186. Jak przeżyć angielskie lato i nie zwariować

Możnaby tu poraz kolejny pisać poematy o deszczu, ale nie mam dziś na nie natchnienia. Poza faktem, że pada mniej więcej tyle, co późną polską jesienią, pragnę wyszczególnić kilka innych cech angielskiego lata.

Po pierwsze, w momencie odsłonięcia okna, tuż po przebudzeniu, osoba odpowiedzialna za jasną truciznę zwaną światłem, która zalewa nam oczy, ma również w obowiązku wygłosić komentarz względem pogody. Opcje tutaj, Proszę Państwa, mamy trzy: „Pier*#%!na Szkocja”, „Da się wyjść” lub „Upał.” Opcja pierwsza to brak nieba i ulewa, druga to huragan bez deszczu, opcja trzecia oznacza, że dla zmyłki wyszło słońce, które to wkrótce przegoni wiatr i zmarzniesz tak czy inaczej. Komentarz operatora zasłony służy podjęciu natychmiastowej decyzji względem tego, co w planach na dany dzień. Czy warto i dość w nas sił do walki, by wygrzebać się spod kołdry, wyjść na zewnątrz i nie przegrać. Jeśli spytacie mnie przed pierwszą kawą, „nie dziś” będzie odpowiedzią, niezależnie od tego, o co pytacie. Po pierwszej kawie analizuję niebezpieczeństwo sytuacji i decyzja zapada.

Po drugie, to że zaczyna się każdą rozmowę od wtrącenia na temat pogody, wcale nie oznacza, że stajemy się Anglikami, policzki wysypują nam rdzawe piegi, a na włosach można dostrzec prześwity  rudości. Jak nie rozmawiać o czymś, czego się tak nienawidzi? Każdy psycholog doradza rozmawianie o swoich uczuciach, nawet jeśli ograniczy się to do wymiany krzywych ryjów i podsumowania „Pizga, znowu.” Na północy kraju, poza deszczem, halnym, brakiem nieba i nadziei na przyszłość nienawidzimy też Londynu, bo zawsze mają pięć stopni więcej niż my i widują przejazdem słońce. Nienawidzimy Szkocji, to przecież ich pogoda, a próbują ją podrzucić, z nadzieją na odchowanie. Nienawidzimy deszczu, bo latem, zamiast zniknąć, ociepla się. Ponadto nie znosimy rozmawiać o pogodzie, no ale skoro wypada… (Krzywy ryj, „Pizga, znowu.” Odruch zakodowany).

Po trzecie, rozmyślania o tropikach są dla grubych portfeli. Te przeciętne mają skromniejsze marzenia, jak na przykład suchy wieczór spędzony w ogrodzie, nie zostanie zdmuchniętym podczas próby przemieszczenia się z domu do samochodu. Burżuazyjnym szczytem marzeń jest spacer po mieście w ładnym ubraniu (nierozwianym), tej samej umodelowanej fryzurze, która wytrzymała dłużej niż 5 minut, brak konieczności psucia outfitu przeciwdeszczówką i nieprzymarznięcie do ławki.

I pomyśleć, że rok temu o tej porze wygrzewałam się na słoneczku. Krzywy ryj, „Pizga, znowu.” Tik nerwowy.

IMG_8491

Reklamy

64. Nie takie Wyspy straszne, jak je malują… cz.III.

Są ludzie, którzy powiedzą Wam, że pogoda w Anglii jest przez cały rok taka sama. Ja Wam powiem, że pogoda jest tu przez cały rok nie taka. Nie taka, jak być powinna wg konkretnych pór roku. Tak oto w telewizji trąbią o zimie stulecia, a śnieg pada przez trzy dni w kwietniu. Lato stulecia to dwa tygodnie 25-stopniowych upałów (tutaj 25 to jak 40 w Polsce) w marcu, lipiec i sierpień to deszcz i trochę słońca, koniec października to znów 30 stopni i tak w kółko. Widok ludzi w krótkich rękawkach w środku grudnia, bo jest 8 stopni i nie pada, też nie budzi zdziwienia. Pogoda zmienia się czasem trzy razy w ciągu dnia, więc spoglądanie za okno by zadecydować „w co się ubrać” bywa zawodne. No i warto pamiętać, że w dni wyglądające na wiosenne, słońce oznacza mróz. 12 stopni i słońce to zimniej niż 8 stopni i brak słońca.

Poniższe zdjęcia nie zostały wykonane w konkretne pory roku, choc przekornie miałam tak napisać. Zostały wykonane wtedy, kiedy nie trzeba – bo pogoda miała być zupełnie inna!
                    DSC09510a (Large) Fullscreen capture 30082014 153744.bmp (Large) Fullscreen capture 30082014 152839.bmp (Large) Fullscreen capture 30082014 152845.bmp (Large) 252789_478192475531178_2048540495_n (1) 999231_807183219298767_1268642074_n (Large) Fullscreen capture 11112014 130315.bmp (Large) Fullscreen capture 30082014 152913.bmp (Large) DSC09720 (Large) Fullscreen capture 11112014 130145.bmp (Large)