192. Rodzicem być

Będąc rodzicem celebrujesz każde osiągnięcie swojego dziecka. Los chciał jednak, by dla mnie, jak i wielu innych matek, które gdzieś się tam kryją wokół Was, owe osiągnięcia miały zupełnie inny wymiar. Zupełnie różne dziecko równa się zupełnie różnym celom. Czasem dopiero w zetknięciu się z rzeczywistością dociera do nas, jak bardzo różnym.

Młody zaczął dostrzegać latające ptaki. Zdarzyło mu się już trzy razy w ciągu ostatniego tygodnia. Dla kogoś, kto wychował dziecko, to, o czym piszę, jest absurdem. Jednak nie dla matki autyka. Dla nas to kolejny krok w kierunku odzyskania nadziei, którą na siłę pragnęło odebrać nam życie wraz z całym stosem lekarzy, znikających znajomych i nabierających dystansu dotąd bliskich. Autyzm to nie tylko złośliwa „infekcja” mózgu naszego maleństwa, to dziura, która wciąga i rodzica. Bardzo samotna podróż, podczas której oboje jesteście niezrozumiani, odepchnięci i nieustannie oceniani. Nikt nie zna odpowiedzi, a jedyne pomocne wsparcie i otucha to inni rodzice, którzy znają ten problem od środka. Czarne chmury przebija wtedy delikatny promień słońca. Mimo to jest ciężko, zawsze.

Oto jeden z powodów, dla którego piszę o wiele mniej. To przeklęte słowo autyzm przejęło nasze życie codzienne, żyjemy na nieco innej planecie. Nie zawsze gdy mam czas jest też energia i ochota, by pisać. Myślałam o przebranżowaniu się na blog parentingowy, ale chyba jednak przeczekam falę monotonności. Albo poczekam na lepsze efekty, by pisać o pierdylionie terapii. Długa droga przed nami, jesteśmy na jej początku. W międzyczasie kopy od życia codziennego ścinają mnie z nóg wystarczająco często, bym nie miała ochoty zmieniać bloga w rycząco-wyjący pamiętnik.  Na szczęście zawsze szybko mi mija. Tylko oponka rośnie od kilogramów pochłanianej w tym celu czekolady.

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to bycie niezrozumianym, presja i oczekiwania. I ostatnie miejsce na liście bycia „pomyślanym o” bo choć może nie brak im chęci, to energii na pewno.

Póki co wracam do czytania. Cóż innego począć, skoro tylko na mnie może liczyć. Paskudnie ciążąca odpowiedzialność pełna niewiadomych. Próbuję mimo wszystko.

Bez odbioru.

Reklamy

159. Dziecię moje, serce moje.

image… Nie ma takich jak my dwoje. Love-hate relationship, na zmianę. Matka i syn.

Po czasie niemowlęctwa, który przyprawił mnie niemal o dzieciowstręt, nastały czasy odkrywania świata, łaskawsze nieco. Już nie mam ochoty uciekać z domu, rzucać się z trzeciego piętra, wysiadać na przypadkowych stacjach kolejowych ani pracować w polu w ramach wolontariatu. A dokładnie tak czułam się w zeszłoroczne wakacje, wszystko, byle jak najdalej od ząbkującego Jegomościa. Faceci okropnie znoszą ból, potwierdzają to moje zszargane nerwy. Nie żeby już nie ząbkował, nadal potrafi być najgłośniejszym stworzeniem w moim wszechświecie, w dodatku teraz koi ból dziąseł na moim przedramieniu, a jednak miłość ci wszystko wybaczy. A wszystko to, bo dziecię podrosło.

Nie, żebym go wcześniej nie kochała, to byłoby kłamstwo. Jednak występując całą sobą przeciwko modzie na supermatki, przyznam się szczerze, że nie nadaję się do niemowlaków. I wcale nie jest mi z tym źle. Całkiem wdzięcznam zrządzeniu losu, że niemowlęctwo minęło nam szybko. Bo teraz się z Młodym rozumiemy, a o wiele łatwiej jest mi się rozumieć ze stworzeniem przejawiającym pierwsze cechy swojego niepokornego charakteru. Choć pierworodny nie ma jeszcze dwóch lat i niewiele mówi, na swój sposób dogadujemy się, zaś proces odkrywania świata przez dziecko jest naprawdę fascynujący, odkrywamy więc razem.

Uwielbiam obserwować, jak się bawi. Jak chlapie wodą w basenie, rysuje kredą po chodniku, opowiada patykowi historie znane tylko jemu i buduje drapacze z klocków. Napawa mnie dumą kiedy sam wreszcie myje zęby i rozśmiesza kiedy jest złośliwy, kradnąc mi poduszkę i śmiejąc się ze mnie, że jej nie mam. Doprowadza mnie do szału, kiedy zamiast ulubionego misia z czułością przytula Szmatę*, rozczula, kiedy robi awanturę tylko po to, by po usłyszeniu „chodź się przytulić” okazać mi wreszcie, po dwóch latach, trochę swojej egoistycznej miłości. Nieprzymuszenie. Ponoć faceci kochają inaczej – wytłumacz to proszę matkom dwulatków. Sprawia mi przyjemność patrzenie jak fascynującym zajęciem potrafi być układanie butów w przedpokoju, spinaczka nastolikowa oraz tańczenie wokół własnej osi aż do zderzenia ze ścianą. Nade wszystko kocham na niego patrzeć, kiedy śpi. Mamy też pierwsze fochy i rzucanie całą swoją objętością o podłogę oraz dziecko, które na zdjęciach jest uwiecznione jako mały punkcik daleko w tle, bowiem w przeciągu 30 sekund zdążyło przebiec ze dwa kilometry. Każdy dzień przynosi coś nowego, a mały obywatel świata uczy się naprawdę szybko. I choć czasem się na siebie drzemy, doszedł do wieku, z którego szkoda mi, by wyrastał. Oto więc istnieje nadzieja dla wszystkich matek, których przemęczenie doprowadza do stanów opisanych w pierwszym akapicie – nie martwcie się, niedługo będzie fajniej!

*Szmata – oryginalnie, w zamiarze producenta oraz matki, cienki kocyk w miśki, stworzony do bycia becikiem.  Zaadaptowana przez Młodego jako maskotka, z którą się je, pije, kąpie, chodzi na spacery i śpi. I drze w niebogłosy, kiedy ktoś próbuje ją wyprać. Szmata jest traktowana niezwykle zaborczo i tulona z niesamowitą czułością, ku zazdrości ignorowanych kobiet drugorzędnych – babci i matki. Obiecana jako prezent ślubny, jako prześcieradło dla żony lub krawat dla pana Młodego.

108. I’m a mother – Get me out of here!

Piszę te słowa w ramach ucieczki. Ucieczki spomiędzy pola bitwy w kołysce i tej na papierze, zza stosu książek. Tak właśnie wygląda moje lato, wakacje szkolne – fioletowe dziąsło, katar i upierdliwa Jegomość doprowadzają mnie na skraj rozpaczy spowodowanej bezsennością, a wszystko to, co powinnam przygotować na wrzesień, łypie na mnie groźnie spod okładek o skomplikowanycu tytułach, zastanawiając się czyim pomysłem było angażowanie właśnie mnie. Też czasem o to pytam, jednakże nigdy na głos, obawiając się złośliwości rzeczy martwych. Do listy rzeczy do zrobienia dochodzi jeszcze przygotowanie samej siebie, przeczytanie kilku tytułów wspierających kreatywność w nowym polu edukacji, jakie sobie obrałam, jako że mózg niesypiający jest zbyt odrętwiały, by korzystać z własnych pokładów twórczych. W zasadzie to się wyczerpały. Potrzebuję wakacji, a na to się nie zapowiada. Wszyscy potrzebujemy, uciekając od Młodego Jegomościa do pracy z najdzikszą przyjemnością. Tortura to chyba słabe słowo opisujące jego ząbkujące towarzystwo, doprowadzające rodziców do marzeń o ucieczce z domu, rzuceniu się z trzeciego piętra, wysiadaniu na przypadkowych stacjach kolejowych i pracy w polu w ramach wolontariatu.

Blogowe posty leżą nietknięte, jedne ledwo rozpoczęte, inne prawie skończone, bo nie mam kiedy żyć. A kiedy już mi się zdarzy żyć, potrzebuję się odmóżdżyć, cierpiąc na przeciążenie systemu. Leżę wtedy na kanapie patrząc w sufit i błagając ciszę, by mnie nie opuszczała. To nie psychiatryk, choć dom z dziesięciomiesięcznym chorym człowiekiem nie pada daleko od owych zakładów. Sadeemkowe Królestwo Małych Rączek stało się Placem Powojennej Destrukcji. Szkolimy nowych rycerzy i odbudowujemy gruzy. Król uciekł z pałacu, a Królowa przebrała się za Robin Hoodkę i bryka po lesie w zielonych rajstopach. Od wrzasku Jegomościa uciekły ślimaki z ogrodu, sąsiadka wyjechała, zwiędnął czosnek w doniczce, a taksówkarze nie zatrzymują się już pod tym adresem pomimo błagań. I tak sobie funkcjonujemy. Do usłyszenia.

83. Przemyślenia z parapetu

imageW każdym psychiatryku Królestwie Małych Rączek następuje kiedyś długo wyczekiwany Zachód Słońca. Maleństwa zostają odłożone na swoje miejsce do łóżeczek i Mamy Kangurzyce zaczynają oddychać. To taki smutny i szczęśliwy moment zarazem. Czeka się na niego cały dzień, a kiedy nadejdzie, Mama Kangurzyca z Sadeemkowego Królestwa Małych Rączek smuci się, że tak prędko minie. Spogląda na torbę, która woła o pomstę do siłowni wciąż tam jest i smuci się jeszcze bardziej. Znowu cały dzień minął w mgnieniu oka, a ona nie spotkała się z Chodakowską. Miały sobie przecież wyjaśnić, dlaczego poprzednim razem Ewa próbowała ją zabić. Nie pozwoliły na to obowiązki Internety. Byłam taka szczęśliwa nie mając Internetu! Miałam wtedy więcej czasu. A tak naprawdę, to nie pamiętam czasów, w których nie miałam Internetu. To było chyba wtedy, kiedy moje małe rączki dręczyły kogoś innego, na przykład małego sąsiada w bitwie na kije wojnie rycerzy. Czas pędzi w mgnieniu oka. Życie miewa inne poczucie humoru plany niż my i poraz kolejny trzeba się z tym zmierzyć. Myślę sobie o tym, że z czasem i tak będę wyczekiwać wieczoru jeszcze niecierpliwiej, przeklinając patrząc w niebo mieniące się odcieniami szarości czerwieni ponad naszym więzieniem Królestwem. Macierzyństwo jest słodko-gorzkie. Dostajesz uśmiech i śmierdzącą kupę pociągnięcie za włosy w bardzo krótkim odstępie czasu. Radość (zjawiasz się w polu widzenia) i rozpacz (nie nosisz mnie) w przęciągu sekund. W sumie to jest bardziej gorzkie dla matki i słodkie dla dziecka, ale proporcje odwracają się z czasem. Zemsta wymiana proporcji jest słodka. To wtedy, kiedy Ty mówisz nie teraz i koniec, a nie dziecko wypłakuje teraz i koniec. Mimo to, jak to na wojnie w rodzinie, trzymamy się pewnych zasad. Jedne są nasze lubimy, inne wprowadzają szał rutynę. Wszak nie od dziś wiadomo, że kompromisy ułatwiają życie w więzieniu społeczeństwie. Rozkoszuję się nostalgią i spokojem Zachodów Słońca. Wiesz, lubię wieczory. Są moje.

Choć często gdy budzę się ze snu nie rozumiem, co robię w tej sypialni (gdzie plaża?!), to pamiętam, że mogło być gorzej. Życie mogło być szare bez małych rączek i najsłodszego we Wszechświecie uśmiechu z ćwiartką zęba. A tak przynajmniej ma wymuszony określony cel.

Pozdrowienia zza żaluzji, wyczekuję wieczoru!

82. Bezstresowe wychowanie po angielsku

imageW Wielkiej Brytanii bezstresowe wychowanie dzieci jest bardzo popularne. Nie jestem pewna czy jest to wynikiem panującej obecnie mody czy zwyczajnym brakiem przygotowania pewnej części społeczeństwa do rodzicielstwa. Wiem za to jaki jest tego efekt.

Pamiętam sytuację, kiedy czekając w samochodzie na zakupowiczów, miałam okazję zaobserwować walkę matki z Dzieckiem-Histerią. Matka wyszła ze sklepu, dziecko wrzeszczało „głupia krowo nie kupiłaś mi tych drugich czipsów”. Miał może z 5,6 lat. Matka, jak na Matkę-Angielkę przystało, udawała głuchą. Podniosła go kilkakrotnie z ziemi i próbowała prowadzić za rękę. Znowu się kładł i wrzeszczał. Wreszcie nie wytrzymała i wydarła się jeszcze głośniej niż on, na co dzieciak zareagował histerycznym płaczem. Ja nie wierzę, że tych matek, których to dzieci nie obowiązują żadne konsekwencje i wszystko im wolno „bo są dziećmi”, nie dopada kiedyś frustracja. I o ile nie zawsze wyładowują ją na dzieciach, to gdzieś ona uchodzi lub – gorzej – chowa się po kątach, powodując w przyszłości zaburzenia emocjonalne. Krzywda na własne życzenie.

Prawo być może nie pomaga, będąc zawsze po stronie dziecka. O ile jednak nastolatek w okresie buntu jest w stanie szantażować matkę emocjonalnie policją („powiem że mnie bijesz”) nieświadomy raczej konsekwencji napomknięcia zaledwie o przemocy w domu (żegna się z matką na dłużej niż oczekiwał), o tyle trzy czy czterolatek, postawiony przed faktem ponoszenia odpowiedzialności za na przykład uderzenie mamy, może sobie conajwyżej pohisteryzować. A uwierzcie mi, drogie mamy, „stresowe” wychowanie obejmujące słowa nie wolno i nie podoba mi się to zaowocuje pozytywnie nie tylko w relacji na linii matka-dziecko, ale też w kontaktach społecznych dziecka, a na końcu nawet w jego edukacji.

Mam w klasie dwóch takich małych cwaniaków wychowanych absolutnie bezstresowo. O ile jeden z nich faktycznie nie jest w stanie się skupić i słuchać kogokolwiek dłużej niż dwie minuty, drugi jest bezczelnym pępkiem świata, któremu porządny klaps wyszedłby tylko na dobre. Oboje są traktowani jako SEN (Special Education Needs – program ich nauczania jest odpowiednikiem tego w polskiej szkole specjalnej, tylko że wewnątrz normalnej klasy, nie osobno), a tylko jeden z nich faktycznie tego potrzebuje ze względu na spore problemy ze skupieniem. Drugi traci na ćwiczeniach grupowych i indywidualnych ze względu na swoje zachowanie. Posadzony obok biurka nauczyciela potrafi cały czas prześpiewać próbując go zagłuszyć. Dodatkowy asystent nauczyciela niewiele w jego przypadku pomaga próbując zająć go ćwiczeniami, bo albo śpiewa, albo nimi rzuca, albo się drze. Reszta dzieci go ignoruje uznając za typek klasowego błazna, traci później na kontaktach społecznych przykładowo podczas przerw. A wystarczyło go nauczyć co znaczy nie wolno i uniknąć tym samym wrzucenia do worka dzieci z dodatkowymi potrzebami ze względu na problemy z zachowaniem. Bo i tak można. Udowadniają to dla kontrastu te Matki-Angielki, które ze swoimi dziećmi prowadzą dyskusje pełne powagi i poświęcają im czas w zależności od ich potrzeb. Te, które mówią „nie wolno ci bo mamusi jest przykro kiedy tak robisz, tak jak tobie było przykro, gdy miałeś karę”, te, które potrafią dzieci wychować na przystosowanych do życia w społeczeństwie młodych ludzi. Jestem w stanie sobie wyobrazić, na co wyrosną oba typy, w kraju, w którym nastolatek terroryzujący własną matkę psychicznie i fizycznie potrafi być bezkarny.