkami.
12. Transport – słówka.

Wszystkie tematy wspierane są zdjęciami i grami, w których trzeba np dopasować słowo do obrazka lub znaleźć jakiś przedmiot i odpowiednio go nazwać. Są też kolorowanki tematyczne, wydzieranki i masa innych rzeczy – każdy z tematów jest w naszej szkole spakowany w osobną, opisaną torbę tematyczną, w której zebrane są wszystkie materiały przydatne w prowadzeniu lekcji, nauczyciel może je sobie skopiować i rozdać dzieciom, by nie nudziły się gdy klasa realizuje program itd. Jest to bardzo pomocne, trudno by było wymagać od dzieci szybkiego progresu opartego jedynie na wkuwaniu słówek na pamięć. Przed każdą kolejną lekcją powtarza się słówka z poprzedniej, więc dziecko ma lepszą szansę na zapamiętanie.

Na dziś tyle. 🙂