184. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi (II)

IMG_8307

Niedziela, dzień idealny na leniwe przemyślenia. Czyż niedziela nie jest, swoją drogą, dniem idealnym w ogóle?

17.11

Po powrocie z wielkomiejskiego wypadu na poszukiwanie trampek (nie)postrachów z dzieciństwa, okazuje się jakimś dziwnym trafem, że znów jestem w szlafroku i z książką w ręku. Powróciłam ostatnimi czasy do czytania po angielsku i idzie mi jakoś mniej opornie. Czytanie rozpraszają przemyślenia rodzaju wszelkiego. Zaczynając od mózgu.

Są tacy ludzie, dla których najatrakcyjniejszą rzeczą u innych przedstawicieli społeczeństwa jest umysł. I takim ludziom jest generalnie w życiu ciężko, bo gdy inni uganiają się za sławą, wyglądem i pieniędzmi, oni, niezależnie od tego czy wszystkie z tych rzeczy mają, mieli kiedyś czy też nie będą mieli nigdy, najbardziej cenią sobie głębokie rozmowy i wymianę przemyśleń. Jak żyć, kiedy tak rzadko spotyka się bratni umysł.

17.19

Jak długo i po co można pisać o kraju, który spowszedniał? Zastanawiam się nad przebranżowaniem. Zbyt rzadko bywam gdzie indziej, by mieć porównanie i odkrywać Wyspy na nowo. Czuję się jak u siebie od zbyt dawna i również jak zwykle. Im więcej tu znajomych, tym mniej szczegółów z życia prywatnego. Jak pisać, kiedy nudne jest życie blogera. I ocenzurowane.

17.22

Gdyby nie było, też byłoby nudne.

17.23

W Polsce protestują o sądy, w Anglii o nazizm i przeciwko niemu. Za oknem pada. Zostały mi dwa dni pracy do wakacji i jak zwykle o tej porze roku, czuję się doskonale. Na wakacje planów mam niewiele. Przeszłość zżera mi trochę widok na przyszłość, staram się znaleźć zdrowy balans. Czytam szukając inspiracji. Chcę więcej pisać, na większą skalę. Robię więc, po chamsku, rozeznanie jak o pewnych sprawach piszą inni. Czytam, czytam i przepadam.

17.28

Trzecia kawa, niewiele snu, brak zmęczenia. Wokół dzienie spokojna pustka. Wiadomość o śmierci Chestera, dzięki któremu to władam dziś angielskim na tyle, na ile władam, bo to na podstawie piosenek LP zaczęłam swoją pasję do tego języka jeszcze jako uczennica podstawówki. Z tych płytszych przemyśleń – poraz kolejny dostrzegam powiązanie mojej miłości do M. Shinody i jej przekładu na mężczyzn mojego życia. Takie głupie, że aż śmieszne, a jednak prawdziwe.

17.31

Uczenie dzieciaka korzystania z nocnika jest wybitnie skomplikowane. Chwała tym, którzy to przeżyli. Jakkolwiek śmierdziało.

17.33

Jest w tym angielskim wisimitubiźmie coś fascynującego, odnajduję się w takim podejściu do życia na spokojnie. Czas płynie bardzo szybko, ludzie ruszają się wolno, jutro jest jakąś szaloną niewiadomą. Czuć w powietrzu klimat jesieni, takie to angielskie lato. Nie jestem pewna, czy gorszym jest nadmiar czasu czy jego brak.

18.03

Jak już wymyślę jak się przebranżować, to się odezwę. Piip.

Reklamy

182. Hej, wciąż żyję.

Zwalniam, czasem śpię, żyję o wiele więcej, wracam do siebie. Po bardzo produktywnym Ramadanie następuje przejście do życia codziennego. Wciąż jest naznaczone pozostałościami po tym niezwykłym czasie, bardziej niż dotąd, bardzo mnie to cieszy. Powoli odnajduję się w rzeczywistości i więcej uśmiecham. Witaj ponownie, o życie. Nawet mam ochotę się z Tobą widzieć.

Dużo przemyśleń i zmian, tak, jak lubię. Zanim skupię się na drugim już sprawodzaniu z corocznego Festiwalu Literatury, wyrzucam z siebie kilka linii z pamiętnika, dla oczyszczenia atmosfery i miejsca.

‚Przyszedł taki czas, kiedy rozumiem wreszcie, że nic tutaj nie należy do nas. Więzy tworzą się i sypią z podobną prędkością, niezależnie od barwy i intensywności. Nic co przede mną nie zdaje się bajecznie proste, ale czy kiedykolwiek takim było? Za wszystko to, co bezcenne – o ironio – płacimy w życiu słono. Na końcu tylko spojrzeć na jaśniejszą stronę rzeczy i stwierdzić, że było warto, mimo wszystko.’

Do usłyszenia.

174. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi

9:15

Niedziela, dzień idealny na poszukiwania kandydata na męża. Niech nie zabrzmi to nijak desperacko, punkt pierwszy: zaprawdę powiadam, że sama jestem od niemalże roku, punkt drugi, w stylu życia, który sobie obrałam, nie ma miejsca na narzeczeństwo i ja, o dziwo, absolutnie się z tym zgadzam. Zgodziłam się też na podróż pociągiem, by kandydata przybyłego z Londynu spotkać w miejscu ciekawszym niż to, w którym mieszkam. Czuję się czasem trochę jak stara panna pod presją wydania, z tym że to nie rodzina próbuje się mnie pozbyć, a ja sama. Z powodów nieco innych niż rzyganie tęczą, o tym jednak innym razem. Raczej w przestrzeni mniej publicznej. To nieprawda, że każda kobieta potrzebuje faceta by czuć się dobrze sama ze sobą. Powodem może być też czysta biologia w wersji dozwolonej, ale ciii. Nie będzie kontrowersji i fajerwerków już od pierwszej upublicznionej kartki pamiętnika.

11:05

Dom nie może być tam, gdzie automatyczne połączenie z wifi. Gdyby tak było, moim domem byłby każdy skrawek każdego miasta, pomimo zaleceń operatora, twórców aplikacji bankowej i mojej matki też. Łączy mnie wszędzie, a jednak bycie na peronie lub w pociągu nie wzbudza we mnie nostalgicznego poczucia przynależności. Tak się tylko tłumaczę, na wypadek gdyby czytali mnie jacyś miłośnicy pojęcia dom.

11:30

Kupiłam bilet, książkę i mentosy. Całość wyszła mnie £7. Miałam fobię dostania się na peron, a lęki tego typu miewam zawsze, jeśli przez długi czas nie miałam z czymś doczynienia. Poszło jednak gładko, zapominam zbyt często, że w tym kraju wszystko jest dostosowane do ludzi, którzy nie lubią dużo myśleć, w związku z czym myślenie nie jest ogólnie wymagane. A jak już ktoś myśli, to uchodzi za klasę inteligencji, lepszaka. Przez innych lepszaków rzecz jasna. Ci, którzy nie myślą, nie zaprzątają sobie umysłów czymś tak skomplikowanym jak segregacja ludzi. Może i lepiej. Fascynuje mnie jednak czasem, jak można przejść przez życie w ogóle nie używając mózgu?! Głowa boli od samego wyobrażenia, a jednak można. I chyba ma się wtedy mniej zmarszczek na czole, muszę to przedyskutować z moją kosmetyczką.

img_5983

12:34

W Leeds prószy śnieg, urocze. Wpasowałam się z moim futrem w tło, wyglądam jak przybysz z Syberii. Dla przeciwników futer – jest sztuczne, ale biorąc pod uwagę wydarzenia nie tak dalekiej przeszłości, prawdopodobne, że jest jednak zrobione z chińskiego kota. Jak żyć.

12:37

Dosiadłam się do grupy rudotwarzych dresów aka cyganów angielskich i przeżyłam. Nikt normalny będąc jedyną białą i samotnie podróżującą hidżabi na przestrzeni dwóch sporych miast nie przysiadłby się w przedziale do kiboli, ale wrodzona przekorność i ich głupkowate spojrzenia wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Było ich może z ośmiu, w wieku mniej więcej ja minus dziesięć lat, czyli nie za dużo. Śpiewali mi większość drogi zaczepliwie, potem się przyłączyłam i się zamknęli. Zepsułam im chyba repertuar. „As the reds go marching on… I wanna be in that number, as the reds are the ones who won” albo coś w ten deseń. Ich miny – bezcenne. Może to doświadczenie pracy z dziećmi autystycznymi wpoiło mi wpieprzanie się w czyjś świat pomimo braku zaproszenia. A może zwyczajnie lubię śpiewać.

13:07

Uwielbiam podróże pociągiem. Uspakajają mnie do tego stopnia, że chyba chciałabym zostać konduktorem. Trasa przez wzgórza daje Ci możliwość oglądania życia miasta z boku, z lotu kulawego ptaka. Kocham metropolie i z całą swoją architektoniczną obsesją gapię się na układy domów, wyobrażając sobie, jakby to było mieszkać akurat w miejscu, które mijam. Gapię się też w okna, z całą swoją wyrobioną bezczelnością. Robię to od dziecka, być może uzależnienie od nowych startów i przeprowadzek daje o sobie znać. W końcu to moja coroczna tradycja zmieniać miejsce zamieszkania i w kwietniu minie pierwszy rok na kolejnym adresie. Czuję we krwi nadchodzący zew, w kościach łupie mnie pakowanie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. No to szukam tego męża.

img_5980

13:21

Miejsce docelowe, gwarna restauracja. Brzmi nowobogacko, jednak brak mi w polskim języku określenia na restauracjo-knajpo-plotkarnię, z rzędu tych trzygwiazdkowych. 3 gwiazdki = nienajdroższe smaczne jadło + dużo zamieszania i sporo piwoszy wokół. Gość na fortepianie przygrywa melancholijną melodię, jak gdyby próbował dorobić ścieżkę dźwiękową do sceny picia gorącej czekolady. Kiedy rozpoczyna piosenkę Celine z Titanica, czuć miłość przez palce na klawiszach, gra z prawdziwą pasją. Zjawia się kandydat na męża, żartując, że to on ustawił romantyczną melodię na swoje wejście. Kilkanaście minut później stwierdzam, że nic z tego nie będzie, pomimo wyglądu, przy którym możnaby się zapomnieć (poza tą okropną koszulą, chyba, że zapomnieć o żelazku podłączonym do prądu i zostawionym na desce do prasowania), poczucia humoru, francuskiego akcentu i mieszkania w Londynie. Nazywają to intuicją, coś mnie odpycha. Chyba to wyczuł, bo stwiedził to samo tydzień później, kiedy przestaliśmy już wymieniać wiadomości. Chował gość porządną depresję za tym szerokim uśmiechem albo dręczyły go inne demony, coś wyczuwalnego z daleka. Też miewam nawroty depresji, dwóch zdołowanych to o conajmniej jednego za dużo. Albo poprostu się czepiam. Ostatnio na przykład uczepiłam się falbany na prześcieradle. Żeby było śmieszniej, była ona tłem zdjęcia, selfie w nie jego domu, nawet nie spotkałam go na żywo.

Chyba jednak zostanę starą rozwódką.

I nie, wcale nie myślę o sobie za dużo. Szczerze, to jednak wciąż chyba za mało.

16:07

Dochodzę do wniosku, że dzień i chęci nie zostały jednak zmarnowane. Dorobiłam się przecież podróży pociągiem i nowej książki.

img_5994

Tydzień później, 13:26

Napisał, że ma wrażenie, że zejdę się z byłym, a nie chce sobie robić nadziei na niepewnym gruncie. Jako że nie poruszaliśmy zabardzo tego tematu podczas naszej rozmowy, mam nadzieję, że nie wywróżył mi tego z fusów po kawie, bo zmienię miasto od zaraz, tak na wszelki wypadek!

163. Podróże z Sindbadem

DSC02591
Witamy Państwa na pokładzie autokaru firmy Sindbad. Do naszych usług należy wydzieranie się na pasażerów, gubienie bagaży i nie informowanie podróżnych o fakcie przesiadania się w ogóle, a także miejscu przesiadki czy też możliwości oczekiwania na kolejny autokar na dworcu nocą i w deszcz, po to by usłyszeć od obsługi, że „jak autokar przyjedzie, to będzie”. Poza tym życzymy Państwu miłej i bezpiecznej podróży.
***
Jeśli prowadzisz nudne, zwyczajne życie, pozbawione emocji i wrażeń, polecam Ci niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju atrakcje podczas podróży z Sindbadem. Z zachodniego Yorkshire na Śląsk, przez 2 dni wspólnej podróży zdążysz poznać od poszewki wszystkie angielskie fabryki i rodzaje sałatek.

Po 5 latach nieobecności w Polsce wybrałam się do niej autokarem. Wyjazd planowany na ostatnią chwilę, samolot odpadał. Ciekawa byłam też eurotunnelu, jak to wygląda, wybierałam się bowiem na francuski roadtrip w niedalekiej przyszłości. Pełna entuzjazmu rozsiadłam się więc na przydzielonym mi siedzeniu, z książką w ręku, gotowa na długą podróż. Gdzieś po czterech rozdziałach przysnęłam. Ze słodkiej drzemki wyrwał mnie głos pilotki: „Pani się przesiada”. Że ja? Jaka przesiadka? Nie zdążyłam nawet poskarżyć jej, że przy zakupie biletu nikt mnie o przesiadkach nie informował. W biegu zgarnęłam koc, ubrałam buty i nim się zorientowałam, szukałam po numerze kolejnego autokaru. Torby przenieśli, upewniłam się.
Rozsiadłam się na kolejnym wyznaczonym miejscu i nie zasnęłam porządniej już do końca podróży, by nie przespać ewentualnej przesiadki na ostatnią chwilę niczym mój współpasażer, który zamiast nad polskie morze zajechałby do Czech, ale im się w porę o nim przypomniało, co przypłaciliśmy kolejnym postojem. Kolejny raz autokar zmieniałam w Słubicach. Ten ostatni, pełen Ukraińców i Rosjan, też nie był pozbawiony atrakcji. Jechały z nami dwie Włoszki, na spotkanie z papieżem. Jedna z nich wiozła krzyż wielkości dorosłej osoby na siedzeniu obok siebie, wynikiem czego każdy przechodzień odbywał drogę krzyżową. Moja matka oberwała z krzyża już na wejściu. Nikt z obsługi nie mówił też po angielsku, jak na firmę od międzynarodowych przewozów przystało, w związku z czym Włoszki nie miały zielonego pojęcia co się wokół dzieje, jak długo trwają postoje itd. Pilot skomentował ich próby komunikacji szyderczym uśmiechem i „gdybym ja cię kobieto rozumiał”. Kiedy wreszcie dojechałyśmy na Śląsk, szczęśliwe że wyprostujemy nogi, które to zdążyły podwoić już swoją objętość, czekała nas kolejna niespodzianka. „Mamy mały problem” – rzekł kierowca z głupkowatym uśmiechem, kiedy czekałyśmy, by wydano nam bagaże. „Mieliśmy telefon, że wasze torby są na granicy z Ukrainą, pomylili autokary przy przenoszeniu ich”. Teraz to trzymałam już matkę, by nie zostać opisaną w międzynarodowych brukowcach świadkiem ataku maczetą na dworcu w Bytomiu. Przyjechać do Polski na tydzień i nie mieć przy sobie nic – kluczy, ubrań ani ochoty na dalszy pobyt – takie wrażenia gwarantuje jedynie Sindbad. Przemiła pani z infolinii poinformowała mnie, że biuro obsługi klienta będzie otwarte w poniedziałek, proszę zadzwonić wtedy, po czym się rozłączyła. Sobota, a ja stoję w deszczu na dworcu, bez niczego, mam czekać do poniedziałku, a co mi szkodzi. Kolejna pani była już nieco bardziej skłonna do pomocy, po namierzeniu bagaży zorganizowała ich powrót do miasta obok w niedzielę wieczorem.

W drodze powrotnej, bom z rozmachu wykupiła bilety w dwie strony, nie dziwili mnie już ludzie pilnujący swoich bagaży w sposób widziany przez obsługę jako natrętny. Prawie każdy, z kim rozmawiałam, miał w rękawie choć jedną opowieść o zgubionej torbie. Nie dziwiły mnie już też pilotki drące się na ludzi, zdążyłam przywyknąć. Ani to, że przesiadka polegała na staniu nocą w szczerym polu przez dwie godziny, kiedy to poprzedni autokar odjechał, a kolejny się spóźniał. Punktu informacyjnego brak, nikt nam nie powiedział, że się spóźni, odstawiono nas z numerem autokaru, którego nie było i dowidzenia. Próbowawszy dowiedzieć się czegokolwiek od jednego z kierowców, usłyszałam, że „jak przyjedzie to będzie, zobaczy go pani”. Gościu miał ubaw, ja scyzoryk w kieszeni. A tak poważnie – jego szczęście, że nie miałam. Chłopak czekający na ten sam autokar, podróżujący z Mazur, stał tam już od 3 godzin. „Co tam- rzucił obojętnie – ostatnio czekałem sześć”. Matrix. Na tym samym postoju zgubiono Afrykańczyka, kierowca go później szukał. Prawdopodobnie wsiadł do złego autokaru, modlitwy z nim, by nie dojechał przypadkiem w środek jakiejś demonstracji nacjonalistycznej, w państwie nieco innym od zamierzonego.

Dla kogoś, kto podróżuje poraz pierwszy, pozostaje ogromny niesmak i rozczarowanie. Żeby nie było, cena biletu to nie jakieś grosze, by móc w imię taniochy znosić niedogodności, bo była to równowartość dwóch biletów samolotowych poza sezonem. Jeśli koniecznie musicie przemieścić się lądem, proponuję minibus. Jak dla mnie – Sindbada nigdy więcej, nawet za darmo.

DSC02581.JPG

157. Felietony: hymn ekspatów.

old-1130731_960_720.jpg
Przywykłam do zmiany i ruchu do tego stopnia, że wierzę w śmierć na skutek spoczynku. Nie siadam w metrze, ani autobusie. Kiedy prowadzę samochód, zawsze łamię prędkość. Nie chodzę na spacery, biegam. Czasami biegam też bez powodu. Postęp jest w ruchu. Nienawidzę latać samolotami. Setki kilometrów pokonanych w zawieszeniu i spokoju nie dają mi satysfakcji ruchu. Przypięta pasem i zmuszna do bezruchu, nieświadomie poruszam nogami, tylko to mnie ocali. Nie wierzę, że podróż ma wartość jeśli nie czuje się drogi. Wszystko to co między punktem A i punktem B, przepada. Moja mapa na Facebooku w smartphonie nigdy nie pokazuje trasy. Tylko: S. była w miejscu X. S. jest w miejscu Y. Teleportuję się. Brakuje mi szlaku. Obsesyjnie kupuję mapy by zaznaczać na nich trasy przejazdu. Robię to bardzo dokładnie. Nie wiem tylko jak rysować lot. Bo zawsze kiedy widzę kawałek ziemi, to bardzo, bardzo chcę wiedzieć jaki to już kraj, jaka część świata i co to za rzeka tam w dolinie. Kiedy siadam w fotelu zawsze myślę, że umrę. Trwać w bezruchu znaczy umrzeć. Nigdy jednak tak naprawdę nie umieram. Pozostawiam po sobie jedynie dziury. Dziura Paryż, dziura Barcelona, Dziura Knossos, Dziura Muzeum Picassa, Dziura Z., Dziura siostra, Dziura Zgoda, Dziura dom matki. I tak w nieskończoność. Jestem wszędzie i nigdzie a miejsce z którego wyszłam, nie ma już znaczenia. Dwie książki, rękopis, laptop i sterty dokumentów. Dokładnie tyle mieści bagaż podręczny. Dziesięć kilogramów jest naprawdę podręczne. Już czuję jak robi się dziura. Obiecuję, że wrócę. To tylko dwa tygodnie, szybko całuję w policzek i biegnę słysząc za sobą beznamiętnie wypowiedziane – nie masz biletu powrotnego. Wiem, że nie mam wyjścia, muszę jechać.”
P.Sauer, „Zmartwychwstanie”

Kiedyś myślałam, że to choroba. Że attachment disorder, zaburzenia przywiązania, będzie niczym magiczne zaklęcie, które rzucone na wiatr powstały po moim biegu w kolejne już miejsce wymaże wszystkie żale i wybaczy mi to, czego nie potrafiłam. A nie potrafię zostawać. Nie wyznaję związków i rodzin, nie potrafię. Opanowałam sztukę bezgranicznej akceptacji do pierwszego litra krwi, którym skazisz moje serce. Potem droga prowadzi już tylko w jedną stronę, następuje zresetowanie systemu. Bezdomne dziecko nie potrafi kochać, powiadają. Ja potrafię kochać, nie wiem jak zostawać. Nie wiem też, czy taka choroba naprawdę została oficjalnie ogłoszona przez kogoś z doktorem przed nazwiskiem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że właśnie na to cierpię i przyjęłam to niczym moje motto życiowe, „trwać w bezruchu znaczy umrzeć”. Nie afiszując się, akceptując. To trudna sztuka akceptować siebie, zawsze warta próbowania. Długo więc myślałam, że to choroba, potem ktoś dodał, że może jednak depresja poporodowa. Nieco później odkryłam globetrotting i derwiszy, okazało się, że można porzucać wszystko i żyć zawsze w biegu, że można tak wbrew światu krzyczącemu, że to nienormalne. Że można być sobą, wciąż w drodze, zawsze czuć, że powinno się zajechać jeszcze indziej. Jeszcze tylko trochę, kolejny zakręt, szczyt, miasto, dolina, pagórek i las. Jeszcze tylko sprawdzę, co jest tam, za rogiem, co opowiadają tam, gdzie mnie nie ma. Mój dom mieści się i tak w czasie potrzebnym do spakowania torby podręcznej. Cienka jest granica między chorobą zbiorową a wolnością, pojęcia zlewają się ze sobą. A jednak ci ludzie mają ten spokój, za którym tak tęsknię teraz, który mnie opuścił wraz z nadejściem podskórnej śmierci. Napady euforii przeplatane dołem stulecia potrafią wykańczać i leczy je jedynie podróż. Pakuję się, jak zawsze wtedy, kiedy słyszę wołanie. To silniejsze niż ja, instynkt. Zew.

„(…) wiem też że można zostawić wszystko (…)
Zapomniała zapisać nam tylko miejsc, skąd nie trzeba uciekać. Nie nauczyła nie tracić domu i niczego nie żałować”.

156. Pamiętniki z emigracji (XI)

Pierwsza wielka fala niesmaku nie tyle opadła, co dała się oswoić. A może to dlatego, że nie miałam czasu nawet przejmować się tym, że gdzieś mnie ponoć nie chcą. Tak naprawdę nigdy nie chcieli. Wyjdą, nie wyjdą, co i dokąd teraz, tym razem, dobiega do mnie zza mgły. Choć przywykłam do deszczu, pokazuje od kilku dni nowe oblicze. Niebo pękło w połowie, serce już dawno, świat się jeszcze nie zawalił, ale czasem ciężko mi go nieść. Brakuje mi cierpliwości, spokoju. Brakuje mi czasów, w których nie bywałam rozczarowana tak często. Mimo to wciąż zbieram kawałki rzeczywistości z podłogi i z podniesioną głową maszeruję do przodu. Bo przecież co to dla mnie.

Gdzieś tam wołają o polskim robactwie, słyszy się dużo o nasilonych przejawach pogardy i chamstwa. Nagle okazuje się, że buraków jest dużo i nie boją się mówić. Czar prysł? Nie. Nigdy Polaków na Wyspach ani nie kochano, jak chcieliby wierzyć, ani nie doceniano. Była zazdrość, obojętność, politowanie lub miłość – wszak Polki serc łamią wiele. Ale żeby nagle odkryć, że nie jesteśmy ulubionym sortem przyjezdnych? Nigdy nie byliśmy. Niewidzialni, a szkodliwi. Czasem uchodzący za nazistów, szkodzący innym nawet nie u siebie. W swoim mniemaniu lepszy gatunek uchodźców, jedyny wybrany. Przykro mi za takich ludzi tak jak i przykro mi za buractwo angielskie i ich przejawy ksenofobii. Świat byłby piękniejszy bez buractwa ogółem.

Świat. Który aktualnie powariował. Podziały ponad podziałami. Europejskie dzikusy z pamięcią ameby.  Dziwne, niesmaczne czasy. Ostatni niech zgasi światło.

129. Kartki grudniowe.

Nastały czasy, w których czytelnicy proszą mnie o kolejne wpisy. Bo by poczytali. Trochę to sukces a trochę klęska, bo choć sadeemkowa produktywność osiąga wymiar, w którym szczyty stają się normą, nie na blogu to widać tym razem. I choć pisać byłoby o czym, nie ma na to czasu, kiedy trzeba cały świat zamknąć w przestrzeni między ramionami. Jestem trochę Matką Teresą, a trochę tą Margot od opieki nad dziećmi uchodźców. A było to tak.

Nastał grudzień. Nie żeby trwał zaledwie kilka dni, a człowiek już miał dosyć. Zmiany trwały przez cały listopad. Zmiany wewnętrzne, duchowe, zmiany, których kumulacja pod koniec miesiąca doprowadzała do stanu pragnienia ucieczki na księżyc. Ale pozbierałam się chwilowo w jeden kawałek ciepłej masy, bo skoro tyle osób na mnie liczy, to jak mogę dać ciała. I tak od niesienia na plecach współpracowników po nerwy związane z nawałem uczniów, idę sobie przez życie, udając, że jestem silna. Grudzień, styczeń i maj to taki czas, kiedy w ciągu tygodnia dostajesz średnio dwóch nowych podopiecznych. I niby nie tak źle, ale… No właśnie, ale. Bo jak jesteś tam, by ich uczyć angielskiego, to oni go kompletnie nie znają. I tak przeprogramowywujesz system z tygodnia na tydzień, a zamiast trzech grup robiących trzy różne rzeczy w tym samym czasie, nagle masz siedem. Dwadzieścia osiem sztuk, które trzeba nauczyć nie tylko języka, ale i jak radzić sobie z życiem. Dzieci uchodźców wojennych na włoskich i hiszpańskich paszportach. Dzieci uchodźców wojennych prosto z Syrii, których ból ukryty głęboko w oczach przykrywa pozorne zamiłowanie do nauki, napędzone rozpaczliwym pragnieniem normalnego, spokojnego życia. Dzieci wszelkich państw Afryki, mówiące biegle po hiszpańsku i w językach, których nie zna nawet wujek gugyl. Dzieci zachwycające włoszczyzną, będące w tym samym czasie oficjalnie z Arabii, a tak już mniej to jednak z Libanu czy innego równie ciekawego politycznie kraju. Dzieci uchodźców kryzysowych, prosto z Rumunii i Bułgarii, których los pokarał innym wymiarem wojny, tej chorej, wewnątrz domu, rodziny. Dwadzieścia osiem sztuk spragnionych uznania, uwagi i miłości. Dwadzieścia osiem dusz pragnących zapomnieć o okrutności świata dorosłych, choćby przez tych kilka godzin. Dwadzieścia osiem par oczu wpatrzonych we mnie, pragnących wyrzucić z siebie cały ten ból, bojących się odrzucenia. Dwadzieścia osiem kontra ja jedna. Przerażona i nieogarnięta. Ja sama niosę wciąż bagaż ran i żalu, nad którymi mam nieraz ochotę wypłakać się komuś w rękaw. Ale chyba dlatego właśnie je rozumiem, czuję i dzielę ich ból. I odnoszę sukcesy jako pedagog. Jako silna osobowość ponoć tak potrzebna w naszej szkole. Jako ponoć profesjonalistka ze sporą wiedzą i doświadczeniem na swoim polu, ponoć z jeszcze większym potencjałem.

Ja. Taka mała i przerażona. Te wszystkie tytuły, takie dumne i oficjalne, wirują wokół mnie niczym porzucone na wietrze wstęgi. Ludzie kochają tytuły i wyniosłe słowa. Rozpieszczają nimi swoje ego. Ja ich nie znoszę. Słowa wychodzące z ust ludzi są zdradliwe, zmienniejsze niż ich uczucia. Ja, to małe przerażone dziecko, niosę na plecach ciężki bagaż ludzkich łez, nadziei i oczekiwań. Czasem po prostu idę i jakoś to jest. Czasem zwyczajnie się boję i wtedy nie jest. Szczególnie wtedy, kiedy to starannie schowane obolałe ja zostaje wygrzebane na światło dzienne.

Czy można służyć światu nie radząc sobie z samą sobą? Nie wiem.

Można na pewno poszukiwać. Lustra dopełniającego te braki, których nikt nie chce widzieć. A kiedy już się znajdzie… To co wtedy?

Dwadzieścia osiem sztuk, z których każda ma moje serce, a które ja nazywam swoimi. Sprawia im to przyjemność. Łudzimy się razem przez te kilka godzin, że ten okrutny świat dorosłych nas nie dotyczy. Że ból, który na nas wylewają, próbując odreagować, nas nie dotknie. Bo mamy siebie i tę naiwną, dziecięcą miłość.

Ta praca to ogromny stres i medytacja w tym samym czasie. I tryb szaleńca. Wieczna karuzela emocjonalna.