181. Bezsenność

IMG_7076

Zasiadłyśmy do rozmowy przy stole niczym stare dobre znajome, atmosferze jednak daleko było do pozytywnej. W istocie, znamy się od dawna. Konkurencja pozostawia między nami chłodny dystans, jak mawiają Anglicy, trzymaj przyjaciół blisko i wrogów jeszcze bliżej. Gramy o jedną duszę, stawka jest zatem wysoka.

– Nie sypiasz zbyt dobrze – stwierdziła z drwiącym uśmieszkiem. Ciekawe po czym wnioskuje. Być może zdradzają mnie wory pod oczami. – Zbyt piękna noc, by ją przegapić?

Nie ma dziś pełni, nie sądzę. Niech myśli, że ma przewagę. Wszyscy normalni ludzie w okolicach drugiej nad ranem śpią. Mnie dręczy chaos, ten zaś objawia się bezsennością. Choć czuję też intensywność jego myśli, ego wciąż boli go bardziej niż mnie serce. Wiele jest powodów, dla których nie śpię. Księżyc do nich nie należy, nie dziś. Obudziłam się w środku nocy z myślą, że moje życie nie ma sensu. Wiem, że mi to podszeptywała, wiem też, mniej lub bardziej wyraźnie, że tak nie jest. Ale chaos w głowie działa swoje. Zaczyna się kołowrot wniosków. Od tego czym jest sens życia, czym jest dla mnie, przez to czy podjęłam słuszne decyzje, skoro tak, to dlaczego tyle kosztują, czy kiedyś będę czuła się inaczej, czy kiedyś się czułam i czy w ogóle można, czy gdybym wiedziała, jak to będzie wyglądać, zdecydowałabym się mimo wszystko. Można oszaleć z samotności lub braku nadziei i bezsenność bardzo temu sprzyja. Łapię myśli za ogon i próbuję porządkować. Idzie mi opornie, uciekają gdzie popadnie speszone jej przenikliwym spojrzeniem. Zaczynam już nawet powątpiewać w sens jej wizyty, taki to ze mnie beznadziejny przypadek. Dni zlewają mi się znów w niewyraźną masę, izoluję się od ludzi. Rzygać się chce na samą myśl o obecności ich samych i niekończących się problemów, którymi są pochłonięci. Stoję z boku, wypalona. Dzień jak codzień, nicość. Noc jak każda, pełna szeptów. Jej wielkomość nieprędko mnie opuści, odwiedza mnie za każdym razem, kiedy myślę, że staję na prostej. Przywykłam już do jej wizyt, serwuję herbatę, by osłodzić jej zmianę. Nie poświęcam jej wiele uwagi, ignoruję z premedytacją podczas nocnych wizyt. Nie znosi tego, najbardziej nienawidzi cukru. Zresztą, widział ktoś kiedy posłodzoną depresję? Oby zgniły wiedźmie zęby. Cisza przerasta po czasie nawet ją, powoli szykuje się do wyjścia. Jest mi lżej w okolicach klatki piersiowej, ale wróci, wiem to. Przede wszystkim dlatego, że wciąż nie mam swoich odpowiedzi. I pewnie jeszcze długo nie będę miała. Obserwuję senny świat aż do świtu, wciąż z boku, nie jest mój. Lubię patrzeć, szczególnie na ciszę. To usypia chaos, zmęczony nocnymi igraszkami. Ukołysany do snu daje ciału odczuć, że jest zmęczone. Wszystko powoli wraca do normy… na teraz.

72. Emigracja pod choinką.

Ten pierwszy raz prawie zawsze przynosi rozczarowanie. Zamiast śniegu ulewa, zamiast czapki i szalika parasol. Kolejna kałuża, którą nieudolnie starasz się wyminąć idąc do pracy, raczej nie przypomina bałwana jak dotąd obiecywanego co jesień młodszemu rodzeństwu. Tutaj nie ma czego obiecywać, kiedy bałwany to odległe wspomnienia otulone mgłą starości tego, który wspomina. Jest szaro, czasem mgliście, tak bardzo inaczej, że zdarza się czasem przegapić nadejście grudnia, przecież nic go nie zapowiada. Jeśli z reguły nie tęsknisz, to właśnie teraz przychodzi czas na to, by zacząć. Jest inaczej i czasami oznacza to trudną lekcję samotności.

Pamięć potrafi być przyjaciółką i dręczycielem. W obawie przed tym właśnie faktem emigranci pędzą do Polski spędzić Święta z rodzinami, odpocząć chwilę od życia, w którym nie ma czasu na zastanowienia. Nagle pamiętasz odgłos skrzypiącego śniegu, mróz szczypiący twarz, czerwone nosy przechodniów. Tęsknisz za przymarzaniem do przystanku w minus dwadzieścia i za zapachem choinki. Za tym, jak pięknie mróz potrafi malować na szybach. Za przygotowaniami świątecznymi, klimatem, tym, że chociaż dzień przed Świętami Polacy są dla siebie milsi. Dwa takie dni w roku, to dopiero jest coś! Radio nie pomaga. Doesn’t it feel like Christmas, pyta Beyonce. Last Christmas I gave you my heart, Merry Christmas everyone, all I want for Christmas is you. W kółko. Miesiącami. Do porzygania. A za oknem wciąż październik.

Święta to czas, w którym godzą się pokłóceni, w który nadrabia się całoroczne zabieganie. Piękny czas, z rodziną. Ale nie dla wszystkich.

Są na Wyspach takie domy, w których Święta spędza się z współlokatorami. Albo raczej pozostałościami po tych, którzy pojechali do domu. Są tacy, dla których z różnych powodów domu już nie ma, nie tam. Tacy, których nikt do tej Polski nie zaprasza. I oni albo tą Wigilię próbują mieć pomimo wszystko, albo ją parodiują, albo sobie odpuszczają, czekając w fotelu aż minie. Ktoś by powiedział – lepiej mieć Święta z współlokatorami niż nie mieć ich wcale. Ja za to myślę, że takie Święta bolą bardziej niż ich brak. Że to taka zapchajdziura, a w serce i tak wkrada się żal i ukłucie zazdrości wobec tych, którzy spędzają je lepiej. Takie nie są Twoje, są udawane, czegoś im brak. I nagle nawet tęsknota na codzień wydaje się być lepszą opcją,  dla tych kilku dni. Byleby mieć dokąd wracać.

Spotkałam kilka osób, których Święta na emigracji są smutne. Anię, której pijana mama w emigracyjno-depresyjnej popijawie rozwaliła w Wigilię pół mieszkania. Jej siostrę, która – choć mieszkając kilka ulic dalej – zapijała w samotności kolejne Święta bez zmarłego męża, nie narażając córki na numer popisowy babci, którego się spodziewała. Dawida, którego rodzice zmarli kilka lat wstecz, a żona wysłała papiery rozwodowe jeszcze w maju. I Marcina, któremu nie opłacało się jechać do Polski na dwa dni, resztę spędzał w pracy.

To właśne oni najbardziej przeklinali brak śniegu i parodię ozdób świątecznych w centrum miasta, ledwo widocznych zza mgły, smak jedzenia zagranico a więc wymówkę do nie przygotowywania świątecznych potraw, to oni natchnęli mnie do napisania tego tekstu. I to właśnie Tobie, Drogi Emigrancie, życzę, abyś nigdy nie znalazł emigracji pod choinką, bo być może złamie Ci serce i być może rozwinie w Tobie zalążek Scrooge’a. I być może będą to dni, podczas których samotność odczujesz jak nigdy w życiu. Być może na pewno.

Moje obserwacje obejmują jedynie Anglię, z której dołączenie do rodziny nie wymaga mnóstwa pieniędzy ani wielu godzin. Są jednak tacy emigranci, których rodziny czekają w Polsce, ale kilometry i finanse mają do wtrącenia swoje pięć groszy. Tym emigrantom szczególnie życzę pogody ducha. Bądźcie dzielni.

Wesołych Wszystkim!