190. Szkoła na wesoło (III)

IMG_9097

Dobry powód by nie kraść”

– To nieprawda, ja wcale nie kradłem kleju pijąc wodę! – tłumaczy się nauczycielce A. w odpowiedzi na skargę kolegi.

– Czyżby?

– Tak! Bo ja to w ogóle nawet do tej półki z klejem nie dosięgam.

***

Słucham cię, tylko nie dziś

– E., wyobraź sobie, że masz dziecko i ono nie wraca nocą do domu. Jak się czujesz? – kombinuję zdesperowana, by zmotywować chłopca do myślenia, bowiem pytany jak czuła się matka głównego bohatera książki, której to syn poszedł szukać pracy i wyruszył w rejs morski, patrzy na mnie jak na ufo.

W odpowiedzi otrzymuję twarz nieskalaną myśleniem i otwartą gębę.

– E., jest dorosły, ma małe dziecko, dziecko nie wraca, na dworze jest ciemno – tłumaczę na migi. – Co myślisz, E., jak się czujesz?

*Twarz nieskalana myśleniem i otwarta gęba.* Poddaję się.

– Nie miej nigdy dzieci. (Miał tego nie słyszeć).

– Tak jest psze pani.

***

Czasem słońce czasem syn”

Przygotowujemy się do odgrywania scenek z książki. Wczuwam się, opowiadając i gestykulując, żeby im trochę pomóc przełamać zawstydzenie w odgrywaniu emocji. Prowadzimy żywą dyskusję, dziewczynki łapią bakcyla, zaczyna im się podobać.

– Więc wyobrażamy sobie teraz sytuację, w której znalazła się matka Toba, wdowa z ośmioma synami. Jeden z nich wyszedł szukając pracy, którą też dostał, nie wróci zatem tego dnia do domu. Mówimy o czasach, w których nie było telefonów, nie mógł zadzwonić do matki i wyjaśnić sytuacji. Rodzina zasiada wieczorem do kolacji, Toba nadal nie ma. O czym mówią, jak się zachowują?

W., bez ostrzeżenia, z pełnym zaangażowaniem i gestykulacją, wznosząc ręce ku niebu:

– Tobie, o najdroższy! Czyż lwy cię pożarły, gdzież że się podziewasz?!

– W., nie prosiłyśmy o Bollywood, ale doceniam starania aktorskie. [Na tym etapie płaczę ze śmiechu]

– Ah. Przesadziłam?

***

Raz wyrobiona reputacja”

Uczennice prowadzą rozmowę w tym samym czasie co ja mój mini wykład, na co jestem absolutnie uczulona. Zarzucam minę obrażonego Hitlera, unoszę gniewne brwi powyżej poziomu sufitu i pytam retorycznie, po dłuższej chwili milczenia:

– Czy w ciągu dalszym nie zasługuję na waszą uwagę?

– Nie – rzuca z pełną powagą M., wszyscy w śmiech.

– M., poświęcenie komuś uwagi znaczy słuchanie go.

Dotarło do niej co powiedziała, robi wielkie oczy i blednie.

– OmójBożeniezabijaj.

– Spokojnie, nie mam na koncie żadnych martwych dzieci.

– … ale niektóre mdleją?

[Znów płaczę]

***

„Więcej niż chcesz wiedzieć”

– Psze pani, a u nas w domu był wczoraj policjant – mówi mi zadowolony z siebie D.

– Mam nadzieję że wszystko jest wporządku?

– Tak – macha ręką – Wziął nasze elektryczne sofy, bo mama nie miała siedmiu stów, żeby mu zapłacić.

 

Koniec.

 

Reklamy

189. Czwarty września

img_4830

Jeszcze tylko chwila, minuta, momencik. W nieznany mi w ciągu dalszym magiczny sposób z szóstej zrobiła się za piętnaście siódma. Najprawdopodobniej przestawiłam budzik na spaniu, w pamięci jednak pod tym oto hasztagiem widnieje bielutka pustka.

Tego dnia samochody przejeżdżały w pośpiechu po mokrym asfalcie, wydając specyficzny szeleszczący odgłos. Senna atmosfera jeszcze parnej lecz już ciemnoszarej jesieni spowiła miasto, umysły i serca.

Tego dnia korytarze były jakby puste, choć przepełnione znajomymi już twarzyczkami. Rozkojarzone, niepewne celu pobytu o tak wczesnej porze na terenie szkoły, próbowały wtopić się w rutynę, z którą nie pozostaje nic innego, jak tylko się pogodzić. Kolejny początek.

Kiedy coś się zaczyna, coś innego się kończy. Było inaczej. Tak samo, a jednak nie do końca… Chyba dopiero tego dnia zdjęłam różowawe okulary tak na dobre, choć zajęło mi to cały zeszły rok. I podobał mi się ten trzeźwy widok, podobały mi się odcienie szarości. Rzeczywistość była zmęczona, uśmiechała się już tylko z grzeczności, dzieliła radość, brakowało w niej różu, ale była szczera. Tego dnia zrozumiałam na dobre już, że wszystko tu jest tylko przejściowe, że te momenty, radości, więzi, jutro będą już tylko wspomnieniem i nawet nikomu nie będzie przykro. Przecież dobre życie składa się z miłych chwil, a z chwilami tak to już jest, że żadna z nich nie trwa wiecznie.

Tego dnia szkolne mury wypełniał półszept dochodzący jakby z oddali, choć był na wyciągnięcie ręki, potęgując w ten sposób poczucie innego wymiaru. Wszystko kumulowało się w przekonaniu, że ktoś właśnie odpauzował zatrzymany wcześniej film, a my, aktorzy, próbowaliśmy się w tym nagłym włączeniu odnaleźć. Zmęczone, senne dusze, małe, młode, starsze, tego dnia wszystkie zagubione między kroplami burej mżawki i powiewami wciąż ciepławego powietrza, przekraczające albo i nie podmokłe brązowe liście gdzieś między kałużami. Tego dnia życie leniwie obrało dawne tory, nostalgia zaś miała konsystencję waty cukrowej, można ją było brać garściami i wypychać sobie kieszenie na później. Tym dniem był czwarty września.

188. Już prawie jesień

Fullscreen capture 30082014 153744.bmp (Large)

Z dnia na dzień temperatura spadła o kilka stopni więcej, niż byśmy sobie tego życzyli. Usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty w dłoni, kiedy stopy owiał mi przenikliwy chłód jesiennego wiatru, który to wdarł się natarczywie szczelinami dzielącymi podłogę i drzwi prosto do mojej sypialni. Tak, to jesień zdążyła już pokazać pierwsze oznaki swojego powrotu, o ile kiedyś zdarzyło się nam łudzić, że w ogóle zostawiła nas na dłuższą chwilę samych. Patrząc na poruszane żywo przez wiatr korony drzew oddałam się przemyśleniom. To lato było inne. Wspomnienie zeszłorocznych wakacji jawi się jako typowa odskocznia- w biegu między państwami, w pogoni za słońcem. Życie na pełnych obrotach. Te wakacje były inne, spokojne, leniwe. Nadrobiliśmy spotkania z każdym, kto tylko przyszedł nam na myśl, mieliśmy z Młodym mnóstwo czasu dla siebie i takiego, gdy nie robiliśmy zupełnie nic. Spróbowaliśmy kilku atrakcji, których normalnie bym mu nie zaserwowała, nogi niosły nas dalej niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Nagle jednak bańka pryska, zupełnie znienacka okazuje się, że jest już prawie wrzesień. Jeszcze tylko parę drobiazgów, dopiąć kilka spraw na ostatni guzik i pora rozpocząć kolejny rok szkolny, kolejne byle do weekendu, wolnego, ferii. Powoli oswajam się z tą myślą powrotu do pracy, choć muszę przyznać, że w okolicach przedwczoraj byłam na skraju rozpaczy. Cóż, nic co dobre nie trwa wiecznie. Nie czuję się przygotowana, ale to mnie nie martwi. Wszak improwizacja to moje drugie imię, zresztą, z doświadczenia już wiem, że im bardziej staram się przygotować, tym więcej atrakcji serwują mi z zaskoczenia. Warto przeczekać. W życiu w ogóle warto czekać, choć to takie trudne. Czekać na rozwój wydarzeń, patrząc na nie z boku, siedząc na oknie właśnie, takim z widokiem na główną ulicę, grzejąc ręce trzymanym w nich kubkiem herbaty. Co ma być to będzie. Nie ma takiej siły, która by była w stanie zmienić fakt, że pewne rzeczy dzieją się poza naszą kontrolą. Takowe należy przeczekać z bezpiecznego dystansu. Wyłączyć umysł, rozdrabniający wydarzenia z przyszłości na części pierwsze, krzyczący że wszystko pójdzie nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, odnajdujący tysiące powodów do porażek i żadnego do sukcesu. Jest ster, a zatem czekam. I jest mi z tym czekaniem zaskakująco dobrze. Poraz drugi już porzucam wieloletnią tradycję i nie nucę sobie Green Day’a, kiedy przychodzi wrzesień. „Wake me up when September ends” jest tak senne, jak moja gotowość zderzenia się z deszczową rzeczywistością. Jeszcze nie teraz się zmartwię, jeszcze są ostatnie ciepłe chwile wakacji. Jeszcze tylko zmrużę oczy i wystawię twarz w stronę słońca, jeśli tylko uda mi się je znaleźć. Zawsze też mogę je sobie wyobrazić. Albo namalować.

175. Dzień z życia pedagoga – witamy w piekle

Praca to rutyna w życiu większości dorosłych ludzi. Codzienność. Czasem pracą chce się rzygać bardziej niż tęczą, czasem i ludźmi. W sumie to jednak jesteśmy w tym miejscu dość zgrani, a łączy nas wspólna pasja: przyszłość dzieci.

Tylko ta przyszłość dzieci, które już teraźniejszość mają naznaczone piętnem getta, nie jest zawsze taka oczywista. Szkoła uczy i wychowuje, wiemy to nie od dziś. A jednak ulica wychowuje skuteczniej.

***

Kumulacja naj. Samo serce najgorszej dzielnicy najgorszego miasta. Państwo w państwie. Po ulicach wypełnionych do granic możliwości szeregowymi domami walają się śmieci i meble. Stara dziurawa wanna stoi na tym samym trawniku od września, nawet Cyganie angielscy dorabiający na złomie się tu nie zapuszczają. Tu i ówdzie walają się strzykawki. Worki po ziele wyrastają z trawników zamiast kwiatków. Wszystko to pod przykrywką religijności – ojców modlących się całe dnie na starość, po całym życiu harówki, i synów, w odświętnych pobożnych ubrankach, uzależnionych od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. Handel, przekręty, Niche w głośnikach i drogie sportowe wozy.

Witamy w piekle.

My, na ile możemy, wychowujemy ich dzieci. Bo im nie zawsze chce się uczyć ich czegokolwiek, a jeśli już, to raczej mija się to z ogólnymi wartościami promowanymi przez szkołę. Zatem wychowywać jest co.

***

Czwartek, 10 minutowa przerwa. Dyżur na dworze. Tu, o ile nie leje, każda przerwa jest spędzana na podwórku. Rozwiązuję kłótnie i konflikty, 10 minut przerwy na pełnych obrotach, 120 dzieci i dwie dorosłe osoby. Dwóch piątoklasistów zaczyna się tłuc na pięści, wchodzę między nich. Jeden płacze ze złości, poniosło go. Drugi to lokalny cwaniaczek. „Uspokój się” – mówię do tego, który się szamocze i płacze, próbując usprawiedliwić. „Nikt cię nie obwinia, uspokój się. Zaraz o tym pogadamy, wyluzuj.” W tym samym czasie cwaniaczek stojąc dwa metry dalej prowokuje go, drząc się jak wariat. „Ucisz się” – mówię, ale chłopak wykrzykuje swoje racje, wiedząc, że ma przechlapane. Przekrzykuje mnie. „Cicho!” – wrzeszczę, „Nie i ch…!” odwrzaskuje. Podnosi butelkę i łup! Uderza nią z całej siły pół metra od mojej nogi. Butelka odbija się i przelatuje mi obok twarzy. Widzę na czerwono. „Do dyrektora, już!” – wrzasnęłam tak, że słyszeli mnie chyba nawet strażacy trzy kilometry dalej. „Nie pójdę!” – odwrzaskuje jeszcze głośniej i ucieka, przeskakując przez płot. Nie rzucam się za nim w pościg, pałeczkę przejmuje współpracownica i zatrzymuje go przy samym wyjściu. Ja ogarniam 4 klasy oczekujące na przyjście nauczycieli, którzy zabiorą ich do klas.

Tego dnia miałam ochotę połamać mu nogi. Upewniłam się, że jest zapisany na wszystkie zajęcia z szkolnym psychologiem, jakie udało mi się znaleźć. Na końcu przeprosił, płacząc, że nigdy nikt go nie słucha. Walczył ze mna nim jeszcze zdążyłam go oskarżyć o cokolwiek. Konkretne problemy emocjonalne. Rozmawiałam o nim z wychowawcą tego samego dnia. Ojciec sprzedaje narkotyki, a czas który spędza z synami wygląda następująco: przepustka z więzienia. Podjeżdża kradzionym samochodem, wrzuca ich do bagażnika, mają przejażdżkę. Rozrzucają pieniądze jak gdyby jutra nie było, no i tego jutra z ojcem nie ma. Albo wraca, albo znika. W międzyczasie wojuje z matką. Dzieciak jest skrzywdzony i skrzywiony emocjonalnie już na etapie piątej klasy.

To nie jedyny taki przypadek. Współpracownica, będąca w tej szkole od dwudziestu lat, wzdycha zrezygnowana. „Tyle bystrych dzieciaków uczyłam. Część z nich handluje, niektórzy są w więzieniu. Część sprzedaje kradzione samochody.” Niektórzy z nich aspirują do tego już w dzieciństwie. „Nie mów mi co mam robić” – stwierdzają do nauczyciela. „Mój ojciec zarabia w jeden dzień tyle co ty przez miesiąc.” Nie obce są mi też stwierdzenia typu „nie muszę się uczyć. Jak urosnę będę handlował dragami, jak moi starsi bracia.” W najlepszym wypadku – „jak urosnę zostanę taksówkarzem.” W wielu przypadkach dzieciak jest jeszcze nieświadomy, że na jedno wychodzi. Niedługo się dowie.

Są też dzieci uchodźców. Ciche, spokojne, wdzięczne za trochę radości, w głębi serca smutne. „Libia, o, wiem co to za kraj” – stwierdza jedna z dziewczynek podczas czytania tekstu. „Wielu ludzi umiera w wodzie próbując stamtąd wypłynąć. Jak brat mojego taty i jego rodzina.”

Jest też trochę dzieci z Europy – Polska, Słowacja, Rumunia, Bułgaria. 95% z niezdrowymi klimatami w rodzinie i – znowu – problemami emocjonalnymi.

Witamy w świecie, w którym dzieciństwo przestało istnieć.

Zdajemy sobie jako kadra pedagogiczna sprawę z codzienności tych dzieci. Rozumiemy doskonale, że pewnie i tak wychowa ich ulica, a życie będzie dalekie od usłanego różami. Ale jest coś, co możemy im dać, co poniosą z sobą całe życie. Ramię w ramię z surowym tłuczeniem dobrych manier i zasad funkcjonowania w społeczeństwie stawiamy na wspomnienia. Bo takich wspomnień jak uczeń naszej szkoły nie ma żaden inny dzieciak w okolicy.

img_6169

Raz na sześć tygodni szkoła funduje im kino/wycieczkę. Klasa, która ma najwięcej punktów na liście zachowania, wygrywa jedno wyjście dodatkowe, wybierają dokąd głosując. Przez cały tydzień prowadzimy coś na zasadzie świetlicy – po lekcjach dzieciaki uczęszczają na następujące zajęcia: robienia na drutach, sportowy, muzyczny, gier komputerowych. Uwielbiają je i na każdy z nich brakuje miejsc, lista jest zawsze pełna. Klub muzyczny to w ogóle osobna bajka. Uczą się gry na bębnach, perkusji, trąbkach, keybordzie, fortepianie. W wielu z tych dzieci zaszczepiliśmy miłość i pasję do muzyki. W społeczeństwie, które muzyką gardzi. Co piątek mamy w szkole koncert. Na zmianę – raz gra nauczyciel i dzieci, raz zaproszony artysta. Mieliśmy już szereg wspaniałych muzyków lokalnych grających wszelkie jej rodzaje, niektórzy byli szalenie utalentowani. Do tego przedstawienia kółka teatralnego raz w tygodniu, każdy poranek rozpoczęty 10 minutami tańca, raz na 6 tygodni pokazy artystyczne, moim ulubionym byli kaskaderzy na rowerach. Ich numerem popisowym było skoczenie z ciężarówki, na rowerze, na pustą puszkę położoną między nogami jednego z nauczycieli, któremu kazali się wcześniej położyć na ziemi. Co za emocje 😉 Nie muszę dodawać chyba, że modlił się jak nigdy w życiu. Często szkoła zaprasza też warsztaty artystyczne i dzieciaki mają okazję tworzyć/gotować/tańczyć/ćwiczyć/brać udział w szermierce itp  itd. W ciągu roku jest tego sporo i ma to ogromny wpływ na sukcesy dzieci w nauce, wyobraźnię, umiejętność wykorzystania zdobytych umiejętności w innych dziedzinach edukacji. Przede wszystkim na dobre samopoczucie. Większość z tych dzieci nigdy nie doświadczyłaby tego wszystkiego, gdyby ograniczyć to odkrywanie świata jedynie do czasu pozaszkolnego…

Oddajemy naszym uczniom część dzieciństwa. Słuchamy, wspieramy, uczymy pogody ducha.

Wreszcie – witamy w miejscu, w którym zwraca się dzieciom beztroskę.

img_6170

 

 

173. Nic co angielskie nie jest mi obce

Mija mi już szósty rok na Zgniłym Lądzie i – jak mi deszcz niemiły – niewiele mnie już dziwi. Niewielu zdań nie rozumiem, niewielu dni wolnych nie przewiduję, a zachowań i zwyczajów jest w stanie mnie zaskoczyć. O czym tu pisać? Na blogu mym podziało się dokładnie to, co na niejednym już z wyspiarskich, które czytuję. Cisza. Wrócę zatem chwilowo do alfabetu emigracji, będzie dziś nindżarsko spod litery F. Zabiorę Was na momencik do najbardziej pokręconego miejsca, w które mogłam trafić. Imię jego pozostanie jednak słodką tajemnicą.

Budynek spod litery F to moje obecne miejsce pracy, wyrok od lat dwóch już. Miejsce, w którym w ciągu dwóch lat zyskałam doświadczenia jak za 10 wiosen gdziekolwiek indziej. Pod dostatkiem tam wariatów z pasją, dramatów bez popcornu i dzieci pseudogangsterów na paracetamolu. Miejsce zapomniane przez świat, do którego w dobie bezrobocia zgłaszają się dwie (!) na krzyż osoby po posadę nauczycielską. Nikt normalny nie chce pracować w samym sercu przegniłej społeczności, z renomą niegodną wspomnienia. Jest to jednak kraina kontrastów, bo wysoko postawiona poprzeczka dała miejsce do popisu i popisano się. Zaszczycono nas wizytą z departamentu edukacji, celem sprawdzenia… tego jak szkoła w TYM mieście i TEJ dzielnicy może sobie tak dobrze radzić. Byli w szoku, mamy być przykładem. Uwielbiam uczyć dzieci, radzę sobie niczego sobie. Wspominam to w swoim alfabecie jednak nie w dobie zachwytu nad skrzywioną rzeczywistością opisywanego miejsca, bo owy przeminął z pierwszym rokiem, a po to, by podkreślić wagę rozwoju osobistego. Ja, wczoraj cicha mysz i chodząca paranoja, że jak coś powiem niepoprawnie to się będą ze mnie nabijać, że nigdy się nie dogadamy, bo mają tak inne myślenie, że polegnę w gruzach na polu walki, gdyż zasoby słownictwa przeciętnego piątoklasisty piszącego wypracowanie o angielskiej wersji Drugiej Wojny Światowej (od tej polskiej nieco różnej momentami) wypalają mi czachę, a tu trzeba wyszukiwać mocnych i słabych stron tekstu, jak i wyrażeń z konkretnych kategorii gramatyki, o ortografii nie wspomnę. Przerażona ja, wczoraj, dziś prowadzę szkolenia, zarządzam programem nauki języka, nieoficjalnie i okazyjnie douczam nauczycieli oraz uchodzę za duszę nienormalnego towarzystwa. A wszystko to i więcej w języku angielskim, tym samym, w którym rozmowa telefoniczna z urzędnikiem około trzech lat wstecz była w stanie doprowadzić mnie do stanu nerwicowo-omdleniowego, zwał jak chciał, fobia. Z całą frustracją, jaka bez dyskusji należy się szkole spod litery F., wiele jej zawdzięczam. Wrzucili mnie na głęboką wodę z kotwicą przy nodze, wypłynęłam z żelaznym obuwiem. Nie poznaję się czasem, ale to dobrze. Czasem warto pozwolić sobie odżyć. Zakończę zwięźle cytatem  z Rumiego: Wydostałeś się z klatki. Teraz fruń.

Z klatki własnych ograniczeń, nieświadomie narzucanych  nam przez bliskich. Dlatego angielska metoda wmawiania dzieciom, że są mądre, zdolne i wyjątkowe, też mnie już nie zaskakuje. Wręcz zachęcam, zaoszczędzimy im czasu, lepiej by odkrywali siebie z tej strony tak wcześnie, jak to tylko możliwe.

152. Komu najłatwiej znaleźć pracę w UK

office-583839_960_720
Oto lista najbardziej pożądanych zawodów:

1. Informatycy
Przeciętna roczna płaca programisty to 35.000 funtów rocznie. Developerów szacuje się na mniej więcej 39 tys. rocznie. W samym lutym ogłoszeń o pracę w sektorze informatycznym na terenie Anglii było 105 tysięcy.
2. Służba zdrowia
97 tysięcy ofert pracy dla pielęgniarek. Tylko w lutym. Początkowe zarobki to mniej więcej 22 tys. funtów rocznie, wzrasta wraz z doświadczeniem, pielęgniarki z wieloletnim stażem zarabiają nawet do stu tysięcy rocznie.
3. Inżynierzy
90 tysięcy ofert pracy dla inżynierów budowlanych w ubiegłym miesiącu. Średnia płaca roczna w tym sektorze to 30 tysięcy funtów rocznie.
4. Bankowość
85 tysięcy ofert pracy miesięcznie. Średnio 50 tysięcy rocznie.
5. Przemysł budowlany
50 tysięcy ofert pracy w marcu. Średnie zarobki to 40 tys. funtów rocznie.
6. Marketing
Płaca zaczyna się od 18 tysięcy rocznie, ale może osiągnąć zawrotne sumy na najwyższych stanowiskach. Menadżer marketingu zarabia średnio 50 tys. funtów rocznie. 23 tys. ofert pracy w marketingu w marcu.

134. Z pamiętnika muzułmanki.

– Mogę zadać ci osobiste pytanie? – zerknął na mnie zza swoich nerdowskich okularów, obejmując kubek z kawą obiema dłońmi, jak gdyby nagle poczuł potrzebę ogrzania rąk. W ostatnim tygodniu lipca. Cóż, jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, raczej się tego spodziewałam – myślę sobie.
– Mhm – otrzymał przyzwolenie. Założę się, że zapyta o TO. Sto procent. Jak zapyta o to, o czym myślę, stawiam sobie dużą gorącą czekoladę w drodze do domu. No już, pytaj, ciekawam…
– Tak się tylko zastanawiałem… Dlaczego chusta?

Czekolada była pyszna.

***
– Wcale mi się to nie podoba – powiedział, marszcząc brwi, próbując włączyć minę osoby, która nie znosi sprzeciwu.
– To strasznie dziwne masz problemy – odpowiedziałam znudzona, wciąż poprawiając wystające spod chusty kosmyki – bo wielu by się ucieszyło na twoim miejscu. Wielu nakazuje, wymaga ponoć… A tobie się nie podoba.
– Narażasz się na straszne niewygody, wiesz. I założę się, że wyrzucą cię za to z pracy.
– To niech wyrzucą, ich strata.
– Będą myśleli, że dołączyłaś do terrorystów.
– Powiedział muzułmanin.
– Wiem jacy są ludzie!
– Zdecydowałam – odpowiedziałam tonem osoby, która nie znosi sprzeciwu. Zaśmiał się i życzył mi powodzenia. Tak złośliwie, jak tylko on potrafi. Szczerze.

***

Przeszła obok mnie, jak gdybym była duchem. Nie rozpoznała mnie. Spędziłyśmy razem większość weekendów w ciągu ostatnich dwóch lat, a ona mnie nie poznała! Bo miałam na głowie kawałek materiału. O, a tam czeka na mnie matka. Lepiej jej pomacham, bo też mnie nie pozna. Ten kolor cię postarza – stwierdziła. No i teraz to dopiero się wszyscy na nas gapią.

***

– Po co to? Czy to dlatego, że teraz jesteś mężatką?
– Czy on ci kazał?
– Czemu akurat teraz?
– Czy to tylko na czas Ramadanu?
– Czy starasz się wtopić w tłum?
Tylko kobiety potrafią zadawać piętnaście pytań w ciągu minuty. Niemniej, uwielbiałam je, tolerując tym samym ciekawość i drobne złośliwości. Nie podobało mi się jedynie, kiedy dyrektor parsknął perfidnym śmiechem na mój widok. Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni – pomyślałam, mam przecież cztery rozmowy kwalifikacyjne w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Jeszcze będziesz za mną płakał.
Nieustannie dziwiło mnie zdziwienie tych, którzy powinni to rozumieć. Nie rozumieli. Oni uciekali do Europejskości, powszechnie uznawanej za wolność i nowoczesność, a ja, biała, mająca wszystko to, co kusi, wpakowałam sobie na głowę szmatę, bo tak mi się podobało. Confused – idealne określenie na ich miny.

***

Poznałam go trzy lata temu, kiedy przygniótł mnie drzwiami. Jakkolwiek żałośnie to brzmi, bycie wciśniętą między drzwi a jego tłuste półdupki na sali pełnej dzieci i nauczycieli doprowadziło mnie do odstawienia na bok myśli, że pierwszy dzień pracy zakończony pobiciem jednego z pracowników nie zagwarantuje mi długiej kariery w tym miejscu. Typowy żebrak o bycie w centrum uwagi, prowokator. Diabelnie arogancki. Nie przypadł mi do gustu przez to pierwsze wrażenie.
– Przepraszam, sir – szepnęłam mu na ucho, wsuwając się między niego a jego, jak się później okazało, kochankę. – Jeśli w trybie natychmiastowym nie przestaniesz prezentować mi kształtu swoich półdupków, to zasadzę ci takiego kopa, że pofruniesz na drugą stronę sali.
– Zawsze masz taki cięty język? – roześmiał się.
– Tylko wtedy, kiedy ktoś celowo jest chamem, starając się poznać moją ciemną stronę – odparłam, poprawiając swoją chustę.
– Owszem, zrobiłem to celowo.  Żebyś się zsunęła gdzieś na bok – odpowiedział, kontynuując gierkę o to, kto ma większe mniemanie o sobie.

– Stałam tu przed tobą.

– Wiem. Ale widziałem cię w tej twojej chuście i stwierdziłem, że nie lubię zakonnic. Mylne pierwsze wrażenie. Poznać taki charakterek to sama przyjemność. Czemu ją nosisz?

– A czemu ty jesteś TAKI?
– Wyrażam siebie.
– Otóż to, mój drogi.

Mylne pierwsze wrażenie to zdanie, które oboje powtarzamy wielokrotnie, wracając do tego, jak się poznaliśmy. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale wyśmialiśmy się razem za wszystkie czasy. W sumie kontakt się urwał, odkąd zmieniłam szkołę. Brakuje mi czasem jego towarzystwa.

***

– Nie układa się wam, rozumiem – odparła smutno, stukając paznokciami o blat stołu – ale masz Boga po swojej stronie, dasz radę. Gdyby nie był po twojej stronie, gdybyś wątpiła, nie przyszłabyś tu dziś do mnie tak jak przyszłaś. Zrzuciłabyś to – powiedziała, zerkając na moją abaję.
– I ty nadal myślisz, że wyglądam jak wyglądam dla męża – roześmiałam się, niedowierzając. Chyba nigdy tego nie pojmę, jak można tak myśleć, znając mnie lub jego, a tymbardziej znając nas oboje.
– Ja musiałam nosić abaje i chustę – odparła – Kiedy się rozwiedliśmy, ściągnęłam hidżab na znak protestu. Założyłam znowu, sama z siebie, dopiero pięć lat temu. Musiałam dojrzeć do tego, by przestać się przejmować tym, jak widzą mnie inni. Zakrywam się dla Boga, więc przyjemnie jest to robić. Naprawdę lubię swoje chusty. No i mogę mieć inny kolor każdego dnia, z włosami tego nie dokonasz – dodała ze śmiechem.

***

– Uwielbiam moją chustę. Daje mi ogromne poczucie wolności.
– Nie rozumiem, to znaczy, że nikt ci nie kazał jej nosić? – nerdowskie okulary w połączeniu z uniesionymi brwiami sprawiły, że wyglądał bardziej jak prawnik, niż dyrektor. Dyrektorzy, których dotąd poznałam, wyglądali bardzo stanowczo. Ten był jakiś taki… pocieszny. Brakuje mi słowa na ten wyraz twarzy.
– W sumie to niemal mi zabronił, jeśli jego masz na myśli – odparłam – Poczucie wolności ponad oczekiwaniami innych ludzi, wolność w wyrażaniu siebie tak, jak chcę, pomimo ogólnego sprzeciwu społeczeństwa, pomimo tego, że nikt tego nie uznaje za fajne, nawet będąc urodzonym w muzułmańskiej rodzinie, wreszcie wolność od obsesji w kwestii wyglądu, totalna samoakceptacja. Coś na zasadzie, że w tym czymś na głowie i tak wyglądam beznadziejnie, więc kto by sobie głowę zawracał makijażem na przykład, tym co pomyślą inni… Ogromna zmiana dla kogoś, kto jeszcze niedawno nie wyszedłby nieumalowany do sklepu. Człowiek jest uwiązany tą obsesją jak nas odbiorą inni, wkręca się nam ją od dziecka. Trzeba się dobrze prezentować, sprawiać wrażenie… Zrzucenie tych łańcuchów to ogromna ulga. Jestem wyjątkowa będąc sobą, właśnie NIE sprawiając wrażenia by zadowolić innych. Albo mnie kupują taką, jaka jestem, albo nie zawracam sobie nimi głowy. To tylko kawałek materiału, a jednak psychologia robi swoje. Nosząc swoją chustę czuję się szczęśliwa, wolna i w zgodzie z samą sobą. Nikt nie ocenia mnie przez to, jak wyglądam, a przez to, co robię. Docenia się moją pracę, nie figurę i fryzurę. Nigdy nie lubiłam zbędnej uwagi i nie sprawiało mi przyjemności liczenie, na ilu osobach wywarłam wrażenie tym, jak wyglądam. Teraz jestem ponad tym, chusta na głowie jest niczym znak „nie jestem zainteresowana”. Liczy się to, kim jestem, co potrafię.
– Witamy w naszym gronie nauczycielskim – odpowiedział z uśmiechem – Niecodzień się zdarza, żeby ktoś mnie zagadał na śmierć jeszcze podczas rozmowy o pracę. Dobra praktyka, dobra gadana, oto cechy efektywnego nauczyciela.

A wszystko przez chustę.