187. Od imigranta zarobkowego do ekspata, przez uchodźstwo gospodarcze w międzyczasie

DSC09720 (Large)

Przychodzi podczas atrakcji życiowej zwanej emigracją taki kryzys tożsamościowy, kiedy to już nie tęsknisz za krajem ojczystym aż tak bardzo, wszystko tutaj spowszedniało, już nie zaskakuje, a jednak nie czujesz się jeszcze wystarczająco przesiąknięty nowym miejscem zamieszkania. Wracając z wakacji u rodziny czujesz, że to tutaj jest Twój dom. Być może nie pasujesz już do tego, co zostało w Polsce, być może czujesz się nieco oderwany od tych korzeni, które tak długo i wytrwale dawały o sobie znać. I to wcale nie jest złe, nie oznacza zdrady, jak zapewne zdarzyło Ci się już usłyszeć. Raczej pora pogodzić się z bogactwem doświadczeń, które wpłynęły na kształtowanie Twojej osoby. Tam było dobrze, tutaj też już jest. Przecież chyba właśnie o to chodzi, czyż nie tego chcemy wsiadając w samoloty z biletem w jedną stronę – nie tylko mieć się dobrze, lepiej, ale też tak się czuć?

Zastanawia mnie czasem pojęcie ekspat. Kiedyś oznaczało ono specjalistę konkretnej dziedziny wybierającego inny niż ojczysty kraj celem zarobku. Bez przymusu, raczej z kaprysu. Jako ciekawostkę dodam, że polski słownik definiuje to słowo ściśle powiązując je ze specjalizacją zawodową, angielski zaś dopuszcza już wolną myśl rezydentury poza granicami w ogóle. Kim jest zatem ekspat dziś, w dobie masowj migracji? Czy jest to osoba, która porzuciła kraj ojczysty na zawsze? Taka, która przetrwała do konkretnej granicy czasu, stażu kilkuletniego, po którego przekroczeniu może się nagle przemianować? Czy jest to każdy imigracyjny przechodzień, pomieszkujący w innym niż ojczyzna kraju na czas nieokreślony? Wreszcie, czy bycie ekspatem gwarantuje to upragnione pozytywne samopoczucie i brak tęsknoty? Chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi na żadne z powyższych pytań.

Wiem, że imigrant to dla mnie słowo bardzo tymczasowe, krótkotrwałe. Pomieszkując od kilku lat w tym samym miejscu, widując tych samych ludzi, poruszając się po mieście z zamkniętymi oczami, już nie jesteś imigrantem, a przynajmniej nie zarobkowym. Przecież nie będziemy się posuwać do przezywania świeżaków większymi imigrantami, siebie mniejszymi. Stajesz się swój, jakbyś był tu od zawsze. I choć dla wielu ludzi zawsze będziesz kroplą w całej fali przyjezdnych, to właśnie to poczucie przynależności gdzieś indziej, niż ojczyzna, sprawia, że poszukuję innego, wyjątkowego dla swojej między innymi sytuacji określenia. Nie czuję się imigrantką zarobkową, ale nie wiem, czy zostanę tu na stałe. Nie brakuje mi Polski, a jednak nie wszystko tutaj wydaje się idealne i niewymagające naprawienia. Wciąż trochę porównuję. Pamiętam moje zdziwienie, a może lekkie wybudzenie się z chmurowego letargu, podczas zeszłorocznej Sindbadowej przygody. Opowieści współpasażerów o ich doświadczeniu w Anglii, o wakacyjnym przyjeździe zarobkowym, tęsknocie za Polską, planami na przyszłość z nią związanymi… Dawno tego nie słyszałam, dało mi do myślenia. Nie każdy kupuje przecież bilet w jedną stronę, jak zrobiłam to ja. Nie każdy ma taki zamiar kiedykolwiek. Oni są zatem imigracją zarobkową… A my, starzy pomieszkujący w tym miejscu, to już zupełnie inna bajka i podejście do tematu. To już nie przygoda, a szkoła życia. Podsumowując dzisiejsze przemyślenia, czy „osiedleniec” to dobre określenie? Wydaje mi się lepsze niż „uchodźca gospodarczy”, choć to drugie zdaje się być bardziej trafne. Mój prywatny słownik ogłasza otwartość na propozycje terminologiczne.

Reklamy

156. Pamiętniki z emigracji (XI)

Pierwsza wielka fala niesmaku nie tyle opadła, co dała się oswoić. A może to dlatego, że nie miałam czasu nawet przejmować się tym, że gdzieś mnie ponoć nie chcą. Tak naprawdę nigdy nie chcieli. Wyjdą, nie wyjdą, co i dokąd teraz, tym razem, dobiega do mnie zza mgły. Choć przywykłam do deszczu, pokazuje od kilku dni nowe oblicze. Niebo pękło w połowie, serce już dawno, świat się jeszcze nie zawalił, ale czasem ciężko mi go nieść. Brakuje mi cierpliwości, spokoju. Brakuje mi czasów, w których nie bywałam rozczarowana tak często. Mimo to wciąż zbieram kawałki rzeczywistości z podłogi i z podniesioną głową maszeruję do przodu. Bo przecież co to dla mnie.

Gdzieś tam wołają o polskim robactwie, słyszy się dużo o nasilonych przejawach pogardy i chamstwa. Nagle okazuje się, że buraków jest dużo i nie boją się mówić. Czar prysł? Nie. Nigdy Polaków na Wyspach ani nie kochano, jak chcieliby wierzyć, ani nie doceniano. Była zazdrość, obojętność, politowanie lub miłość – wszak Polki serc łamią wiele. Ale żeby nagle odkryć, że nie jesteśmy ulubionym sortem przyjezdnych? Nigdy nie byliśmy. Niewidzialni, a szkodliwi. Czasem uchodzący za nazistów, szkodzący innym nawet nie u siebie. W swoim mniemaniu lepszy gatunek uchodźców, jedyny wybrany. Przykro mi za takich ludzi tak jak i przykro mi za buractwo angielskie i ich przejawy ksenofobii. Świat byłby piękniejszy bez buractwa ogółem.

Świat. Który aktualnie powariował. Podziały ponad podziałami. Europejskie dzikusy z pamięcią ameby.  Dziwne, niesmaczne czasy. Ostatni niech zgasi światło.

154. Wielokulturowość – za czy przeciw?

woman-789146_960_720 (Small)
Na wstępie tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że zamieszanie wokół wielokulturowości nie jest przypadłością wyłącznie polskiego społeczeństwa. Problem istnieje wszędzie. Problemem tu nazywam jednak nie samo zjawisko, a podejście ludzi do niego, to, jak sobie (nie) radzą. Do poniższych przemyśleń zainspirowało mnie spotkanie autorskie z wielokrotnie wspomnianą ostatnio E.S. Wypowiadała się ona o problemie społeczeństwa tureckiego, podzielonego na chrześcijan, muzułmanów i ateistów, na hidżabistki i niehidżabistki, wreszcie na Turków, Ormian, Kurdów, Rosjan i tak dalej. Nie jest to w owym kraju zjawisko świeże, a jednak wciąż, wczuwając się w rolę każdego z poszczególnych organów tej mieszanki, można powiedzieć, że „trudno jest”.

Trudno jest…

…być Ormianem lub Kurdem w Turcji. Chrześcijaninem lub ateistą w muzułmańskim kraju. Muzułmaninem w kraju chrześcijańskim lub świeckim. Bywa trudno kiedy jest się białą muzułmanką w społeczeństwie pakistańskim, a tymbardziej polskim. Trudno jest być. Tylko dlaczego? Czy ludzie naprawdę tak bardzo boją się wszystkiego co inne, by za wszelką cenę szykanować to i odrzucać?

Rozumiem, że słowo multikulturalność nie jest obecnie zbyt popularne. Ale nie znaleźliśmy nic społecznie lepszego, czym moglibyśmy to zjawisko zastąpić.

Mieszanka kultur nie zawsze bywa łatwa. Zdarzają się nieporozumienia, przykre incydenty, egoizm, brak otwartości wśród każdej ze stron. Wszystko to istnieje i nie powinno być lekceważone. Warto jednak nie być jednostronnym i widzieć też to, co można zyskać. Czego się można nauczyć. Na podstawie czego rosnąć w siłę jako państwo.

Tylko ktoś inny niż ja może mnie czegoś nauczyć, rzucić mi wyzwanie wobec samej siebie, zmotywować mnie lub zainspirować do spojrzenia na te same sprawy z innej perspektywy. Ktoś o takim samym sposobie myślenia i światopoglądzie nie wnosi w moje życie dużo więcej niż tylko zrozumienie. Powtarzamy się niczym echo.

Być może nie każdy będzie w stanie zrozumieć powyższą myśl, ze względu na brak doświadczenia w temacie. Ludzie, których poznałam i cenię, są odemnie bardzo różni. Są rzeczy, które nas łączą, to naturalne, że ludzie zawierają przyjaźnie na podstawie wzajemnego zrozumienia. Ale są też rzeczy, które nas dzielą, jak pochodzenie i spojrzenie na wiele spraw. Wynikają z tego wielogodzinne dyskusje i mnóstwo interesujących wniosków. O życiu codziennym, życiu w ogóle, wszystkim.

Multikulti na plus

Ja uważam tak jak mnie uczył mój dziadek. Najwięcej ciekawych i inspirujących rzeczy dzieje sią na styku, granicy kultur, religii, tradycji. Zawsze. Ale oczywiście nie każdy lubi takie inspiracje – mówi Agata. Paula przedstawia swoje odczucia następująco: Od czasu „kryzysu migracyjnego” i histerycznego wzrostu nacjonalizmu coraz częściej się nad tym zastanawiam. Kiedy miałam 18 lat i w Berlinie czy Dublinie widziałam te społeczenstwa wielokulturowe to mnie pociągało, było czymś w rodzaju niesamowitej energii, ta różnorodność była zupełnie inna niż szaro-biała i jednolita Polska. Dla mnie to było też coś więcej, jako serce lewicowe śledziłam z wielkim przejęciem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, przede wszystkim możliwości jakie to wszystko za sobą niosło i właśnie również multikulturowość, równość i wolność przemieszczania. I może to strasznie śmiesznie brzmi, ale dzisiaj bardzo przeżywam to, co dzieje się z Schengen. To wszystko pośrednio związane jest z tematem wielokulturowości. I potem stało się. Wyjechałam do Francji, do świata w którym jest misz masz. Pół roku byłam tym oszołomiona i zachwycona. Potem pojechałam na tydzień do Polski i białe, jednolite Wrocław i Katowice mnie przygniotły, wydając się nudnymi i bez życia. Po czasie jednak dostrzegam plusy i minusy tego społeczeństwa wielokulturowego. Tak jest ze wszystkim, każdy medal ma dwie strony. Przede wszystkim widzę trudności jakie stoją przed ludzmi w wielokulturowym społeczeństwie, widzę tych, którzy się nie potrafią odnaleźć. To społeczeństwo ma inne problemy niż monokulturowe, ale nie ma idealnego świata, narodu, społeczeństwa tak jak nie ma człowieka idealnego. Jednak w tym multikultorowym świecie jest mi całkiem fajnie. Lubię bardzo tanie hinduskie bary w których mogę kupić hinduskie potrawy za prawie grosze, lubię dołączyć w parku do grupy Chinek, które wykonują tai chi (nie wiem jak to napisać), jeść prawdziwe domowe sushi z moją tajlandzką koleżanką, pooglądać zdjecia z Iranu od dzieci uchodźców, które były naszymi sąsiadami, zapraszać moich francuskich znajomych na degustacje polskich potraw, lubię z nimi dyskutować o Solidarności i Wałesie, lubię różnorodność religii, lubię kiedy moja teściowa robi mi meluez i tajine. I może się wydawać, że pisanie o takich błachych sprawach nie ma nic wspólnego z tym tematem, ale to właśnie tak zaczyna się życie na styku wielu kultur. Bo to wszystko nie jest tak jak wciąż w Polsce, jednorazowy wypad do chińskiej restauracji, te wszystkie elementy stają się częścią naszego życia i chyba komuś kto tak nigdy nie żył, nie uda się tego zrozumieć. Oczywiście z takiego życia wynikają dziwne i straszne sytuacje czasami. Jest to taki moment, który też super obrazuje scena z moją teściową w kuchni, kiedy krzywimy się nazwajem na to co jemy. A potem wybuchamy śmiechem. Bo każdy chce forsować, ze to jego jest lepsze, to jego kultura jest lepsza. Na styku kultur naprawdę musimy w końcu postawić znak równości i to jest bardzo trudne, ale możliwe. Pomimo wszystko ja jestem dalej na tak dla wielokulturowości, ale także jestem bardzo za tym, że politycy powinni troszczyć się o taki typ społeczeństw w szczególny sposób, chociażby przez dostosowanie systemu edukacji itp. We Franci jest trochę sytuacja pełna hipokryzji, bo w większości imigranci zmuszeni są do wyrzekania się swojej kultury i akceptowania dominującej kultury francuskiej (inaczej widzę to w Anglii) i to rodzi wiele kompleksów. Więc gdzieś na styku tego wymieszania, rodzi się coś nowego, jakiś rodzaj nowej kultury? Jest to raczej jednak nisza, bo raczej dominującym trendem jest adaptacja, dążenie do zasymilowania, więc jednak odrzucenia wielokulturowości. No, a może jednak nie. Tak patrzę sobie na dekorację na naszej ścianie, wiszą dwaj Żydzi liczący pieniądze (tradycja ocierająca się o antysemityzm hihi ), marokańska mozaika, portret Napoleona i obraz Maciejewskiego. W wielokulturowości otwieramy się na świat, na innych ludzi, a co może nas bardziej ubogacić niż to ?

Wielokulturowość drugiego pokolenia przyjezdnych

Pytasz w Anglii faceta o imieniu Mohamed o narodowość, on odpowie Ci British. Zapytasz o pochodzenie – powie British. We Francji zapytasz faceta o imieniu Mohamed o narodowość to odpowie, że Francuz pochodzenia algierskiego. To bardzo pokazuje różnice w menalności, poziom kompleksu (lub dumy) i stopień asymilacji – mówi Paula.
To prawda. W Anglii o wiele łatwiej jest im czuć się Brytyjczykami – jakby nie patrzeć Brytyjczycy są miksem od zawsze – Anglosasi, Wikingowie, Rzymianie, mnóstwo różnych przyjezdnych. Agata dodaje: W Australii widziałam to samo. Łatwo się wpasować w otoczenie i tą mieszankę narodowości i ras, zwyczajów. Jest to nasze bogactwo. Jest to naprawdę piękne, ale to już jest mądra polityka państwa, że taka różnorodność współistniejąca jest możliwa.
W krajach emigrackich –
dodaje Piotr – takich jak Stany, Kanada czy Australia, przybysze z całego świata to rzecz normalna i bardzo wzbogacająca czy to naukę czy ekonomię. Na pewno nie jest to łatwe i wielokrotnie zdarzały się w historii przykre sprawy, ale ogólnie rzecz biorąc jest tolerancja dla religii czy kultur pod warunkiem, że przestrzegane jest prawo panujące w kraju. Np w Stanach w drugim pokoleniu każdy kogo znam mówi już, że jest ‚stąd’ niezależnie od pochodzenia rodzinnego czy wyglądu.

Uchodźca czy cwaniak, oto jest pytanie

Ohhh, pamiętam moją pierwszą podróż do Londynu! – wspomina Karolina – Tygiel kultur, religii, języków, kolorów, stylów życia. Te zapachy, gesty, inne oczy… To było jak bajka. Zupełnie inaczej niż dzisiejszy „koktajl Mołotowa” made in Sweden. Z całym szacunkiem dla potrzebujących, pragnących spokojnego życia, czasami się boję konsekwencji tej otwartości i tolerancji. Zaufanie od naiwności dzieli bardzo cienka linia, krucha i delikatna. Europa północna w imię poprawności politycznej otworzyła swoje wrota dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiego przychodzili kraju, niezależnie od tego czy mieli dokumenty czy nie, wpuścili o tak kilkanaście tysięcy osób o których nie mają żadnego pojęcia, osób – które wg informacji z tv miały być w większości dziećmi. Dzieci okazują się być rosłymi wąsatymi mężczyznami, którzy śmieją się władzy i innym obywatelom w twarz. Żądają mieszkań i kieszonkowego. Bo ktoś gdzieś obiecał. Codziennie czytam, słyszę, dowiaduję się o kolejnych atakach na dzieci w szkołach, o kradzieżach, bitwach w strefach no go, podpaleniach. To nie tak miało wyglądać. Szwedzi w swojej dobroduszności zapomnieli o jednej sprawie, mianowicie o tym że przyjmując do swojego kraju człowieka z innej kultury, nie można oczekiwać i brać za gwarant że ta osoba się natychmiastowo dostosuje do panujących standardów. To jest bardzo długi i złożony proces. Nie da się zasymilować na życzenie, często niestety tylko jednej ze stron.

Po części zgadzam się i z tymi obawami. Każda pomoc tego typu powinna być przeprowadzona z głową i kontrolowana. Nie mówię o czipowaniu uchodźcom tyłków, ale o ich rejestracji, o wyrobieniu im dokumentów choćby na granicy, o ich istnieniu w systemie i ograniczone panoszenie się – za złamanie prawa i brak szacunku do pomocy – odpowiednie konsekwencje. W ten sposób mielibyśmy doczynienia z uchodźcami a nie cwaniaczkami.

Sukces tkwi w szacunku

Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wielokulturowości – mówi Nina – w tym i uchodźcom, ale pod jednym warunkiem: że kultura w której kobiety są uznawane za nie mające podmiotowości prawnej (np. kraje muzułmańskie oparte o szariat) nie będzie mi narzucać swojej organizacji prawno-religijnej. Dopóki państwo jako takie pozostaje świeckie, a prawo w nim obowiązujące jest równe dla wszystkich – i wszyscy tego przestrzegają niezależnie z jakiej kultury są – jest ok. Anna dodaje: Mieszkałam w Tajlandii, mieszkam w Wietnamie i bardzo się staram dostosować do tego jak się tutaj żyje, ale spotkałam się z emigrantami, którzy tego nie chcą robić i często stawiają się wyżej od Azjatów, z takim podejściem „jestem biały, to mi się należy”, co jest bardzo niesprawiedliwe. Czasem traktują Azjatów jak ścierki do podłogi (widzę w pracy jak klienci emigranci odnoszą się do mnie, a jak do moich wietnamskich koleżanek – różnica bywa spora… Najgorsze jak coś zaczynają do mnie na nie narzekać, ‚bo tak’ , i co, myślą że one nie rozumieją angielskiego i nie jest im przykro?). Czasem zwyczajmnie ignorują tutajsze zwyczaje: na przykład wlażenie w ubłoconych butach do pomieszczeń, w Tajlandii. Mimo iż każdy tam buty zdejmuje przed wejściem gdziekolwiek. To są drobnostki, ale dla miejscowych wiele znaczą. Ja się uczę nowej kultury, poznaję i jestem tym zachwycona. A moi znajomi z chęcią mnie wypytują jak to jest inaczej w Europie, proszą o ugotowanie europejskich dań, o pokazanie czym się różnimy. 
Więc podsumowując – wielokulturowość jest piękna, jeśli wszystkie mniejszości szanują się i akceptują, nie wywyższają nad inne. Szczególnie trzeba szanować lokalną kulturę w miejscu, do którego się emigruje. Jeśli ktoś nie chce jej szanować i zaakceptować – powinien wracać skąd przyszedł. Musimy pamiętać, że to my jesteśmi gośćmi w nowym miejscu, a nie panami świata. 
Paula komentuje słowa Anny następująco:  Święte słowa. Niestety czasami spotykałam taki typ Polaków, którzy uważali się za lepszych niż ‚śmierdziele Angole’ czy ‚Żabojady’. Ja też uważam, że wyjazd do kraju nas zobowiązuje do szanowania tamtejszej kultury i zwyczajów. Właściwie ja bym poszła dalej: do zintegrowania się z tą nową kulturą (oczywiście zachowując także to, co moje). Bo jak widzę właśnie tych Polaków, którzy np w Szwecji napadają na uchodźcó, żyją x lat w Anglii a po angielsku dwa słowa (pracowałam w polskim sklepie, to widziałam), to uważam, że tacy ludzie powinni siedzieć tam, skąd przyszli.

Równość przyswajana od kołyski

Ja bardzo lubię podejście dzieci do wielokulturowości – mówi Kasia. Nie ogarniając całej filozofii tego zagadnienia, po prostu przyjmują różnorodność w społeczności jako coś normalnego. Będąc w Kanadzie mają szansę mieć kolegów o różnym kolorze skóry, w różnym stopniu mówiących po angielsku. Dla nich wielokulturowość to małe codzienne rzeczy, ot choćby dlaczego kolega zamiast kanapek przyniósł glony suszone. Nie łamią sobie nad tym głowy, ale to jest dla nich również punkt wyjścia do długich rozważań o Polsce i co to znaczy być Polakiem. Właśnie takie podejście chciałabym widzieć w dorosłych, ale nam jest już trudniej otworzyć się z dziecięcą ufnością na innych. Dlatego tak bardzo się cieszę, że moi synowie mają szansę na pełne zanurzenie w wielokulturowości. Dla nich i ich kanadyjskich rówieśników będzie to rzecz naturalna. Szacunek dla innych wśród dorosłych to efekt tego, jak dzieci postrzegają wielokulturowość. Fajnie by było, gdyby w Polsce działania na rzecz wielokulturowości były propagowane już od najmłodszych lat, ale niestety klimatu na to nie ma.

A więc co z tym multikulti?

Odpowiadając na Twoje pytanie to mi się wydaje, że nie ma odwrotu od społeczeństwa wielokulturowego, bo mamy globalizację i to jej następstwo – pisze Maja. Możemy dyskutować o plusach i minusach, ale najważniejsze jest, żeby zastanowić się, jak w tym tyglu żyć, jak wspomóc imigrantów w adaptacji (co jest trudne i każdy mieszkający za granicą o tym wie), jak uczyć tolerancji itp itd. Jeśli ktoś widzi same minusy i myśli, że uda mu się zamknąć w jakiejś jednokulturowej bańce, to jest to dla mnie myślenie kompletnie absurdalne i pokazujące niezrozumienie świata. Piotr dodaje:  Po prostu świat się dziś bardzo wymieszał poprzez łatwość podróży czy przez komunikację, przez Internet. Tak jest już w produktach, których używamy lub jemy, tak samo jest w wielu serwisach (np call centre). Nie da się zatrzymać masy ludzkiej – nawet jak ktoś myśli, że wymuruje mur i wykopie fosę, albo założy kolonię na jakieś wyspie 🙂 Ale zjawisko migracji to nic nowego, bo wszyscy nasi przodkowie wyemigrowali kiedyś z Afryki.

 

*Wpis powstał na podstawie wypowiedzi członków Klubu Polki Na Obczyźnie.

141. Warto skorzystać: Darmowe Polskie Szkoły Internetowe

Zapisy.2016.reklama

(Wpis powstał w ramach współpracy z Libratus)

Darmowe polskie szkoły internetowe – smakołyk dla matek dwujęzyczków, pomagający w nauce języka polskiego nie tylko na Wyspach, ale wszędzie, gdzie mamy dostęp do Internetu. Myślę, że warto skorzystać. Oto jak się reklamują:

“Wielu rodziców zastanawia się, jak pielęgnować język polski u dzieci dorastających na emigracji. Z pomocą przychodzą Polskie Szkoły Internetowe Libratus, które bezpłatnie umożliwiają małym Polakom utrzymanie kontaktu z językiem ojczystym. Zapisy na darmową polską edukację internetową na kolejny rok szkolny 2016/2017 właśnie trwają. Dlaczego warto zapisać dziecko do programu?
Nauka w projekcie to połączenie nowych technologii i wieloletniego doświadczenia kadry pedagogicznej. Uczeń ma dostęp do internetowej platformy z szeroką gamą materiałów edukacyjnych. Zajęcia odbywają się w formie nauczania domowego – rodzic w oparciu o scenariusze lekcyjne i repetytoria pełni rolę nauczyciela. Dodatkowe wsparcie stanowią cotygodniowe lekcje on-line, tzw. Webinaria prowadzone przez wykwalifikowanych pedagogów. Program zajęć urozmaicają prezentacje, filmy edukacyjne, interaktywna tablica oraz gry – wszystko po to, aby nauka łączyła się z zabawą. Każdy rok szkolny kończy się egzaminem, który daje możliwość uzyskania państwowego świadectwa szkolnego – takiego samego, jakie otrzymują dzieci uczące się stacjonarnie w Polsce. Podobnie jak jego rówieśnicy z Polski, uczeń dostaje także legitymację szkolną uprawniającą do zniżek. Dzieci uczące się w Polskich Szkołach Internetowych Libratus nie tylko rozwijają swoją dwujęzyczność, lecz także realizują ujednolicony materiał szkolny, co umożliwia dalszą kontynuację nauki w Polsce. Dwujęzyczność ułatwia dzieciom swobodną komunikację z krewnymi w Polsce. Ponadto umożliwia biegłe poruszanie się w obu kulturach, z którymi się stykają, poszerza horyzonty, a w dalszej perspektywie stanowi atut na rynku pracy.
Program skierowany jest do uczniów zerówki, szkoły podstawowej i gimnazjum. Rejestracji na bezpłatną naukę w roku szkolnym 2016/2017 można dokonać na stronie www.libratus.edu.pl/zapisy2016. Liczba miejsc jest ograniczona. Decyduje kolejność zgłoszeń. “

130. Jaka jest Polska?

Czasem znajomi pytają mnie o to, jaka jest Polska. To bardzo trudne pytanie. Polska jest zbyt złożona, by na nie odpowiedzieć jednym prostym zdaniem.
Zadałam je w Klubie Polki Na Obczyźnie, a oto, co usłyszałam:

Marta
: Polska jest trudna, ale autentyczna, prawdziwa i pełna.

Ola: Polska jest specyficzna. Ma swoją piękną historię i niesamowitą kulturę, której piętno lubi ciążyć na nas – pokoleniach do lat 80′ włącznie. Polska jest piękna. Jest też smutna i bardzo prawdziwa przez głos tłumów, które chciałyby dużo ale jest na to za wcześnie. Polska jest w momencie raczkowania i nadejdzie czas kiedy będzie krajem, do którego wszyscy będą chcieli wracać. Polska jest… nasza. Po prostu.

Agata:  Jest pełna sprzeczności i sama siebie nie docenia!

Xiaotai: Polska jest głęboko przekonana o własnej wyjątkowości i własnych racjach.

Dorota: Mnie się nie wydaje prawdziwa, wydaje mi się obłudna i nieszczęśliwa, dużo rzeczy się dzieje na pokaz, zrywy serca na chwilę, dużo przeintelektualizowanych ludzi, którzy nie mają okazji dać upustu swoim ambicjom i przede wszystkim Polska za bardzo żyje historią, a nie dniem dzisiejszym. Nie umie się cieszyć, tak z niczego.

Małgosia: Zakompleksiona, a przecież taka piękna i z dużym talentem, w który sama za bardzo nie wierzy.

Jo: Kochana, deszczowa, zakompleksiona… To że kochana- nie wiem tylko czy to wyidealizowanie jej przeze mnie czy obiektywizm po tym, gdy mieszkam w innych kraju. W każdym razie – na pewno ma swoją wyjątkową duszę. Chociaż ona chyba zanika – wypierana zachodem…


Magda: Krnąbrna. czasami zaściankowa – ale uważam to za cechę pozytywną.

Anna: Polska jest surowa, dzika i nieokiełznana.

Magda: Nie dostrzegająca swojego piękna. W życiu codziennym gościnna, pomocna i zaradna, choć kilka procent Polaków bardzo stara się, by nie była tak postrzegana. Bojąca się nowego, ale jednocześnie ciekawa świata i odbywająca dalekie podróże. Zdolna, pełna nieodkrytych talentów. Waleczna i czasem pyskata.

Justyna: Niedoceniona, piękna, utalentowana!

Marianna: Kraj kontrastów i sprzeczności. Z jednej strony piękny, ze wspaniałą naturą i historią, mogący pochwalić się niesamowitymi zabytkami, górami, lasami, jeziorami, morzem, smaczną kuchnią, zaradnością, pomysłowością, umiejętnością przetrwania największych zawieruch … A z drugiej strony to kraj trochę zagubiony w obecnej rzeczywistości, stojący w rozkroku między teraźniejszością i myśleniem o przyszłości, a przeszłością, z którą nie może jakoś dojść do ładu. Mnie Polska zachwyca, wkurza, fascynuje, doprowadza do łez (smutku, złości, radości…) – wszystko na raz! Na pewno nie jest to nudne miejsce.

Piotr: Bardzo trafnie to ujęłaś Marianna .. nie potrafiłbym lepiej napisać… Sam staram się skupiać na przyrodzie i na tym, że kraj po prostu wizualnie pięknieje. Ale mimo wszystko … i myślę, że to po prostu nadal kraj i demokracja bardzo młoda … Po zaborach tylko 20-lecie wolności nie całkiem demokratycznej, ale jednak gdzie różne religie i kultury współistniały i teraz ledwie 25 lat wolności i demokracji, gdzie nieco brakuje nadal różnorodności religii i kultur.

Tak, też mi się wydaje, że dużo jeszcze pracy przed Polską, by otworzyć się trochę bardziej na „inność”. Myślę, że wynika to z tego, iż przez zabory, a potem wojny i komunizm naród skupiał się przede wszystkim na tym, aby przetrwać i zachować swoją tożsamość – polskość. Żeby w ogóle stworzyć znów niepodległy kraj, gdzie przede wszystkim Polacy będą mieli dom. Więc w kwestii różnorodności kulturowej jesteśmy trochę do tyłu… Ale z drugiej strony taki z nas przecież mobilny naród, w każdym kraju na świecie znajdziemy przynajmniej jednego Polaka, teraz też ludzie jeżdżą – i turystycznie, i zarobkowo – więc nie do końca czasami rozumiem, skąd ta ciągła nieufność (a czasami wręcz wrogość) wobec „innego”…

Paula: Dobre pytanie i trudne w cholerę. Jaka jest Polska? Chyba pełna paradoksów i sprzeczności. Nowoczesna i zacofana, postępowa i konserwatywna. Chyba to taki kraj, który w pewnym momencie pękł na pół i który już nie potrafi się całkowicie skleić. To kraj, który nie ma środka, absolutnie w niczym, a mieszkających w nich ludzi można dzielić na dwie grupy. Bo albo lewo albo prawo, albo bieda, albo dostatek, albo najmodniejsze knajpy albo rozklekotane kamienice, albo dobre samochody i młodzi, których nie stać na pierwsze auto. Polska to też trochę burdel, taki bałagan, który powoli się sprząta i właściwie jeszcze nie wiadomo co się pod nim kryje – Polska jeszcze sama siebie określa. Polska to też Polacy, którzy sami nie wiedzą co to właściwie znaczy być Polakami. To kraj, w którym nie ma ‚luzu’, a nawet wyjście z autobusu jest walka, w którym widać wciąż frustrację i czekanie na ‚coś’. To kraj pięknych zabytków, zachwycającej natury, która jest zupełnie wyjątkowa w świecie. Polska to kraj wybitnych indywidualności i egoistów, w którym jedno małe miasto ma 8 galerii handlowych i 4 dzielnice biedoty. To kraj gościnności i niechęci. Polska to trochę taki kraj ‚filozofów’ w którym do gadania są setki a do działania nikogo. Polska to też kraj, który powoli uczy się radości życia. Tylko w Polsce w autobusach siedzą reklamówki, babcie chodzą z kijkami do nordic walking w sukienkach i butach na obcasie, a opowiadanie w pociągu/tramwaju/autobusie szczegółów swojego życia prywatnego uchodzi za coś normalnego, podobnie jak słowo ‚przepraszam’ wypowiedziane przez lekarza, który spóźnił się 2 godziny byłoby cudem. Sprzeczności, paradoksy, kontrasty. Ale tak ogólnie Polska jest fajna, to taka mieszanka wybuchowa, w której wszystko zależy jak się trafi i na kogo i gdzie wszystko jest możliwe.

Agnieszka: Lepiej bym tego nie opisała. Mówię przepraszam zawsze. I nie spóźniam się 2h. To już wiem czemu nie mogłam pracować w Polsce.

Karolina: Polska jest zbyt skomplikowana. To kraj, który robi sobie zupełnie niepotrzebnie pod górkę, najcześciej po to żeby sie pokazać, bo co ludzie powiedzą. Polska to kraj kontrastów gdzie wszystko odbija sie miedzy ekstremami.

Natalia: Polska to moja ojczyzna, zawsze na pierwszym miejscu. Niepowtarzalna i jedyna. Akceptuję ją ze wszystkimi wadami, to miłość bezwarunkowa. Mogę na nią narzekać i zżymać się, ale innym od niej wara!

Barbara: Polska to mój rodzinny dom. Zapach świeżego chleba, który pamiętam z dzieciństwa. Serniki i szarlotki. Jesienne ogniska, zimowe kuligi. Wiosenne bzy,j aśminy i konwalie. Letnie wycieczki nad jezioro, harcerskie obozy, kolonie i codziennie zabawy na trzepaku. Polska to pierwsza miłość. Pierwsze piwo, pierwsza dyskoteka.Polska to mnóstwo cudownych wspomnień i nieodłączna tęsknota. Polska to wszystko to co mnie ukształtowało, co sprawiło, że jestem dziś kim jestem.

Dominika: Polska jest zielona, pachnie lasem albo sadem owocowym.

Nina: Z mojej perspektywy: pełna znerwicowanych, sfrustrowanych ludzi, którzy bliźnim na każdym kroku pokazują pazury i utrudniają życie.

Ewa: Polska to wspomnienie z dzieciństwa. Dobre wspomnienie. A tak to już z niektórymi wspomnieniami bywa, że lepiej do nich nie wracać, bo pryskają jak bańka mydlana, roztrzaskują się o nadbałtyckie klify i człowiekowi ręce opadają z niemocy, a w głowie pojawia się pytanie „czy to naprawdę wspomnienia czy też wyimaginowana przeszłość, która zakrzywia prawdę, żeby nie przejść przez życie rozczarowanym”… Tak mi się zagmatwane napisało ale wiem o co mi chodzi 😉

Anna: Polska jest zielona, trudna, pełna ambitnych ale zarazem smutnych ludzi, z niesamowitą przyrodą, kuchnią i możliwościami. Rozwijająca się.

A jak Wy odpowiedzielibyście na pytanie jaka jest Polska?

104. Pamiętniki z emigracji (VIII)

Styczeń 2012

nie mamy domu dzisiaj
bo Ty kraju okrutny
wysłałeś obolałe dusze
na tułaczkę wieczną
do obozów pracy
nie mamy domu dzisiaj
bo Ty kraju okrutny
przejmując barwy czerwieni
sycisz tych którym nie trzeba
niektórzy w tęsknocie snują
te nadzieje o powrót
pośród tysięcy obcych oczu
stanowimy ten gatunek
który nie ma gdzie wracać

Pamiętam. Pamiętam moją emigracyjną depresję dorabiania się od łyżki, jak to mówią. Pamiętam moją depresję w ogóle oraz to, że za niepowodzenia w życiu rodzinnym obrywało się obczyźnie. Pamiętam magazyny pełne Polaków, których nastrój mi się udzielał, jak widać powyżej. Pamiętam, że trwało to kilka miesięcy, aż wygrałam ze swoimi demonami. Pamiętnik zachowany w stanie zbyt dobrym czasem o sobie przypomina. Dziś już bym tak nie napisała, bo zmieniły się czasy, sytuacja, podejście, zmieniłam się ja. No i teraz mam dom, właśnie tutaj stworzyliśmy dom pełen ciepła, miłości i spokoju ducha. Zmieniłam też gatunek, o ile można teorię ewolucji podejrzewać o takie wyskoki. Teraz należę do gatunku ludzi szczęśliwych, którzy doceniają to co mają i żyją prostym, radosnym życiem. Dlatego już nie piszę pamiętnika, wszak czytanie o szczęściu jest zwyczajnie nudne, mimo że paradoksalnie wszyscy do niego dążymy.

99. Tam, gdzie da się żyć.

Wydawało mi się, że tytuł powiedział wszystko. Sam dokument, który to obejrzałam ze sporym opóźnieniem (spróbujcie znaleźć 48 minut na obejrzenie czegoś w międzyczasie opieki nad maluchem, pracą i pisaniem bloga, pff!) pokazuje emigrantów różnych – takich, których uznałbyś za swoich i tych zupełnie innych niż Ty. Każdy z nich tęskni, bardziej lub mniej, czegoś im brak, muszę przyznać, że przyjemnie było choć na te kilkadziesiąt minut zajrzeć w ich życie codzienne, posłuchać przemyśleń, przyswoić ten kawalątek duszy, którym się podzielili. Dokument, choć ciekawy, zostawił jednak pewien niedosyt.

Zabrakło mi wizerunku Polaka w społeczeństwie. Zabrakło tego, jakie role Polak pełni jako część ogółu, zabrakło wyjaśnienia na temat tych dwóch milionów ludzi, którzy nie chcą wracać, zabrakło wypowiedzi tych, którzy się odnaleźli tak na dobre. Zabrakło rodzin mieszanych, w których polska kultura i tradycje są starannie wprowadzanym elementem codzienności. Wierzę, że z tym wszystkim film miałby z dobre trzy godziny, ale to też jest inna strona polskiej emigracji, o której warto pamiętać. I bardzo, ale to bardzo chciałabym udowodnić internetowym mądralom, że Polak nie równa się zmywak. Niestety nie potrafię kręcić filmów nie tylko dokumentalnych, ale żadnych w ogóle, pozostało mi więc pisać.

Polak w społeczeństwie brytyjskim (bo nie w Irlandii mieszkam, a o niej był film) jest kimś, kogo nie da się uniknąć. Jest to jednak zdolna bestia i trzeba o tym mówić głośno. O tym, że Polaka spotka się w magazynie, rodacy w kraju wiedzą już dzięki swoim pismakom, tworzącym nawet nie tyle stereotypy, co legendy i bajki. A więc, ja Wam powiem, gdzie jeszcze można spotkać polskie nazwiska i język. Osobiście spotkałam ich między innymi w siedmiu różnych bankach w moim mieście, jako doradców finansowych, tych „za okienkiem”, menadżerów. Spotkałam ich w szpitalu jako lekarzy, położne, pielęgniarki, przełożonego oddziału dla ludzi z demencją. Spotkałam ich wśród personelu straży pożarnej, jednego policjanta, jako tłumaczy, urzędników, nawet jeden z głównych skarbowych HMRC ma polskie nazwisko, ale niestety nie poznałam go osobiście, by wiedzieć czy jest emigrantem, czy dzieckiem poprzedniej fali emigracji, nie-eurosierotą. Każda szkoła podstawowa w moim, dość sporym, mieście ma conajmniej jedną Polkę/jednego Polaka wśród personelu. Polacy są w sklepach, biurach, korporacjach, agencjach pracy, urzędach dla bezrobotnych (bynajmniej nie jako bezrobotni, a ci, którzy ich do pracy „gonią”), pracują we wszelkiego rodzaju recepcjach, mają własne firmy zaczynając od sklepów przez hotele po puby, kluby, knajpy i restauracje, Polacy są WSZĘDZIE. Nie ma dnia, bym idąc przez miasto, nie usłyszała języka polskiego. Polacy są bardzo aktywną częścią społeczeństwa, zajmującą się szeroką gamą profesji, bardzo często są tak wpasowani w obczyznę i tak władają obcym językiem, że dopóki nie doczytasz na plakietce, że to Polak, pozostajesz w niepewności. W dokumencie nie było o tym słowa. Warto zauważyć, że to ci spełnieni zawodowo stanowiliby spory procent wspomnianych w produkcji dwóch milionów, które nie chcą wracać.

Druga kwestia to rodziny mieszane. Jest ich naprawdę sporo, za to niezależnie od pochodzenia wybranka, zauważyłam pewną regułę, a mianowicie szczególną staranność, jaką Matki Polki wkładają w naukę języka polskiego swoich dzieci, w to, by poznały one kulturę, tradycje, sztukę. Odnoszę wrażenie, że to właśnie kobiety w związkach mieszanych o wiele bardziej starają się przekazać potomstwu tą piękną stronę swojej ojczyzny. Bardzo mi się to podoba. Nie oznacza to oczywiście, że pary polskie tego nie robią, o czym świadczą pękające w szwach polskie szkoły. Być może głównym czynnikiem jest też nieufność wobec edukacji brytyjskiej, z jednej strony niesłuszna, z drugiej strony różnicę między tymi systemami edukacji stanowi fakt, że w przeciętny Polak ma wiedzieć wszystko o wszystkim, a tego nauczy tylko polska szkoła, choćby weekendowa.

To tyle z mojej strony. Chętnie dowiem się, jak Wy odebraliście „Tam, gdzie da się żyć” ? Jakie uczucia wywołał dokument?