190. Szkoła na wesoło (III)

IMG_9097

Dobry powód by nie kraść”

– To nieprawda, ja wcale nie kradłem kleju pijąc wodę! – tłumaczy się nauczycielce A. w odpowiedzi na skargę kolegi.

– Czyżby?

– Tak! Bo ja to w ogóle nawet do tej półki z klejem nie dosięgam.

***

Słucham cię, tylko nie dziś

– E., wyobraź sobie, że masz dziecko i ono nie wraca nocą do domu. Jak się czujesz? – kombinuję zdesperowana, by zmotywować chłopca do myślenia, bowiem pytany jak czuła się matka głównego bohatera książki, której to syn poszedł szukać pracy i wyruszył w rejs morski, patrzy na mnie jak na ufo.

W odpowiedzi otrzymuję twarz nieskalaną myśleniem i otwartą gębę.

– E., jest dorosły, ma małe dziecko, dziecko nie wraca, na dworze jest ciemno – tłumaczę na migi. – Co myślisz, E., jak się czujesz?

*Twarz nieskalana myśleniem i otwarta gęba.* Poddaję się.

– Nie miej nigdy dzieci. (Miał tego nie słyszeć).

– Tak jest psze pani.

***

Czasem słońce czasem syn”

Przygotowujemy się do odgrywania scenek z książki. Wczuwam się, opowiadając i gestykulując, żeby im trochę pomóc przełamać zawstydzenie w odgrywaniu emocji. Prowadzimy żywą dyskusję, dziewczynki łapią bakcyla, zaczyna im się podobać.

– Więc wyobrażamy sobie teraz sytuację, w której znalazła się matka Toba, wdowa z ośmioma synami. Jeden z nich wyszedł szukając pracy, którą też dostał, nie wróci zatem tego dnia do domu. Mówimy o czasach, w których nie było telefonów, nie mógł zadzwonić do matki i wyjaśnić sytuacji. Rodzina zasiada wieczorem do kolacji, Toba nadal nie ma. O czym mówią, jak się zachowują?

W., bez ostrzeżenia, z pełnym zaangażowaniem i gestykulacją, wznosząc ręce ku niebu:

– Tobie, o najdroższy! Czyż lwy cię pożarły, gdzież że się podziewasz?!

– W., nie prosiłyśmy o Bollywood, ale doceniam starania aktorskie. [Na tym etapie płaczę ze śmiechu]

– Ah. Przesadziłam?

***

Raz wyrobiona reputacja”

Uczennice prowadzą rozmowę w tym samym czasie co ja mój mini wykład, na co jestem absolutnie uczulona. Zarzucam minę obrażonego Hitlera, unoszę gniewne brwi powyżej poziomu sufitu i pytam retorycznie, po dłuższej chwili milczenia:

– Czy w ciągu dalszym nie zasługuję na waszą uwagę?

– Nie – rzuca z pełną powagą M., wszyscy w śmiech.

– M., poświęcenie komuś uwagi znaczy słuchanie go.

Dotarło do niej co powiedziała, robi wielkie oczy i blednie.

– OmójBożeniezabijaj.

– Spokojnie, nie mam na koncie żadnych martwych dzieci.

– … ale niektóre mdleją?

[Znów płaczę]

***

„Więcej niż chcesz wiedzieć”

– Psze pani, a u nas w domu był wczoraj policjant – mówi mi zadowolony z siebie D.

– Mam nadzieję że wszystko jest wporządku?

– Tak – macha ręką – Wziął nasze elektryczne sofy, bo mama nie miała siedmiu stów, żeby mu zapłacić.

 

Koniec.

 

Reklamy

156. Pamiętniki z emigracji (XI)

Pierwsza wielka fala niesmaku nie tyle opadła, co dała się oswoić. A może to dlatego, że nie miałam czasu nawet przejmować się tym, że gdzieś mnie ponoć nie chcą. Tak naprawdę nigdy nie chcieli. Wyjdą, nie wyjdą, co i dokąd teraz, tym razem, dobiega do mnie zza mgły. Choć przywykłam do deszczu, pokazuje od kilku dni nowe oblicze. Niebo pękło w połowie, serce już dawno, świat się jeszcze nie zawalił, ale czasem ciężko mi go nieść. Brakuje mi cierpliwości, spokoju. Brakuje mi czasów, w których nie bywałam rozczarowana tak często. Mimo to wciąż zbieram kawałki rzeczywistości z podłogi i z podniesioną głową maszeruję do przodu. Bo przecież co to dla mnie.

Gdzieś tam wołają o polskim robactwie, słyszy się dużo o nasilonych przejawach pogardy i chamstwa. Nagle okazuje się, że buraków jest dużo i nie boją się mówić. Czar prysł? Nie. Nigdy Polaków na Wyspach ani nie kochano, jak chcieliby wierzyć, ani nie doceniano. Była zazdrość, obojętność, politowanie lub miłość – wszak Polki serc łamią wiele. Ale żeby nagle odkryć, że nie jesteśmy ulubionym sortem przyjezdnych? Nigdy nie byliśmy. Niewidzialni, a szkodliwi. Czasem uchodzący za nazistów, szkodzący innym nawet nie u siebie. W swoim mniemaniu lepszy gatunek uchodźców, jedyny wybrany. Przykro mi za takich ludzi tak jak i przykro mi za buractwo angielskie i ich przejawy ksenofobii. Świat byłby piękniejszy bez buractwa ogółem.

Świat. Który aktualnie powariował. Podziały ponad podziałami. Europejskie dzikusy z pamięcią ameby.  Dziwne, niesmaczne czasy. Ostatni niech zgasi światło.

154. Wielokulturowość – za czy przeciw?

woman-789146_960_720 (Small)
Na wstępie tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że zamieszanie wokół wielokulturowości nie jest przypadłością wyłącznie polskiego społeczeństwa. Problem istnieje wszędzie. Problemem tu nazywam jednak nie samo zjawisko, a podejście ludzi do niego, to, jak sobie (nie) radzą. Do poniższych przemyśleń zainspirowało mnie spotkanie autorskie z wielokrotnie wspomnianą ostatnio E.S. Wypowiadała się ona o problemie społeczeństwa tureckiego, podzielonego na chrześcijan, muzułmanów i ateistów, na hidżabistki i niehidżabistki, wreszcie na Turków, Ormian, Kurdów, Rosjan i tak dalej. Nie jest to w owym kraju zjawisko świeże, a jednak wciąż, wczuwając się w rolę każdego z poszczególnych organów tej mieszanki, można powiedzieć, że „trudno jest”.

Trudno jest…

…być Ormianem lub Kurdem w Turcji. Chrześcijaninem lub ateistą w muzułmańskim kraju. Muzułmaninem w kraju chrześcijańskim lub świeckim. Bywa trudno kiedy jest się białą muzułmanką w społeczeństwie pakistańskim, a tymbardziej polskim. Trudno jest być. Tylko dlaczego? Czy ludzie naprawdę tak bardzo boją się wszystkiego co inne, by za wszelką cenę szykanować to i odrzucać?

Rozumiem, że słowo multikulturalność nie jest obecnie zbyt popularne. Ale nie znaleźliśmy nic społecznie lepszego, czym moglibyśmy to zjawisko zastąpić.

Mieszanka kultur nie zawsze bywa łatwa. Zdarzają się nieporozumienia, przykre incydenty, egoizm, brak otwartości wśród każdej ze stron. Wszystko to istnieje i nie powinno być lekceważone. Warto jednak nie być jednostronnym i widzieć też to, co można zyskać. Czego się można nauczyć. Na podstawie czego rosnąć w siłę jako państwo.

Tylko ktoś inny niż ja może mnie czegoś nauczyć, rzucić mi wyzwanie wobec samej siebie, zmotywować mnie lub zainspirować do spojrzenia na te same sprawy z innej perspektywy. Ktoś o takim samym sposobie myślenia i światopoglądzie nie wnosi w moje życie dużo więcej niż tylko zrozumienie. Powtarzamy się niczym echo.

Być może nie każdy będzie w stanie zrozumieć powyższą myśl, ze względu na brak doświadczenia w temacie. Ludzie, których poznałam i cenię, są odemnie bardzo różni. Są rzeczy, które nas łączą, to naturalne, że ludzie zawierają przyjaźnie na podstawie wzajemnego zrozumienia. Ale są też rzeczy, które nas dzielą, jak pochodzenie i spojrzenie na wiele spraw. Wynikają z tego wielogodzinne dyskusje i mnóstwo interesujących wniosków. O życiu codziennym, życiu w ogóle, wszystkim.

Multikulti na plus

Ja uważam tak jak mnie uczył mój dziadek. Najwięcej ciekawych i inspirujących rzeczy dzieje sią na styku, granicy kultur, religii, tradycji. Zawsze. Ale oczywiście nie każdy lubi takie inspiracje – mówi Agata. Paula przedstawia swoje odczucia następująco: Od czasu „kryzysu migracyjnego” i histerycznego wzrostu nacjonalizmu coraz częściej się nad tym zastanawiam. Kiedy miałam 18 lat i w Berlinie czy Dublinie widziałam te społeczenstwa wielokulturowe to mnie pociągało, było czymś w rodzaju niesamowitej energii, ta różnorodność była zupełnie inna niż szaro-biała i jednolita Polska. Dla mnie to było też coś więcej, jako serce lewicowe śledziłam z wielkim przejęciem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, przede wszystkim możliwości jakie to wszystko za sobą niosło i właśnie również multikulturowość, równość i wolność przemieszczania. I może to strasznie śmiesznie brzmi, ale dzisiaj bardzo przeżywam to, co dzieje się z Schengen. To wszystko pośrednio związane jest z tematem wielokulturowości. I potem stało się. Wyjechałam do Francji, do świata w którym jest misz masz. Pół roku byłam tym oszołomiona i zachwycona. Potem pojechałam na tydzień do Polski i białe, jednolite Wrocław i Katowice mnie przygniotły, wydając się nudnymi i bez życia. Po czasie jednak dostrzegam plusy i minusy tego społeczeństwa wielokulturowego. Tak jest ze wszystkim, każdy medal ma dwie strony. Przede wszystkim widzę trudności jakie stoją przed ludzmi w wielokulturowym społeczeństwie, widzę tych, którzy się nie potrafią odnaleźć. To społeczeństwo ma inne problemy niż monokulturowe, ale nie ma idealnego świata, narodu, społeczeństwa tak jak nie ma człowieka idealnego. Jednak w tym multikultorowym świecie jest mi całkiem fajnie. Lubię bardzo tanie hinduskie bary w których mogę kupić hinduskie potrawy za prawie grosze, lubię dołączyć w parku do grupy Chinek, które wykonują tai chi (nie wiem jak to napisać), jeść prawdziwe domowe sushi z moją tajlandzką koleżanką, pooglądać zdjecia z Iranu od dzieci uchodźców, które były naszymi sąsiadami, zapraszać moich francuskich znajomych na degustacje polskich potraw, lubię z nimi dyskutować o Solidarności i Wałesie, lubię różnorodność religii, lubię kiedy moja teściowa robi mi meluez i tajine. I może się wydawać, że pisanie o takich błachych sprawach nie ma nic wspólnego z tym tematem, ale to właśnie tak zaczyna się życie na styku wielu kultur. Bo to wszystko nie jest tak jak wciąż w Polsce, jednorazowy wypad do chińskiej restauracji, te wszystkie elementy stają się częścią naszego życia i chyba komuś kto tak nigdy nie żył, nie uda się tego zrozumieć. Oczywiście z takiego życia wynikają dziwne i straszne sytuacje czasami. Jest to taki moment, który też super obrazuje scena z moją teściową w kuchni, kiedy krzywimy się nazwajem na to co jemy. A potem wybuchamy śmiechem. Bo każdy chce forsować, ze to jego jest lepsze, to jego kultura jest lepsza. Na styku kultur naprawdę musimy w końcu postawić znak równości i to jest bardzo trudne, ale możliwe. Pomimo wszystko ja jestem dalej na tak dla wielokulturowości, ale także jestem bardzo za tym, że politycy powinni troszczyć się o taki typ społeczeństw w szczególny sposób, chociażby przez dostosowanie systemu edukacji itp. We Franci jest trochę sytuacja pełna hipokryzji, bo w większości imigranci zmuszeni są do wyrzekania się swojej kultury i akceptowania dominującej kultury francuskiej (inaczej widzę to w Anglii) i to rodzi wiele kompleksów. Więc gdzieś na styku tego wymieszania, rodzi się coś nowego, jakiś rodzaj nowej kultury? Jest to raczej jednak nisza, bo raczej dominującym trendem jest adaptacja, dążenie do zasymilowania, więc jednak odrzucenia wielokulturowości. No, a może jednak nie. Tak patrzę sobie na dekorację na naszej ścianie, wiszą dwaj Żydzi liczący pieniądze (tradycja ocierająca się o antysemityzm hihi ), marokańska mozaika, portret Napoleona i obraz Maciejewskiego. W wielokulturowości otwieramy się na świat, na innych ludzi, a co może nas bardziej ubogacić niż to ?

Wielokulturowość drugiego pokolenia przyjezdnych

Pytasz w Anglii faceta o imieniu Mohamed o narodowość, on odpowie Ci British. Zapytasz o pochodzenie – powie British. We Francji zapytasz faceta o imieniu Mohamed o narodowość to odpowie, że Francuz pochodzenia algierskiego. To bardzo pokazuje różnice w menalności, poziom kompleksu (lub dumy) i stopień asymilacji – mówi Paula.
To prawda. W Anglii o wiele łatwiej jest im czuć się Brytyjczykami – jakby nie patrzeć Brytyjczycy są miksem od zawsze – Anglosasi, Wikingowie, Rzymianie, mnóstwo różnych przyjezdnych. Agata dodaje: W Australii widziałam to samo. Łatwo się wpasować w otoczenie i tą mieszankę narodowości i ras, zwyczajów. Jest to nasze bogactwo. Jest to naprawdę piękne, ale to już jest mądra polityka państwa, że taka różnorodność współistniejąca jest możliwa.
W krajach emigrackich –
dodaje Piotr – takich jak Stany, Kanada czy Australia, przybysze z całego świata to rzecz normalna i bardzo wzbogacająca czy to naukę czy ekonomię. Na pewno nie jest to łatwe i wielokrotnie zdarzały się w historii przykre sprawy, ale ogólnie rzecz biorąc jest tolerancja dla religii czy kultur pod warunkiem, że przestrzegane jest prawo panujące w kraju. Np w Stanach w drugim pokoleniu każdy kogo znam mówi już, że jest ‚stąd’ niezależnie od pochodzenia rodzinnego czy wyglądu.

Uchodźca czy cwaniak, oto jest pytanie

Ohhh, pamiętam moją pierwszą podróż do Londynu! – wspomina Karolina – Tygiel kultur, religii, języków, kolorów, stylów życia. Te zapachy, gesty, inne oczy… To było jak bajka. Zupełnie inaczej niż dzisiejszy „koktajl Mołotowa” made in Sweden. Z całym szacunkiem dla potrzebujących, pragnących spokojnego życia, czasami się boję konsekwencji tej otwartości i tolerancji. Zaufanie od naiwności dzieli bardzo cienka linia, krucha i delikatna. Europa północna w imię poprawności politycznej otworzyła swoje wrota dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiego przychodzili kraju, niezależnie od tego czy mieli dokumenty czy nie, wpuścili o tak kilkanaście tysięcy osób o których nie mają żadnego pojęcia, osób – które wg informacji z tv miały być w większości dziećmi. Dzieci okazują się być rosłymi wąsatymi mężczyznami, którzy śmieją się władzy i innym obywatelom w twarz. Żądają mieszkań i kieszonkowego. Bo ktoś gdzieś obiecał. Codziennie czytam, słyszę, dowiaduję się o kolejnych atakach na dzieci w szkołach, o kradzieżach, bitwach w strefach no go, podpaleniach. To nie tak miało wyglądać. Szwedzi w swojej dobroduszności zapomnieli o jednej sprawie, mianowicie o tym że przyjmując do swojego kraju człowieka z innej kultury, nie można oczekiwać i brać za gwarant że ta osoba się natychmiastowo dostosuje do panujących standardów. To jest bardzo długi i złożony proces. Nie da się zasymilować na życzenie, często niestety tylko jednej ze stron.

Po części zgadzam się i z tymi obawami. Każda pomoc tego typu powinna być przeprowadzona z głową i kontrolowana. Nie mówię o czipowaniu uchodźcom tyłków, ale o ich rejestracji, o wyrobieniu im dokumentów choćby na granicy, o ich istnieniu w systemie i ograniczone panoszenie się – za złamanie prawa i brak szacunku do pomocy – odpowiednie konsekwencje. W ten sposób mielibyśmy doczynienia z uchodźcami a nie cwaniaczkami.

Sukces tkwi w szacunku

Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wielokulturowości – mówi Nina – w tym i uchodźcom, ale pod jednym warunkiem: że kultura w której kobiety są uznawane za nie mające podmiotowości prawnej (np. kraje muzułmańskie oparte o szariat) nie będzie mi narzucać swojej organizacji prawno-religijnej. Dopóki państwo jako takie pozostaje świeckie, a prawo w nim obowiązujące jest równe dla wszystkich – i wszyscy tego przestrzegają niezależnie z jakiej kultury są – jest ok. Anna dodaje: Mieszkałam w Tajlandii, mieszkam w Wietnamie i bardzo się staram dostosować do tego jak się tutaj żyje, ale spotkałam się z emigrantami, którzy tego nie chcą robić i często stawiają się wyżej od Azjatów, z takim podejściem „jestem biały, to mi się należy”, co jest bardzo niesprawiedliwe. Czasem traktują Azjatów jak ścierki do podłogi (widzę w pracy jak klienci emigranci odnoszą się do mnie, a jak do moich wietnamskich koleżanek – różnica bywa spora… Najgorsze jak coś zaczynają do mnie na nie narzekać, ‚bo tak’ , i co, myślą że one nie rozumieją angielskiego i nie jest im przykro?). Czasem zwyczajmnie ignorują tutajsze zwyczaje: na przykład wlażenie w ubłoconych butach do pomieszczeń, w Tajlandii. Mimo iż każdy tam buty zdejmuje przed wejściem gdziekolwiek. To są drobnostki, ale dla miejscowych wiele znaczą. Ja się uczę nowej kultury, poznaję i jestem tym zachwycona. A moi znajomi z chęcią mnie wypytują jak to jest inaczej w Europie, proszą o ugotowanie europejskich dań, o pokazanie czym się różnimy. 
Więc podsumowując – wielokulturowość jest piękna, jeśli wszystkie mniejszości szanują się i akceptują, nie wywyższają nad inne. Szczególnie trzeba szanować lokalną kulturę w miejscu, do którego się emigruje. Jeśli ktoś nie chce jej szanować i zaakceptować – powinien wracać skąd przyszedł. Musimy pamiętać, że to my jesteśmi gośćmi w nowym miejscu, a nie panami świata. 
Paula komentuje słowa Anny następująco:  Święte słowa. Niestety czasami spotykałam taki typ Polaków, którzy uważali się za lepszych niż ‚śmierdziele Angole’ czy ‚Żabojady’. Ja też uważam, że wyjazd do kraju nas zobowiązuje do szanowania tamtejszej kultury i zwyczajów. Właściwie ja bym poszła dalej: do zintegrowania się z tą nową kulturą (oczywiście zachowując także to, co moje). Bo jak widzę właśnie tych Polaków, którzy np w Szwecji napadają na uchodźcó, żyją x lat w Anglii a po angielsku dwa słowa (pracowałam w polskim sklepie, to widziałam), to uważam, że tacy ludzie powinni siedzieć tam, skąd przyszli.

Równość przyswajana od kołyski

Ja bardzo lubię podejście dzieci do wielokulturowości – mówi Kasia. Nie ogarniając całej filozofii tego zagadnienia, po prostu przyjmują różnorodność w społeczności jako coś normalnego. Będąc w Kanadzie mają szansę mieć kolegów o różnym kolorze skóry, w różnym stopniu mówiących po angielsku. Dla nich wielokulturowość to małe codzienne rzeczy, ot choćby dlaczego kolega zamiast kanapek przyniósł glony suszone. Nie łamią sobie nad tym głowy, ale to jest dla nich również punkt wyjścia do długich rozważań o Polsce i co to znaczy być Polakiem. Właśnie takie podejście chciałabym widzieć w dorosłych, ale nam jest już trudniej otworzyć się z dziecięcą ufnością na innych. Dlatego tak bardzo się cieszę, że moi synowie mają szansę na pełne zanurzenie w wielokulturowości. Dla nich i ich kanadyjskich rówieśników będzie to rzecz naturalna. Szacunek dla innych wśród dorosłych to efekt tego, jak dzieci postrzegają wielokulturowość. Fajnie by było, gdyby w Polsce działania na rzecz wielokulturowości były propagowane już od najmłodszych lat, ale niestety klimatu na to nie ma.

A więc co z tym multikulti?

Odpowiadając na Twoje pytanie to mi się wydaje, że nie ma odwrotu od społeczeństwa wielokulturowego, bo mamy globalizację i to jej następstwo – pisze Maja. Możemy dyskutować o plusach i minusach, ale najważniejsze jest, żeby zastanowić się, jak w tym tyglu żyć, jak wspomóc imigrantów w adaptacji (co jest trudne i każdy mieszkający za granicą o tym wie), jak uczyć tolerancji itp itd. Jeśli ktoś widzi same minusy i myśli, że uda mu się zamknąć w jakiejś jednokulturowej bańce, to jest to dla mnie myślenie kompletnie absurdalne i pokazujące niezrozumienie świata. Piotr dodaje:  Po prostu świat się dziś bardzo wymieszał poprzez łatwość podróży czy przez komunikację, przez Internet. Tak jest już w produktach, których używamy lub jemy, tak samo jest w wielu serwisach (np call centre). Nie da się zatrzymać masy ludzkiej – nawet jak ktoś myśli, że wymuruje mur i wykopie fosę, albo założy kolonię na jakieś wyspie 🙂 Ale zjawisko migracji to nic nowego, bo wszyscy nasi przodkowie wyemigrowali kiedyś z Afryki.

 

*Wpis powstał na podstawie wypowiedzi członków Klubu Polki Na Obczyźnie.

135. Szkoła na wesoło (II)

cz. II.

– S., czemu znowu nie masz okularów?
– Pani, bo ja nie rozumiem moich okularów.
– W sensie że zapomniałeś?
– Tak, właśnie to.

***

Dzieci ciężko pracowały, więc ostatnie 10 minut lekcji mogą spędzić na gadaniu.

– Pani, mogę napisać coś na tablicy? – pyta D.
– A pisz.
Bierze do ręki marker i udaje nauczyciela, sprawdzając znajomość tabliczki mnożenia koleżanek. 5 x 5 – pisze. Ktoś się zgłasza, wybrał, odpowiedziano, D. liczy na palcach, bo sam nie pamięta, wszyscy w śmiech.
– Panie D.! – wykrzykuje jedna z jego „uczennic” – Napisał pan piątki odwrotnie, co to za nauczyciel?
D. drapie się po głowie, przygląda, po czym oznajmia ze śmiechem:
– Nauczyciel jest dzisiaj bardzo zwariowany.

***

Wypełniamy papiery, więc muszę sprawdzić, czy rozumieją pytania w czasie przeszłym. Trzecia trzydzieści, mózg wyparowany.
– Czy byłeś wczoraj w… – zawieszam się, myśląc, o co zapytać mojego małego Włocha.
– … Toalecie? – dokończył i rechocze.
– I., tego nie chcę wiedzieć !

Następnego dnia piszą o tym, kim zostaną, gdy dorosną. I. chce zostać kucharzem. „I nauczę się gotować wszystkie jedzenie” – próbuje napisać. Niestety słowo wszystkie, „all”, zapisał „old”, czyli stare. Mówię mu – No, I., teraz to na pewno będziesz chodził do toalety, a my wszyscy razem z Tobą (jako że nas zaprosił).
Śmiechowi nie ma końca.

***

Jeden z dzieciaków nabija się z akcentu P. Chwilę później słyszę:
– Zamknij swoją mysz*, idiotas!

*( fon. małf = usta, małs = mysz).

***

Jedyne, co słyszę średnio co 10 sekund w mojej klasie, to „pożycz gumkę”. Tak mi zdziałali na nerwy któregoś dnia, że dostali zakaz używania słowa gumka jak i samego przedmiotu. Wymyślili sobie, że będą pytać ucinając na pierwszej literze.
-Czy mogę mieć g…?
– Nie, nikt nie może używać gumki. Dziś jest dzień bez gumowania. Ktokolwiek powie gumka, wyleci z klasy.
-Pani to powiedziała! – stwierdza K.
– To co, mam wyjść? Idę. Ale do którego nauczyciela? – żartuję
– Do Pana A. (Tam ich zawsze wysyłam).
– Nie! – wstawia się za mną S. – Pan A. ją ugryzie! **

** (fon. bajt = ugryźć, bit = uderzyć)

I jak ich nie kochać, pytam poraz kolejny? 😉

134. Z pamiętnika muzułmanki.

– Mogę zadać ci osobiste pytanie? – zerknął na mnie zza swoich nerdowskich okularów, obejmując kubek z kawą obiema dłońmi, jak gdyby nagle poczuł potrzebę ogrzania rąk. W ostatnim tygodniu lipca. Cóż, jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, raczej się tego spodziewałam – myślę sobie.
– Mhm – otrzymał przyzwolenie. Założę się, że zapyta o TO. Sto procent. Jak zapyta o to, o czym myślę, stawiam sobie dużą gorącą czekoladę w drodze do domu. No już, pytaj, ciekawam…
– Tak się tylko zastanawiałem… Dlaczego chusta?

Czekolada była pyszna.

***
– Wcale mi się to nie podoba – powiedział, marszcząc brwi, próbując włączyć minę osoby, która nie znosi sprzeciwu.
– To strasznie dziwne masz problemy – odpowiedziałam znudzona, wciąż poprawiając wystające spod chusty kosmyki – bo wielu by się ucieszyło na twoim miejscu. Wielu nakazuje, wymaga ponoć… A tobie się nie podoba.
– Narażasz się na straszne niewygody, wiesz. I założę się, że wyrzucą cię za to z pracy.
– To niech wyrzucą, ich strata.
– Będą myśleli, że dołączyłaś do terrorystów.
– Powiedział muzułmanin.
– Wiem jacy są ludzie!
– Zdecydowałam – odpowiedziałam tonem osoby, która nie znosi sprzeciwu. Zaśmiał się i życzył mi powodzenia. Tak złośliwie, jak tylko on potrafi. Szczerze.

***

Przeszła obok mnie, jak gdybym była duchem. Nie rozpoznała mnie. Spędziłyśmy razem większość weekendów w ciągu ostatnich dwóch lat, a ona mnie nie poznała! Bo miałam na głowie kawałek materiału. O, a tam czeka na mnie matka. Lepiej jej pomacham, bo też mnie nie pozna. Ten kolor cię postarza – stwierdziła. No i teraz to dopiero się wszyscy na nas gapią.

***

– Po co to? Czy to dlatego, że teraz jesteś mężatką?
– Czy on ci kazał?
– Czemu akurat teraz?
– Czy to tylko na czas Ramadanu?
– Czy starasz się wtopić w tłum?
Tylko kobiety potrafią zadawać piętnaście pytań w ciągu minuty. Niemniej, uwielbiałam je, tolerując tym samym ciekawość i drobne złośliwości. Nie podobało mi się jedynie, kiedy dyrektor parsknął perfidnym śmiechem na mój widok. Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni – pomyślałam, mam przecież cztery rozmowy kwalifikacyjne w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Jeszcze będziesz za mną płakał.
Nieustannie dziwiło mnie zdziwienie tych, którzy powinni to rozumieć. Nie rozumieli. Oni uciekali do Europejskości, powszechnie uznawanej za wolność i nowoczesność, a ja, biała, mająca wszystko to, co kusi, wpakowałam sobie na głowę szmatę, bo tak mi się podobało. Confused – idealne określenie na ich miny.

***

Poznałam go trzy lata temu, kiedy przygniótł mnie drzwiami. Jakkolwiek żałośnie to brzmi, bycie wciśniętą między drzwi a jego tłuste półdupki na sali pełnej dzieci i nauczycieli doprowadziło mnie do odstawienia na bok myśli, że pierwszy dzień pracy zakończony pobiciem jednego z pracowników nie zagwarantuje mi długiej kariery w tym miejscu. Typowy żebrak o bycie w centrum uwagi, prowokator. Diabelnie arogancki. Nie przypadł mi do gustu przez to pierwsze wrażenie.
– Przepraszam, sir – szepnęłam mu na ucho, wsuwając się między niego a jego, jak się później okazało, kochankę. – Jeśli w trybie natychmiastowym nie przestaniesz prezentować mi kształtu swoich półdupków, to zasadzę ci takiego kopa, że pofruniesz na drugą stronę sali.
– Zawsze masz taki cięty język? – roześmiał się.
– Tylko wtedy, kiedy ktoś celowo jest chamem, starając się poznać moją ciemną stronę – odparłam, poprawiając swoją chustę.
– Owszem, zrobiłem to celowo.  Żebyś się zsunęła gdzieś na bok – odpowiedział, kontynuując gierkę o to, kto ma większe mniemanie o sobie.

– Stałam tu przed tobą.

– Wiem. Ale widziałem cię w tej twojej chuście i stwierdziłem, że nie lubię zakonnic. Mylne pierwsze wrażenie. Poznać taki charakterek to sama przyjemność. Czemu ją nosisz?

– A czemu ty jesteś TAKI?
– Wyrażam siebie.
– Otóż to, mój drogi.

Mylne pierwsze wrażenie to zdanie, które oboje powtarzamy wielokrotnie, wracając do tego, jak się poznaliśmy. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale wyśmialiśmy się razem za wszystkie czasy. W sumie kontakt się urwał, odkąd zmieniłam szkołę. Brakuje mi czasem jego towarzystwa.

***

– Nie układa się wam, rozumiem – odparła smutno, stukając paznokciami o blat stołu – ale masz Boga po swojej stronie, dasz radę. Gdyby nie był po twojej stronie, gdybyś wątpiła, nie przyszłabyś tu dziś do mnie tak jak przyszłaś. Zrzuciłabyś to – powiedziała, zerkając na moją abaję.
– I ty nadal myślisz, że wyglądam jak wyglądam dla męża – roześmiałam się, niedowierzając. Chyba nigdy tego nie pojmę, jak można tak myśleć, znając mnie lub jego, a tymbardziej znając nas oboje.
– Ja musiałam nosić abaje i chustę – odparła – Kiedy się rozwiedliśmy, ściągnęłam hidżab na znak protestu. Założyłam znowu, sama z siebie, dopiero pięć lat temu. Musiałam dojrzeć do tego, by przestać się przejmować tym, jak widzą mnie inni. Zakrywam się dla Boga, więc przyjemnie jest to robić. Naprawdę lubię swoje chusty. No i mogę mieć inny kolor każdego dnia, z włosami tego nie dokonasz – dodała ze śmiechem.

***

– Uwielbiam moją chustę. Daje mi ogromne poczucie wolności.
– Nie rozumiem, to znaczy, że nikt ci nie kazał jej nosić? – nerdowskie okulary w połączeniu z uniesionymi brwiami sprawiły, że wyglądał bardziej jak prawnik, niż dyrektor. Dyrektorzy, których dotąd poznałam, wyglądali bardzo stanowczo. Ten był jakiś taki… pocieszny. Brakuje mi słowa na ten wyraz twarzy.
– W sumie to niemal mi zabronił, jeśli jego masz na myśli – odparłam – Poczucie wolności ponad oczekiwaniami innych ludzi, wolność w wyrażaniu siebie tak, jak chcę, pomimo ogólnego sprzeciwu społeczeństwa, pomimo tego, że nikt tego nie uznaje za fajne, nawet będąc urodzonym w muzułmańskiej rodzinie, wreszcie wolność od obsesji w kwestii wyglądu, totalna samoakceptacja. Coś na zasadzie, że w tym czymś na głowie i tak wyglądam beznadziejnie, więc kto by sobie głowę zawracał makijażem na przykład, tym co pomyślą inni… Ogromna zmiana dla kogoś, kto jeszcze niedawno nie wyszedłby nieumalowany do sklepu. Człowiek jest uwiązany tą obsesją jak nas odbiorą inni, wkręca się nam ją od dziecka. Trzeba się dobrze prezentować, sprawiać wrażenie… Zrzucenie tych łańcuchów to ogromna ulga. Jestem wyjątkowa będąc sobą, właśnie NIE sprawiając wrażenia by zadowolić innych. Albo mnie kupują taką, jaka jestem, albo nie zawracam sobie nimi głowy. To tylko kawałek materiału, a jednak psychologia robi swoje. Nosząc swoją chustę czuję się szczęśliwa, wolna i w zgodzie z samą sobą. Nikt nie ocenia mnie przez to, jak wyglądam, a przez to, co robię. Docenia się moją pracę, nie figurę i fryzurę. Nigdy nie lubiłam zbędnej uwagi i nie sprawiało mi przyjemności liczenie, na ilu osobach wywarłam wrażenie tym, jak wyglądam. Teraz jestem ponad tym, chusta na głowie jest niczym znak „nie jestem zainteresowana”. Liczy się to, kim jestem, co potrafię.
– Witamy w naszym gronie nauczycielskim – odpowiedział z uśmiechem – Niecodzień się zdarza, żeby ktoś mnie zagadał na śmierć jeszcze podczas rozmowy o pracę. Dobra praktyka, dobra gadana, oto cechy efektywnego nauczyciela.

A wszystko przez chustę.

129. Kartki grudniowe.

Nastały czasy, w których czytelnicy proszą mnie o kolejne wpisy. Bo by poczytali. Trochę to sukces a trochę klęska, bo choć sadeemkowa produktywność osiąga wymiar, w którym szczyty stają się normą, nie na blogu to widać tym razem. I choć pisać byłoby o czym, nie ma na to czasu, kiedy trzeba cały świat zamknąć w przestrzeni między ramionami. Jestem trochę Matką Teresą, a trochę tą Margot od opieki nad dziećmi uchodźców. A było to tak.

Nastał grudzień. Nie żeby trwał zaledwie kilka dni, a człowiek już miał dosyć. Zmiany trwały przez cały listopad. Zmiany wewnętrzne, duchowe, zmiany, których kumulacja pod koniec miesiąca doprowadzała do stanu pragnienia ucieczki na księżyc. Ale pozbierałam się chwilowo w jeden kawałek ciepłej masy, bo skoro tyle osób na mnie liczy, to jak mogę dać ciała. I tak od niesienia na plecach współpracowników po nerwy związane z nawałem uczniów, idę sobie przez życie, udając, że jestem silna. Grudzień, styczeń i maj to taki czas, kiedy w ciągu tygodnia dostajesz średnio dwóch nowych podopiecznych. I niby nie tak źle, ale… No właśnie, ale. Bo jak jesteś tam, by ich uczyć angielskiego, to oni go kompletnie nie znają. I tak przeprogramowywujesz system z tygodnia na tydzień, a zamiast trzech grup robiących trzy różne rzeczy w tym samym czasie, nagle masz siedem. Dwadzieścia osiem sztuk, które trzeba nauczyć nie tylko języka, ale i jak radzić sobie z życiem. Dzieci uchodźców wojennych na włoskich i hiszpańskich paszportach. Dzieci uchodźców wojennych prosto z Syrii, których ból ukryty głęboko w oczach przykrywa pozorne zamiłowanie do nauki, napędzone rozpaczliwym pragnieniem normalnego, spokojnego życia. Dzieci wszelkich państw Afryki, mówiące biegle po hiszpańsku i w językach, których nie zna nawet wujek gugyl. Dzieci zachwycające włoszczyzną, będące w tym samym czasie oficjalnie z Arabii, a tak już mniej to jednak z Libanu czy innego równie ciekawego politycznie kraju. Dzieci uchodźców kryzysowych, prosto z Rumunii i Bułgarii, których los pokarał innym wymiarem wojny, tej chorej, wewnątrz domu, rodziny. Dwadzieścia osiem sztuk spragnionych uznania, uwagi i miłości. Dwadzieścia osiem dusz pragnących zapomnieć o okrutności świata dorosłych, choćby przez tych kilka godzin. Dwadzieścia osiem par oczu wpatrzonych we mnie, pragnących wyrzucić z siebie cały ten ból, bojących się odrzucenia. Dwadzieścia osiem kontra ja jedna. Przerażona i nieogarnięta. Ja sama niosę wciąż bagaż ran i żalu, nad którymi mam nieraz ochotę wypłakać się komuś w rękaw. Ale chyba dlatego właśnie je rozumiem, czuję i dzielę ich ból. I odnoszę sukcesy jako pedagog. Jako silna osobowość ponoć tak potrzebna w naszej szkole. Jako ponoć profesjonalistka ze sporą wiedzą i doświadczeniem na swoim polu, ponoć z jeszcze większym potencjałem.

Ja. Taka mała i przerażona. Te wszystkie tytuły, takie dumne i oficjalne, wirują wokół mnie niczym porzucone na wietrze wstęgi. Ludzie kochają tytuły i wyniosłe słowa. Rozpieszczają nimi swoje ego. Ja ich nie znoszę. Słowa wychodzące z ust ludzi są zdradliwe, zmienniejsze niż ich uczucia. Ja, to małe przerażone dziecko, niosę na plecach ciężki bagaż ludzkich łez, nadziei i oczekiwań. Czasem po prostu idę i jakoś to jest. Czasem zwyczajnie się boję i wtedy nie jest. Szczególnie wtedy, kiedy to starannie schowane obolałe ja zostaje wygrzebane na światło dzienne.

Czy można służyć światu nie radząc sobie z samą sobą? Nie wiem.

Można na pewno poszukiwać. Lustra dopełniającego te braki, których nikt nie chce widzieć. A kiedy już się znajdzie… To co wtedy?

Dwadzieścia osiem sztuk, z których każda ma moje serce, a które ja nazywam swoimi. Sprawia im to przyjemność. Łudzimy się razem przez te kilka godzin, że ten okrutny świat dorosłych nas nie dotyczy. Że ból, który na nas wylewają, próbując odreagować, nas nie dotknie. Bo mamy siebie i tę naiwną, dziecięcą miłość.

Ta praca to ogromny stres i medytacja w tym samym czasie. I tryb szaleńca. Wieczna karuzela emocjonalna.

123. Szkoła na wesoło

Życie szkolne pędzi w szalonym tempie. Nadmiar obowiązków i bycie w trzech miejscach naraz jest jednak przeplatane pewnymi perełkami. Dziś będzie o tym, jak nieznajomość języka poza uprzykrzaniem życia wnosi w nie odrobinę śmiechu.

 

Wycieczka szkolna do lasu. Zabawa w parach, jedna osoba ma opaskę na oczach, druga prowadzi ją za rękę przez polankę. Jestem w parze z małym S. z Bułgarii. Kochany dzieciak, ale trochę rozrabiaka, wszędzie go pełno. Mam opaskę na oczach i blednę, bo nie widzę dokąd mnie prowadzi, a on upewnia się, że nie podgląduję. „Pani się nie bać” – oznajmia radośnie, powtarzam jego słowa w myślach. Dwie minuty później zaliczam glebę. Opanowywuję śmiech i ściągam opaskę, a nademną ukazuje się przerażona twarz S. „Teraz pani się nie bać, ja się bać” – oznajmia zupełnie poważnie. „Mój papa walczyć w domu bo moje buty brudne, a pani walczyć mnie teraz bo pani brudna”.

***

Wypełniam papiery rozmawiając z jednym z moich pasztuńskich uczniów. Sprawdzam jego znajomość słówek oceniając czy rozumie słowo samo w sobie i w kontekście zdania. „Kim jest żona? Co to w ogóle znaczy: żona?” – pytam brnąc przez długą listę słówek ‚do zaliczenia’. Patrzy na mnie i z pełną powagą odpowiada : „żona to jest Jack z piątego roku”.

***

Hiszpanka D. pytana jak wygląda drzewo odpowiada : ma jedną nogę i zielone włosy.

***

S. siedzi obok M., który jest straszną beksą. W pewnym momencie pokazuje na niego palcem i skarży się: „to”, pokazując palcem na siebie „mnie” i puka się w czoło mówiąc „ghrrr”. Wtedy ja pokazuję mu palcem klasę pełną dzieci mówiąc „to”, palcem na siebie mówiąc „mnie” i pukam się w czoło powtarzając jego „ghrrr”. Oboje nie możemy przestać się śmiać.

***

Jedna z Hiszpanek, o czym wspominałam w którymś z ostatnich wpisów, pisząc przepis na kanapkę: „Na końcu wkładasz chleb do środka ludzi”.

***

I jak tu nie kochać swojej pracy? 🙂