183. Bradford Literature Festival i inne cuda

W tym roku na Festiwal Literatury w Bradford przygotowałam się trochę bardziej selektywnie. Szukając inspiracji w pisaniu ogółem, nie tylko tym blogowym, wybrałam się na dość nietypowe spotkanie autorskie z trzema pisarzami, na przedziwną debatę zatytułowaną „Pisząc radykalizację”. Na co liczyłam, nie wiem, chyba na jakieś wyjaśnienia co do obrania dziwacznego tematu na tło ich książek. Wyjaśnień było wiele, przerodziły się w przynudnawą debatę polityczną, potrzebną, a jednak dla mnie przegadaną. Ale pokolei.

Pisarze obecni na wspomnianym spotkaniu to kolejno: Tariq Mehmood, Johannes Anyuru i Tabish Khair. Książki wokół których kręciła się dyskusja – „Song of Gulzarina”i „Just another jihadi Jane”. Była jeszcze książka Anyuru cytowana przez prowadzącą, nie wyszła do końca w języku angielskim, jedynie szwedzkim, nie jestem więc w stanie przytoczyć tytułu. Poza faktem, że wszyscy trzej to muzułmanie, dwóch z przymusu i jeden z wyboru, łączyło ich coś o wiele bardziej kontrowersyjnego (tak, można): każdy z nich, mniej lub więcej, wplótł w swoją powieść motyw terroryzmu. A mnie bardzo ciekawiło dlaczego. Czy w dzisiejszym klimacie politycznym, w czasach wciąż świeżych i, co gorsze, regularnych ataków terrorystycznych, zbyt mało im się obrywa jako muzułmanom, że zachciało im się jeszcze o tym pisać? Po co? Zadaję to pytanie, bo sama miałam dodać tu kilka słów w tym temacie, ale zrezygnowałam. To jak grochem o ścianę, tłumaczenie się za coś, czego się nie zrobiło. Jakie jeszcze mogły być powody ich wyboru? Szybki dorobek na kontrowersji, temat na czasie? Odpieranie piórem ataku na zasadzie „to nie my”? Do granicy wymiotów przegadane tłumaczenie różnicy między religią a brudną polityką? Pewnie wszystkiego po trochu. Jak wspominałam, angielska widownia wdała się z autorami w wyczerpującą dyskusję polityczną na temat kolonizacji, wyzysku, frustracji i braku religii w terroryźmie. Jedyną świeżą (dla mnie, bo w powyższych tematach tkwię nie mając na to ochoty przy okazji każdego kolejnego zamachu, kiedy ludzie chcą odpowiedzi i wymagają tłumaczenia się) wypowiedzią, która faktycznie coś wniosła, była gra na przemyśleniach Johannesa Anyuru, pragnącego podkreślić w swojej książce temat podziałów społeczeństwa, wojny nowej generacji: nie tyle rasowej lub religijnej, a politycznej, poglądowej. Pozatym dowiedziałam się tyle, że mam ochotę przeczytać książkę Mehmooda z czystej ciekawości, bo ma zachęcające recenzje.

IMG_8041

(od lewej: Mehmood, Anyuru i Khair)

IMG_8054

Wiktoriańska architektura miasta

IMG_8055

Czerwono-biały namiocik to istna skarbnica książek. Zbankrutowałam.

IMG_8040

Nie byłabym sobą. Wybrać miałam zamiar „Dream of a refugee” Mostafy Salameha i, z całą miłością do Rumiego, żałuję, że odstawiłam ją na potem. Kilka dni później miałam zupełnym przypadkiem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Mostafą, cóż powiem, urzekła mnie jego historia. Urodzony w obozie dla uchodźców, obecnie jeden z 15 na świecie ludzi, którzy zdobyli 7 najwyższych szczytów górskich, w planach na przyszłość wycieczka w kosmos. Bardzo inspirujący życiorys i książka, która znalazła się na mojej półce do przeczytania z lekkim opóźnieniem.

Bardzo przykro mi stwierdzić, że żadnego z opisywanych w dzisiejszym wpisie tytułów nie znalazłam jeszcze w polskim tłumaczeniu, pewnie dlatego, że każda z książek wydana była tego roku. Gorąco zachęcam jednak do wersji angielskiej wszystkich tych, którzy czują się o siłach. Myślę, że warto.

W ramach podsumowania produktywnego intelektualnie tygodnia, sobotę spędziliśmy w parku na festiwalu Eidowym. Było całkiem sympatycznie, coś na zasadzie dużego festynu. Zdjęć mam niewiele, bo był straszny tłok i trzylatek też był. Pod moją pachą.

IMG_8106

IMG_8108

 

 

182. Hej, wciąż żyję.

Zwalniam, czasem śpię, żyję o wiele więcej, wracam do siebie. Po bardzo produktywnym Ramadanie następuje przejście do życia codziennego. Wciąż jest naznaczone pozostałościami po tym niezwykłym czasie, bardziej niż dotąd, bardzo mnie to cieszy. Powoli odnajduję się w rzeczywistości i więcej uśmiecham. Witaj ponownie, o życie. Nawet mam ochotę się z Tobą widzieć.

Dużo przemyśleń i zmian, tak, jak lubię. Zanim skupię się na drugim już sprawodzaniu z corocznego Festiwalu Literatury, wyrzucam z siebie kilka linii z pamiętnika, dla oczyszczenia atmosfery i miejsca.

‚Przyszedł taki czas, kiedy rozumiem wreszcie, że nic tutaj nie należy do nas. Więzy tworzą się i sypią z podobną prędkością, niezależnie od barwy i intensywności. Nic co przede mną nie zdaje się bajecznie proste, ale czy kiedykolwiek takim było? Za wszystko to, co bezcenne – o ironio – płacimy w życiu słono. Na końcu tylko spojrzeć na jaśniejszą stronę rzeczy i stwierdzić, że było warto, mimo wszystko.’

Do usłyszenia.

173. Nic co angielskie nie jest mi obce

Mija mi już szósty rok na Zgniłym Lądzie i – jak mi deszcz niemiły – niewiele mnie już dziwi. Niewielu zdań nie rozumiem, niewielu dni wolnych nie przewiduję, a zachowań i zwyczajów jest w stanie mnie zaskoczyć. O czym tu pisać? Na blogu mym podziało się dokładnie to, co na niejednym już z wyspiarskich, które czytuję. Cisza. Wrócę zatem chwilowo do alfabetu emigracji, będzie dziś nindżarsko spod litery F. Zabiorę Was na momencik do najbardziej pokręconego miejsca, w które mogłam trafić. Imię jego pozostanie jednak słodką tajemnicą.

Budynek spod litery F to moje obecne miejsce pracy, wyrok od lat dwóch już. Miejsce, w którym w ciągu dwóch lat zyskałam doświadczenia jak za 10 wiosen gdziekolwiek indziej. Pod dostatkiem tam wariatów z pasją, dramatów bez popcornu i dzieci pseudogangsterów na paracetamolu. Miejsce zapomniane przez świat, do którego w dobie bezrobocia zgłaszają się dwie (!) na krzyż osoby po posadę nauczycielską. Nikt normalny nie chce pracować w samym sercu przegniłej społeczności, z renomą niegodną wspomnienia. Jest to jednak kraina kontrastów, bo wysoko postawiona poprzeczka dała miejsce do popisu i popisano się. Zaszczycono nas wizytą z departamentu edukacji, celem sprawdzenia… tego jak szkoła w TYM mieście i TEJ dzielnicy może sobie tak dobrze radzić. Byli w szoku, mamy być przykładem. Uwielbiam uczyć dzieci, radzę sobie niczego sobie. Wspominam to w swoim alfabecie jednak nie w dobie zachwytu nad skrzywioną rzeczywistością opisywanego miejsca, bo owy przeminął z pierwszym rokiem, a po to, by podkreślić wagę rozwoju osobistego. Ja, wczoraj cicha mysz i chodząca paranoja, że jak coś powiem niepoprawnie to się będą ze mnie nabijać, że nigdy się nie dogadamy, bo mają tak inne myślenie, że polegnę w gruzach na polu walki, gdyż zasoby słownictwa przeciętnego piątoklasisty piszącego wypracowanie o angielskiej wersji Drugiej Wojny Światowej (od tej polskiej nieco różnej momentami) wypalają mi czachę, a tu trzeba wyszukiwać mocnych i słabych stron tekstu, jak i wyrażeń z konkretnych kategorii gramatyki, o ortografii nie wspomnę. Przerażona ja, wczoraj, dziś prowadzę szkolenia, zarządzam programem nauki języka, nieoficjalnie i okazyjnie douczam nauczycieli oraz uchodzę za duszę nienormalnego towarzystwa. A wszystko to i więcej w języku angielskim, tym samym, w którym rozmowa telefoniczna z urzędnikiem około trzech lat wstecz była w stanie doprowadzić mnie do stanu nerwicowo-omdleniowego, zwał jak chciał, fobia. Z całą frustracją, jaka bez dyskusji należy się szkole spod litery F., wiele jej zawdzięczam. Wrzucili mnie na głęboką wodę z kotwicą przy nodze, wypłynęłam z żelaznym obuwiem. Nie poznaję się czasem, ale to dobrze. Czasem warto pozwolić sobie odżyć. Zakończę zwięźle cytatem  z Rumiego: Wydostałeś się z klatki. Teraz fruń.

Z klatki własnych ograniczeń, nieświadomie narzucanych  nam przez bliskich. Dlatego angielska metoda wmawiania dzieciom, że są mądre, zdolne i wyjątkowe, też mnie już nie zaskakuje. Wręcz zachęcam, zaoszczędzimy im czasu, lepiej by odkrywali siebie z tej strony tak wcześnie, jak to tylko możliwe.

167. A jak Anglia

image

Anglio, Obczyzno moja! Ty jesteś jak choroba

Do tylu przylgnęłaś uparcie choć im się nie podobasz

Wcale. Dziś niezwyczajność Twą w całej ozdobie

Bloguję, bo nadal dziwię się Tobie.

***

Mieszkam tu sobie już parę ładnych lat. Widziałam nieco więcej niż chciałabym by widziały moje dzieci, słyszałam tyle, że w ramach ochrony mogłabym wydrapać im uszy. Przywykłam, na ile można przywyknąć do szarych wiewiórek, rudotwarzych ludzi, miliona postaci deszczu i pięciu milionów akcentów. Bez większych problemów wsiąknęłam klimat miejsca, bo zasady codziennego życia tutaj panujące podchodzą mi jakoś bardziej niż polskie. Być może dlatego wciąż jest mi trudno zrozumieć ludzi, dla których życie na emigracji angielskiej to skazanie, ale są tacy, jest ich wielu. Być może odpowiada za to jakość życia, ale moje nijak się ma obecnie do tego, jak je sobie wyobrażałam będąc mała. A może większy wpływ ma na to podejście do świata, ludzi, doświadczenia. Zdecydowanie też osobowość, odkąd odkryłam w sobie pokłady tupetu jak taran, radzę sobie znakomicie. Wcale nie wojennie, o dziwo, ci sami ludzie z którymi drę koty tulą mnie jak najlepsi przyjaciele. Być może wyrabianie sobie szacunku musi być zawsze okupione wielką gębą.

Wyjechałam z Polski mając lat 18, tego lata opuściłam ją poraz drugi. Było przemiło i tęskniłam za ludźmi, ale nadal nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tam moje życie; nie odnalazłam się tam poraz kolejny. Od dziecka czułam, że będę mieszkać poza granicami kraju, ciekawiło mnie, jak to życie wygląda gdzieś indziej, na tej zieleńszej trawie u sąsiada.

Jak się mieszka w innym kraju? Na początku jest wielkie bum. Wszystko jest inne, odkrywasz, czasem przeraża, czasem zachwyca. Potem powszednieje. Potem tęsknisz, bo ci żal, że wszyscy, których opuściłeś, są tam razem, a Ty tutaj samiuteńki. Brakuje Ci słońca i zrozumienia. Znajomość języka to jedno, zrozumienie innego sposobu myślenia, różnice kulturowe – coś zupełnie innego. Potem jest ok, albo to nie dla Ciebie. Znajomi, którzy byli w tym samym mieście co ja, uciekli spowrotem do Polski, aż się kurzyło.  A mnie się podoba.

Trudno jest lekko żyć, mawiają. No właśnie chodzi o to, że tutaj to nie do końca. Jest taki ogólnopanujący leniwy luz, wszystko jakoś będzie. No i jest. Zatem stresu jakby mniej, możliwości więcej. Poziom życia już nie taki miód jak kiedyś, ale porównajmy to do Polski, gdzie nawet ten miód to koszt 15 złotych. Tutaj da się żyć przyzwoicie za niewiele. Robi to sporą różnicę nawet dla tych, którym się tu nie podoba, pewnie dlatego nadal tu są.

A jak Anglia, zatytułowałam. Jaka jest Anglia dla mnie? Senna, mająca wiele sekretów i mnóstwo do zaoferowania. Bardzo wyluzowana. Spokojna na pierwszy rzut oka i nieokiełznana za kulisami. Różnorodna, w końcu tworzy ją tylu zupełnie innych od siebie ludzi. Zgniłozielona i pozytywna. Stara i fotogeniczna. Przyjemna.

166. Kobieta kobiecie wrogiem.

image

Im więcej się naczytałam o shafakowym ‚sisterhood’, tym bardziej dostrzegam, jak daleka jeszcze droga do tego, by owo zjawisko prężnie funkcjonowało w którymkolwiek ze społeczeństw. Żeby nie powiedzieć, że ono nie istnieje… Uwzględniam jednak rzadkie przypadki, tzw. ‚przebłyski’. Tak, przebłyski, bo tylko tyle dobroci i serdeczności otrzymuje jedna kobieta od drugiej. Kiedy się żmija czasem zapomni i jest miła, tak po prostu.

Bo tak się składa, że większość kobiet to żmije. Mówię tu o dorosłych, ponoć dojrzałych emocjonalnie stworzeniach. Żmije, jak to przystało na gady, są oślizgłe (plotkary), złośliwe (zawsze w swoim mniemaniu lepsze od otoczenia) i kąśliwe. Tego ostatniego nie oszczędzi Ci ani matka, ani siostra, ani babcia. Krytyka to jedyny sposób, w jaki potrafią tuszować własną nieporadność i porażki życiowie. Nagle zapominają, jak to było, kiedy przechodziły przez coś podobnego, albo pamiętają, ale koloryzują się dodając supermoce: „Ja mając piątkę małych dzieci pracowałam na nocki, nigdy nie chorowałam i byłam idealną panią domu. W międzyczasie chodziłam na dyskoteki, malowałam ściany i podróżowałam po świecie”. Znacie to skądś? Jeszcze usłyszycie, że z Was żałosna matka, że one wyglądały lepiej, nie miały żadnych problemów, a Wy użalacie się nad sobą leżąc z anginą i nie mogąc wyjść z łóżka. Witamy w świecie żmij.

Jest też inna kategoria gadów, gady zawistne. Gady te nie potrafią znieść żadnego śladu szczęścia. To takie przyjaciółki w niedoli – jak cierpisz, tak jak ona, to będzie do serca przyłóż. Jak jednak postanowisz złapać życie za nogi i kopnąć w dupę, nie żebyś od razu była szczęśliwa, może po prostu zdecydowałaś nie być dłużej ofiarą, nie mogą tego znieść. Odsuwają się i cierpią z innymi, naklejając na Ciebie nalepkę „tej trzeba zazdrościć bo miała tupet coś zmienić.” Mogą się też jednak odsunąć z samego faktu życia po swojemu. Podaruję sobie przykłady partnera z innej kultury, mniej drastycznie: facet też Polak, ale na przykład młodszy o powiedzmy dziesięć lat. Kobieta zostaje sama, bo nie gada z nią jej własna matka, koleżanki, jego rodzina. Albo kiedy facet jest starszy. Albo na przykład nie jest lekarzem. Czasami… czasami wystarczy nawet facet z innej wiochy. Koniec świata, jak śmiesz. Kobietom nie dogodzisz.

Kobiety kobietom podstawiają nogi, dokładają dołów, z zazdrości kąszą dla samej rozkoszy kąszenia. To nic, że same przeszły przez większość podobnych sytuacji i powinny wiedzieć jak to jest, jak Cię wszystko boli po porodzie, jak masz depresję albo jak nie układa Ci się w związku, a szefowa Cię nienawidzi, bo jesteś szczuplejsza. Nie. Lepiej jest kopać leżącego i samemu czuć się lepiej. Cała idea, którą Elif nazwała sisterhood, musiałaby się najpierw pozbyć chorej zawiści. Dopiero wtedy kobiety mogłyby jedna drugiej być ramieniem zamiast kosą. Kiedy ten przebłysk serdeczności zamieniłby się w codzienność, a nienawiść wynikająca z zazdrości była raczej motywacją niż trucizną. Żmijowatość istnieje nie tylko ściśle wokół nas, a wszędzie. Wystarczy zajrzeć na jakiekolwiek forum w Internetach, wyścig kto komu bardziej dowali. Długa droga, tak długa droga przed nami…

165. Sztuka chodzenia

image

Ruch to zdrowie, powiadają. Wciskano nam to od dziecka w domach, by nas zmęczyć, szkołach, bo musieli i w telewizji, bo taka była moda. Dziś owa moda zdaje się być nasilona, na pohybel podwyższonemu poziomowi lenistwa, mówimy bowiem o świecie, w którym jednym z niewielu sposobów wyciągnięcia młodych (i starszych) z domu jest gra w pokemony. Im większe lenistwo, tym więcej trenerów fitness i innych pięknie wyglądających guru, co akurat jest dobre i motywuje tłumy. Ludzie zdają się być bardziej świadomi zdrowego trybu życia i to cieszy.

Nie trzeba jednak być totalnym leniem albo mordować się z Chodakowską czy biegać dziesiątki kilometrów. Można wybrać coś pomiędzy, co stosowane konsekwentnie daje całkiem fajne efekty jeśli chodzi o figurę. Jest tym chodzenie. Ponoć namiętnie uprawiają je Paryżanki, uprawiam i ja i gorąco polecam.

Kilkakrotnie w pracy spytano mnie z wyrzutem: „Jak ty to robisz, że jesteś taka chuda? I to po dziecku?”. Roześmiałam się, bo znajoma zerkała na mnie znad dietetycznej sałatki, a ja wsunęłam trzy kanapki, paczkę czipsów i zabierałam się właśnie za batonika. „Chodzę – brzmiała odpowiedź – Dużo chodzę.” Co oznacza dużo? Bardzo często zamiast iść na autobus, idę do pracy pieszo. 1.8 km w jedną stronę. Czasem maszeruję cały tydzień, bo np jest ładna pogoda, a spacer w słoneczny dzień totalnie mnie relaksuje i oczyszcza umysł z natłoku myśli. Spaceruję też, kiedy pada, jednak raczej nie zimą. W każdą inną porę roku na zakupy, nawet te większe, idę piechotą, wracam taksówką dopiero z torbami. O ile są ciężkie, jeśli nie, to wracam piechotą. Mój ulubiony warzywniak to 1.6 km w jedną stronę. Kiedy zabraknie pieluch, nie jadę samochodem. Ładuję Młodego do wózka, by miał spacer i śmigamy do Asdy, 1.9 km. Gdy pada, siedzi pod peleryną i maluje palcem bo parze pod nią zebranej, nadal szczęśliwy. Czasem, kiedy się lenię, matka wymyśla spacer do dzielnicy obok. I znowu z wózkiem, 2 km, 4 km w obie strony. Ostatnio wybrałyśmy się do miasta, piechotą, droga w dół. Miałyśmy wracać taksówką, ale Młody zasnął, więc pchałyśmy go śpiącego spowrotem, pod górę. Łącznie 7 km. Czasem jeszcze, jeśli jest wyjątkowo ładna pogoda, po powrocie z pracy zabieram Młodego na spacer, więc maszerujemy dystans około kilometra, jeśli wózkiem, to ze dwa.

W ten sam sposób zrzuciłam wagę po ciąży. Mieszkałam wtedy na takim wzgórzu, że każdy, kto do mnie przychodził, dochodził do siebie 10 minut, ledwo dysząc. Łącznie ze mną, tylko że ja pod tą górę tachałam torby z zakupami jeszcze w ciąży, po porodzie – zakupu, wózek i Młodego. Droga była brukowana. Urządzaliśmy też spacer po górach wózkiem. 6 km. Pierwsze co robiłam, po zdobyciu szczytu o nazwie dom, to padałam na sofę. Ale kilogramy zeszły, a Młode miało świeże powietrze. 🙂

Po wyznaniach tego typu nikogo nie dziwi już moja waga, tymbardziej znajomą, która stwierdziła że zdyszała się ostatnio idąc z górki. Cóż powiedzieć – porzućcie samochody od czasu do czasu, a nawet autobusy. Spacer to sama przyjemność i zdrowie. Ewentualnym zamiennikiem byłby dla mnie rower, ale za często tu pada. Jeśli chodzi o spacer, to nie ma zmiłuj w żadną pogodę, od upałów w Polsce, przez jeszcze większe upały we Francji, po częste deszcze angielskie – przedreptałam całe lato. Nie szczędźcie sobie również schodów, precz windon. Ruch uzależnia, do dzieła!

Niedługo też wrócę na siłownię, tęsknię. Chodzicie? Biegacie? Wyciskacie poty na bieżni, wyobrażając sobie kebaba?

160. Telegram z podróży

Czy dom jest tam, gdzie mieszkamy? Czy tam gdzie czujemy się dobrze? Dla kogoś dom może być tam gdzie rodzina lub ukochany. Wsiąkam miejsca niczym gąbka i w każdym z nich zostawiam jakąś cząstkę siebie, by mieć do czego wracać i czuć się jak w domu. Z miejscami mam jak z ludźmi – albo to czuję, albo nic z tego nie będzie.

Opuszczam Anglię na rzecz odwiedzin w Polsce. Jadę zobaczyć ‚już nie dom’. Pozostawiam za sobą zwariowane miasto, w którym nic już nie dziwi. Choć kocham podróżować, będę tęsknić. Zostawiam za sobą swój angielski dom, bo na emigracji pojęcie domu mieści się w czasie potrzebnym do spakowania plecaka. Tak ładnie ktoś to kiedyś nazwał.

STOP

Calais. Miejsce, w którym udowodniliśmy brak człowieczeństwa. Podwójne kolczaste ogrodzenie, podłączone do prądu, klatka. Tysiące namiotów ustawionych wzdłuż plaży to już chyba ‚dobudówka’ do oryginalnej Dżungli. Odgrodziliśmy się nie tylko od niej, głównie od jej mieszkańców. Uczucie podobne do tego podczas wizyty w obozach zagłady. Smutek i niesmak. To się jednak dzieje tu i teraz. Niewiele możemy z tym zrobić, to jeszcze gorsze.

STOP

Niemcy jawią się surowiej. Za oknem więcej lasów iglastych, ludzie bardzo poważni. Nie uśmiechają się, ale to nic, porównując do polskich serwujących, krzyczących na ludzi, że się nie rozmnożą. Gościu też jedzie już dwa dni, mamy trochę litości. My, z tyłu. Skrzyczeni – niekoniecznie.

STOP

Fakt, że przekroczyłeś granicę, oznajmia Ci ilość wybojów na drodze. Pierwsze wrażenia po 5 latach nieobecności w Polsce – dziurawe drogi, audycja radiowa o spotkaniu młodzieży z Papieżem i przepiękne pole słonecznikowe. Taka może być Polska oczami ekspata. Bez krytyki, obserwuję. Taki mamy klimat. Zachwycam się słonecznikami, które niczym pole tysiąca maleńkich słońc, ciekawe świata, wychylają swoje główki oparte na cienkich łodygach. Lato czuć w powietrzu.

STOP

Przesiadka w Słubowicach. Włoszka z trzymetrowym krzyżem prawie zabiła mi nim matkę. Siostra dostała ataku paniki na widok komara. „Komary są najgorsze, mogą Cię zabić”, rzecze. Niech żyją wakacje. Jest też z nami wycieczka ukraińska, mój bagaż pojedzie z nimi aż do ich granicy, ale jeszcze tego nie wiem. Rozkoszuję się upałem. Zjeżdżamy cały Dolny Śląsk nim dojedziemy na Górny. Architektura i ilość zieleni jest niemal identyczna. W 31 godzin przez 4 kraje nie pozostawia śladów zmęczenia, to trening przed nadchodzącym. Kiedy wreszcie znajduję się w miejscu docelowym, tydzień mija mi bardzo szybko, po brzegi wypełniony ulubionymi miejscami i przede wszystkim twarzami. Tęskniłam, więc korzystam. Duszne, gorące śląskie lato to dla mnie czysta przyjemność. Przynajmniej na tydzień. To był udany wypad.

Bez odbioru.

(Więcej o wrażeniach z Polski tutaj, jeśli komuś umknęło).