180. Przemyślenia skoro świt

Jak spędzisz dwa tygodnie? Odpoczniesz? – Na typowe dyskusje tuż przed dwutygodniową przerwą w pracy odpowiadałam niewyraźnym uśmiechem. ‚Moja dupa’, przemknęło mi w zangielszczonej odpowiedzi przez myśl, ale ugryzłam się w język, uczę się bowiem, że nie wszyscy ludzie są gotowi na czołowe zderzenie z moimi myślami. Czym jest odpoczynek matki autyka? Odpocznę jak wyrzucę podopiecznego oknem, siebie zaś poowijam taśmą dźwiękoszczelną, włożę do czarnego worka i schowam między trocinami w skrzydle na poddaszu. Piszę ten tekst o 4.26, wstał z wrzaskiem, bo przecież spał od 23, to już długo. Najgorsze w tym wrzasku jest to, że jest „bez powodu” i ciężko mu zapobiec, będzie się drzeć/zrzędzić niezależnie od tego, co zrobisz. Czy można zatem funkcjonować bez snu? Zapytaj rodzica autyka. Czuję się jak gówno, wyglądam nielepiej, przez 3/4 tygodnia. Dziś 4:26, wczoraj 5:01, dzień przedtem druga nad ranem. Nie znasz dnia ani godziny, kiedy trafi Ci się luksus snu przez 6 godzin pod rząd. Mnie się trafił. Raz w ciągu 10 ostatnich dni.

„SZACUJE się, że od 50 do 80% dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu ma problemy związane ze snem” – mówi jedna z mądrych stron – „Dla porównania, wśród dzieci rozwijających się typowo występują one u 11 – 37% dzieci.”

No świetnie.

„Wśród dzieci z autyzmem często obserwuje się również zespół niespokojnych nóg oraz okresowe ruchy kończyn podczas snu.”

Chodzi. Wokół własnej osi, całą noc. Jak się budzi, to kopie. Wbija pięty w nerki i jedyne o czym marzysz to odrąbać je piłą mechaniczną.

„Bardziej powszechnym problemem niż u typowo rozwijających się równieśników są też parasomnie, czyli nieprawidłowe objawy lub zachowania w trakcie snu. Zalicza się do nich somnambulizm (potocznie: lunatykowanie), lęki nocne (zrywanie się ze snu z KRZYKIEM, płaczem, objawami silnego lęku), koszmary nocne, upojenie senne (chwilowa dezorientacja po przebudzeniu) i bruksizm nocny (zgrzytanie zębami).”

Co w związku z tym? Najlepiej się rozwiedź, rzuć pracę, resztę rodziny, skocz po tira by stracić słuch i żyj o kokainie. Funkcjonować raczej nie będziesz. Zawsze możesz jeszcze żyć nadzieją na poprawę, według autora jednej z biografii autyków, czasem im przechodzi z wiekiem.

Idę po kawę, wszak kto rano wstaje, ten ma krzywy ryj aż do południa.

IMG_6722

PS Matki dzieci chorych kochają mocniej. Ilość razy kiedy całkiem słusznie ma się ochotę je udusić,  a mimo to przytula, nie może być tłumaczona niczym innym. Ta mądrość to już znad pierwszej kawy.

159. Dziecię moje, serce moje.

image… Nie ma takich jak my dwoje. Love-hate relationship, na zmianę. Matka i syn.

Po czasie niemowlęctwa, który przyprawił mnie niemal o dzieciowstręt, nastały czasy odkrywania świata, łaskawsze nieco. Już nie mam ochoty uciekać z domu, rzucać się z trzeciego piętra, wysiadać na przypadkowych stacjach kolejowych ani pracować w polu w ramach wolontariatu. A dokładnie tak czułam się w zeszłoroczne wakacje, wszystko, byle jak najdalej od ząbkującego Jegomościa. Faceci okropnie znoszą ból, potwierdzają to moje zszargane nerwy. Nie żeby już nie ząbkował, nadal potrafi być najgłośniejszym stworzeniem w moim wszechświecie, w dodatku teraz koi ból dziąseł na moim przedramieniu, a jednak miłość ci wszystko wybaczy. A wszystko to, bo dziecię podrosło.

Nie, żebym go wcześniej nie kochała, to byłoby kłamstwo. Jednak występując całą sobą przeciwko modzie na supermatki, przyznam się szczerze, że nie nadaję się do niemowlaków. I wcale nie jest mi z tym źle. Całkiem wdzięcznam zrządzeniu losu, że niemowlęctwo minęło nam szybko. Bo teraz się z Młodym rozumiemy, a o wiele łatwiej jest mi się rozumieć ze stworzeniem przejawiającym pierwsze cechy swojego niepokornego charakteru. Choć pierworodny nie ma jeszcze dwóch lat i niewiele mówi, na swój sposób dogadujemy się, zaś proces odkrywania świata przez dziecko jest naprawdę fascynujący, odkrywamy więc razem.

Uwielbiam obserwować, jak się bawi. Jak chlapie wodą w basenie, rysuje kredą po chodniku, opowiada patykowi historie znane tylko jemu i buduje drapacze z klocków. Napawa mnie dumą kiedy sam wreszcie myje zęby i rozśmiesza kiedy jest złośliwy, kradnąc mi poduszkę i śmiejąc się ze mnie, że jej nie mam. Doprowadza mnie do szału, kiedy zamiast ulubionego misia z czułością przytula Szmatę*, rozczula, kiedy robi awanturę tylko po to, by po usłyszeniu „chodź się przytulić” okazać mi wreszcie, po dwóch latach, trochę swojej egoistycznej miłości. Nieprzymuszenie. Ponoć faceci kochają inaczej – wytłumacz to proszę matkom dwulatków. Sprawia mi przyjemność patrzenie jak fascynującym zajęciem potrafi być układanie butów w przedpokoju, spinaczka nastolikowa oraz tańczenie wokół własnej osi aż do zderzenia ze ścianą. Nade wszystko kocham na niego patrzeć, kiedy śpi. Mamy też pierwsze fochy i rzucanie całą swoją objętością o podłogę oraz dziecko, które na zdjęciach jest uwiecznione jako mały punkcik daleko w tle, bowiem w przeciągu 30 sekund zdążyło przebiec ze dwa kilometry. Każdy dzień przynosi coś nowego, a mały obywatel świata uczy się naprawdę szybko. I choć czasem się na siebie drzemy, doszedł do wieku, z którego szkoda mi, by wyrastał. Oto więc istnieje nadzieja dla wszystkich matek, których przemęczenie doprowadza do stanów opisanych w pierwszym akapicie – nie martwcie się, niedługo będzie fajniej!

*Szmata – oryginalnie, w zamiarze producenta oraz matki, cienki kocyk w miśki, stworzony do bycia becikiem.  Zaadaptowana przez Młodego jako maskotka, z którą się je, pije, kąpie, chodzi na spacery i śpi. I drze w niebogłosy, kiedy ktoś próbuje ją wyprać. Szmata jest traktowana niezwykle zaborczo i tulona z niesamowitą czułością, ku zazdrości ignorowanych kobiet drugorzędnych – babci i matki. Obiecana jako prezent ślubny, jako prześcieradło dla żony lub krawat dla pana Młodego.

108. I’m a mother – Get me out of here!

Piszę te słowa w ramach ucieczki. Ucieczki spomiędzy pola bitwy w kołysce i tej na papierze, zza stosu książek. Tak właśnie wygląda moje lato, wakacje szkolne – fioletowe dziąsło, katar i upierdliwa Jegomość doprowadzają mnie na skraj rozpaczy spowodowanej bezsennością, a wszystko to, co powinnam przygotować na wrzesień, łypie na mnie groźnie spod okładek o skomplikowanycu tytułach, zastanawiając się czyim pomysłem było angażowanie właśnie mnie. Też czasem o to pytam, jednakże nigdy na głos, obawiając się złośliwości rzeczy martwych. Do listy rzeczy do zrobienia dochodzi jeszcze przygotowanie samej siebie, przeczytanie kilku tytułów wspierających kreatywność w nowym polu edukacji, jakie sobie obrałam, jako że mózg niesypiający jest zbyt odrętwiały, by korzystać z własnych pokładów twórczych. W zasadzie to się wyczerpały. Potrzebuję wakacji, a na to się nie zapowiada. Wszyscy potrzebujemy, uciekając od Młodego Jegomościa do pracy z najdzikszą przyjemnością. Tortura to chyba słabe słowo opisujące jego ząbkujące towarzystwo, doprowadzające rodziców do marzeń o ucieczce z domu, rzuceniu się z trzeciego piętra, wysiadaniu na przypadkowych stacjach kolejowych i pracy w polu w ramach wolontariatu.

Blogowe posty leżą nietknięte, jedne ledwo rozpoczęte, inne prawie skończone, bo nie mam kiedy żyć. A kiedy już mi się zdarzy żyć, potrzebuję się odmóżdżyć, cierpiąc na przeciążenie systemu. Leżę wtedy na kanapie patrząc w sufit i błagając ciszę, by mnie nie opuszczała. To nie psychiatryk, choć dom z dziesięciomiesięcznym chorym człowiekiem nie pada daleko od owych zakładów. Sadeemkowe Królestwo Małych Rączek stało się Placem Powojennej Destrukcji. Szkolimy nowych rycerzy i odbudowujemy gruzy. Król uciekł z pałacu, a Królowa przebrała się za Robin Hoodkę i bryka po lesie w zielonych rajstopach. Od wrzasku Jegomościa uciekły ślimaki z ogrodu, sąsiadka wyjechała, zwiędnął czosnek w doniczce, a taksówkarze nie zatrzymują się już pod tym adresem pomimo błagań. I tak sobie funkcjonujemy. Do usłyszenia.

83. Przemyślenia z parapetu

imageW każdym psychiatryku Królestwie Małych Rączek następuje kiedyś długo wyczekiwany Zachód Słońca. Maleństwa zostają odłożone na swoje miejsce do łóżeczek i Mamy Kangurzyce zaczynają oddychać. To taki smutny i szczęśliwy moment zarazem. Czeka się na niego cały dzień, a kiedy nadejdzie, Mama Kangurzyca z Sadeemkowego Królestwa Małych Rączek smuci się, że tak prędko minie. Spogląda na torbę, która woła o pomstę do siłowni wciąż tam jest i smuci się jeszcze bardziej. Znowu cały dzień minął w mgnieniu oka, a ona nie spotkała się z Chodakowską. Miały sobie przecież wyjaśnić, dlaczego poprzednim razem Ewa próbowała ją zabić. Nie pozwoliły na to obowiązki Internety. Byłam taka szczęśliwa nie mając Internetu! Miałam wtedy więcej czasu. A tak naprawdę, to nie pamiętam czasów, w których nie miałam Internetu. To było chyba wtedy, kiedy moje małe rączki dręczyły kogoś innego, na przykład małego sąsiada w bitwie na kije wojnie rycerzy. Czas pędzi w mgnieniu oka. Życie miewa inne poczucie humoru plany niż my i poraz kolejny trzeba się z tym zmierzyć. Myślę sobie o tym, że z czasem i tak będę wyczekiwać wieczoru jeszcze niecierpliwiej, przeklinając patrząc w niebo mieniące się odcieniami szarości czerwieni ponad naszym więzieniem Królestwem. Macierzyństwo jest słodko-gorzkie. Dostajesz uśmiech i śmierdzącą kupę pociągnięcie za włosy w bardzo krótkim odstępie czasu. Radość (zjawiasz się w polu widzenia) i rozpacz (nie nosisz mnie) w przęciągu sekund. W sumie to jest bardziej gorzkie dla matki i słodkie dla dziecka, ale proporcje odwracają się z czasem. Zemsta wymiana proporcji jest słodka. To wtedy, kiedy Ty mówisz nie teraz i koniec, a nie dziecko wypłakuje teraz i koniec. Mimo to, jak to na wojnie w rodzinie, trzymamy się pewnych zasad. Jedne są nasze lubimy, inne wprowadzają szał rutynę. Wszak nie od dziś wiadomo, że kompromisy ułatwiają życie w więzieniu społeczeństwie. Rozkoszuję się nostalgią i spokojem Zachodów Słońca. Wiesz, lubię wieczory. Są moje.

Choć często gdy budzę się ze snu nie rozumiem, co robię w tej sypialni (gdzie plaża?!), to pamiętam, że mogło być gorzej. Życie mogło być szare bez małych rączek i najsłodszego we Wszechświecie uśmiechu z ćwiartką zęba. A tak przynajmniej ma wymuszony określony cel.

Pozdrowienia zza żaluzji, wyczekuję wieczoru!

82. Bezstresowe wychowanie po angielsku

imageW Wielkiej Brytanii bezstresowe wychowanie dzieci jest bardzo popularne. Nie jestem pewna czy jest to wynikiem panującej obecnie mody czy zwyczajnym brakiem przygotowania pewnej części społeczeństwa do rodzicielstwa. Wiem za to jaki jest tego efekt.

Pamiętam sytuację, kiedy czekając w samochodzie na zakupowiczów, miałam okazję zaobserwować walkę matki z Dzieckiem-Histerią. Matka wyszła ze sklepu, dziecko wrzeszczało „głupia krowo nie kupiłaś mi tych drugich czipsów”. Miał może z 5,6 lat. Matka, jak na Matkę-Angielkę przystało, udawała głuchą. Podniosła go kilkakrotnie z ziemi i próbowała prowadzić za rękę. Znowu się kładł i wrzeszczał. Wreszcie nie wytrzymała i wydarła się jeszcze głośniej niż on, na co dzieciak zareagował histerycznym płaczem. Ja nie wierzę, że tych matek, których to dzieci nie obowiązują żadne konsekwencje i wszystko im wolno „bo są dziećmi”, nie dopada kiedyś frustracja. I o ile nie zawsze wyładowują ją na dzieciach, to gdzieś ona uchodzi lub – gorzej – chowa się po kątach, powodując w przyszłości zaburzenia emocjonalne. Krzywda na własne życzenie.

Prawo być może nie pomaga, będąc zawsze po stronie dziecka. O ile jednak nastolatek w okresie buntu jest w stanie szantażować matkę emocjonalnie policją („powiem że mnie bijesz”) nieświadomy raczej konsekwencji napomknięcia zaledwie o przemocy w domu (żegna się z matką na dłużej niż oczekiwał), o tyle trzy czy czterolatek, postawiony przed faktem ponoszenia odpowiedzialności za na przykład uderzenie mamy, może sobie conajwyżej pohisteryzować. A uwierzcie mi, drogie mamy, „stresowe” wychowanie obejmujące słowa nie wolno i nie podoba mi się to zaowocuje pozytywnie nie tylko w relacji na linii matka-dziecko, ale też w kontaktach społecznych dziecka, a na końcu nawet w jego edukacji.

Mam w klasie dwóch takich małych cwaniaków wychowanych absolutnie bezstresowo. O ile jeden z nich faktycznie nie jest w stanie się skupić i słuchać kogokolwiek dłużej niż dwie minuty, drugi jest bezczelnym pępkiem świata, któremu porządny klaps wyszedłby tylko na dobre. Oboje są traktowani jako SEN (Special Education Needs – program ich nauczania jest odpowiednikiem tego w polskiej szkole specjalnej, tylko że wewnątrz normalnej klasy, nie osobno), a tylko jeden z nich faktycznie tego potrzebuje ze względu na spore problemy ze skupieniem. Drugi traci na ćwiczeniach grupowych i indywidualnych ze względu na swoje zachowanie. Posadzony obok biurka nauczyciela potrafi cały czas prześpiewać próbując go zagłuszyć. Dodatkowy asystent nauczyciela niewiele w jego przypadku pomaga próbując zająć go ćwiczeniami, bo albo śpiewa, albo nimi rzuca, albo się drze. Reszta dzieci go ignoruje uznając za typek klasowego błazna, traci później na kontaktach społecznych przykładowo podczas przerw. A wystarczyło go nauczyć co znaczy nie wolno i uniknąć tym samym wrzucenia do worka dzieci z dodatkowymi potrzebami ze względu na problemy z zachowaniem. Bo i tak można. Udowadniają to dla kontrastu te Matki-Angielki, które ze swoimi dziećmi prowadzą dyskusje pełne powagi i poświęcają im czas w zależności od ich potrzeb. Te, które mówią „nie wolno ci bo mamusi jest przykro kiedy tak robisz, tak jak tobie było przykro, gdy miałeś karę”, te, które potrafią dzieci wychować na przystosowanych do życia w społeczeństwie młodych ludzi. Jestem w stanie sobie wyobrazić, na co wyrosną oba typy, w kraju, w którym nastolatek terroryzujący własną matkę psychicznie i fizycznie potrafi być bezkarny.

71. Moda na Supermatki.

Stało się, zostałaś matką. Toniesz w morzu gratulacji, znajomi znajomych oceniają na fejsie jak dobrze wyglądasz po porodzie i czy ładne masz dziecko. Twój świat stanął w miejscu. Wszystko kręci się wokół Maleństwa, są prezenty, najmniejsze ciuszki świata, smoczki których masz nadzieję nie użyć, są goście którzy zdają się nie pamiętać, że po porodzie każdy odgłos rozmowy brzmi w Twojej głowie jak tornado. Jest wzruszenie, czujesz się taka szczęśliwa, jednym uchem słuchając rad-nakazów czego nie wolno Ci jeść, bo kolka, wpatrzona w swoje maleństwo. Pachnie przepięknie, tak, ten zapach jak i Twoje szczęście to hormony skaczące w tę i spowrotem niczym Beyonce’owski tyłek. Jest magia, prawie jak z świątecznej reklamy coca-coli. Nastaje wieczór, goście się rozchodzą. Zapada kurtyna i rozpoczyna się akcja.

W życiu oraz w Internetach każdy chętnie Ci powie, jak masz żyć. Ale jeszcze chętniej powiedzą Ci, jak masz matkować. Nikt Ci za to nie powie, jak sobie poradzić z problemami, przez które wszyscy przechodzą. Jakoś tak zbiorowo i jakże zgodnie wszyscy udają, że ich nie ma. Jak o nich wspomnisz, to jesteś wyrodną matką. Najdziwniejsze jest to, że to baby babom zgotowały taki los. I gotują dalej, kiedy zamiast wsparcia powodują wyrzuty sumienia, oceniając, oskarżając. Wszystko dla dziecka, żadnego narzekania, wszak nie jesteś już człowiekiem, a mleczarnio-przewijakiem. Nikogo zdaje się nie obchodzić, że spokojniejsza matka to szczęśliwsze dziecko. Teraz jest moda na Supermatki, żadnego narzekania!

Jestem wyrodną matką, bo narzekałam. Bo przecież jak czołgasz się do łazienki z kroczem w stanie powojennym i nie wolno Ci brać tabsów bo karmisz cycem, to nie możesz narzekać. Każda przez to przeszła, a ta, której się akurat żalisz, przeszła to o wiele gorzej niż Ty. Co Ty dziecko wiesz o życiu. Nie wolno też narzekać, że masz wokół siebie osiem bab, ale żadna Ci nie powiedziała, że w drugą noc między karmieniem co dwie i pół godziny a rozpaczliwą próbą spania wybuchną Ci piersi, staną się silikonowe – równie twarde i wielkie w przeciągu kilku godzin – a Ty z 40 stopniami gorączki będziesz uspakajała dziecko z kolką. Być może będziesz miała je ochotę potrząsnąć żeby po pięciu godzinach się uciszyło chociaż na minutę (nie zrobisz tego), ale nigdy o tym nikomu nie wspomnisz, boś niegotowa na lincz. A jeśliś gotowa – oznajmij głośno, że już nie karmisz piersią. Co?! Już?! A nie mogłaś dłużej?! Moja mama dawała dzieciom cyca do czasu jak miały dwa lata!-usłyszałam od babci. No tak, a teraz jest moda karmić do czasu szkolnego. A jak wyschniesz, to i tak będziesz wyrodną matką, gdzie tam dwa lata! Matka, która odstawia dziecko od piersi, bo nie podołała już i tak czuje się przegrana, bez dogaduszek członkiń rodziny. Wyobraża sobie miliony kobiet, które karmiły w czasach gdy nie było mleka w proszku i czuje, że zawiodła jako matka. W tornadzie hormonalnym nietrudno jest wpędzić się w depresję.

Nie jesteś też wyrodną matką, cokolwiek baby Ci powiedzą, jeśli od pierwszego momentu z bobasem nie pałasz do niego miłością. Wciąż jest na pierwszym miejscu, to instynkt, ale na początku zamiast miłości jest zdziwienie. Że w Twoim ciele powstało coś, co działa. Idealne. Ma rączki, nóżki, piękne oczka i dziurkę w dupce. Jest śliczne, dla Ciebie. Na spokojnie, bez hormonów zauważysz że nie aż tak śliczne jak myślałaś, ale wciąż Twoje, wyjątkowe. Wyładnieje, a miłość przyjdzie niedługo. Niekoniecznie ze względu na bardziej człowieczy wygląd 🙂

Bycie matką poraz pierwszy do ogromny stres sam w sobie. Każdemu zdarzają się błędy, zresztą Twoje własne bobas oznajmi Ci wrzaskiem.To Twoje dziecko i Twoje macierzyństwo, więc nie słuchaj, Droga Kobieto, tych wszystkich nawiedzonych bab.

I tak będziesz Supermamą. Dla swojego malca, który od pierwszych dni będzie Cię potrzebować i kochać, tylko dlatego, że jesteś. Czy to nie wystarczy?

57. Przemyślenia znad kubka kawy.

Mam dziecko.

Dziwne to uczucie i przypuszczam, że jeszcze trochę potrwa, zanim przywyknę. Leży obok mnie mały śmieszny człowiek, który jeszcze dwa tygodnie temu wylegiwał się w moim brzuchu, wyrażając swoją opinię na temat naszych aktywności fizycznych pięściami i piętami (BUM! oznaczało ‚czemu nie chodzisz i nie kołyszesz mamo”, BUM-BUM-BUM! oznaczało ‚przecież wiesz że nie znoszę gdy śpisz na plecach’ itd.). Mieliśmy opracowany kod, teraz trzeba uczyć się porozumiewania na nowo. Tamte odległe zdaje się już czasy religijnego filozofowania nad tym, czy jest jakaś Mama, która nad nim czuwa i czy naprawdę po wyjściu z brzucha jest światło i nowe, inne życie, Mały Człowieczek ma już za sobą. Teraz już wie, że warto było wierzyć, bo Mamę widzi, a nie jedynie czuje. Więc gapi się nieustannie tymi ślicznymi oczkami. Odziedziczył po tatusiu jego najlepszą cechę – wiecznie się uśmiecha. To dobrze, bo jedna zrzęda nam wystarczy, tymbardziej, że zrzędzić to ja potrafię za trzech.

Mam syna.

Gdybym mieszkała na pustyni, byłabym wniebowzięta. Miałabym pewność, że teraz jest ktoś, kto będzie się mną opiekował na stare lata, miałabym szacunek pustynnej teściowej i zazdrość pustynnych szwagierek. Ale mieszkam w Zgniłej Krainie i choć mam nadzieję, że nim mój pierworodny będzie pełnoletni uda mi się przeprowadzić do Turcji, wciąż nie robi to dla mnie różnicy, mógłby być dziewczynką. Grunt, że jest zdrowy. Cieszę się jednak, że ominą go okresy, porody, połogi, burze hormonalne i inne uroki bycia kobietą. I nie, nie poderżnę mu gardła jeśli przejdzie na Judaizm, choć – jako to od muzułmanki – możnaby tego odemnie oczekiwać. Już mnie ktoś w ten sposób zaczepił 🙂 Teść twierdzi, że żaden z jego trzech synów nie jest ani w połowie tak wspaniały jak on, więc lepiej mieć córki, za swoje dwie przynajmniej nigdy nie musiał się wstydzić, czego nie powie o żadnym ze swoich synów. Cóż, grunt to nastawić mnie optymistycznie, dzięki Papa.

Dzieciak śpi. Zaskakująco dużo śpi. Niech odpoczywa, ja się w tym czasie pozastanawiam, jak to zrobić, żeby być dobrą matką. Taką, która będzie przyjaciółką, ale i wychowa. I wychowa na człowieka, bo wychować na idiotę potrafi każdy. Matką, która będzie starała się być wyrozumiała i nie zapomni o swoich postanowieniach ani w erze głupich pytań, ani nawet w tej, której dedykuje się poradniki typu „Jak wyhodować nastolatka i nie oszaleć”. Jak być dobrą matką, taką, by po latach móc spojrzeć w tył i nie słyszeć pretensji dziecka i własnego sumienia? Jak być tym ogniwem, które trzyma rodzinę razem nawet wtedy, kiedy pojawiają się problemy, a patrząc na charakterki każdego z nas, oczekuję, że będzie ich niemało? Wreszcie, jak przełamać klątwę mojej rodziny, w której to dzieci i matki mają do siebie więcej żali niż dobrych wspomnień i przychodzi im to naprawiać latami, o wiele później, niż powinno to nastąpić?
Nie mam pojęcia. Kwestia intuicji zdaje się i to właśnie na niej będę polegać. Oby się udało.

Patrzę na to moje maleństwo i nie mogę się nadziwić. Nie tak dawno widziałam je poraz pierwszy na zdjęciu z USG, nie mogąc uwierzyć, że jestem w ciąży. Potem czułam pierwsze kopniaki. Jeszcze później reakcje na ulubione piosenki. I na głos tatusia, nawet jeśli to tylko przez telefon. A teraz leży sobie w łóżeczku i rozgląda się z zaciekawieniem po tej Jasnej Stronie Brzucha. Nowe dźwięki i obrazy bardzo męczą, więc śpi znowu. I płacze przez sen, chyba we śnie Mama pożałowała cyca. Albo jednak wygrał, bo po chwili płacz ustaje, a on śpi dalej.

I nagle powodem radości stają się trzy kupki zamiast jednej, bezzębny uśmiech, pępowina, która odpadła czy też cztery godziny snu pod rząd. Deszczowa kraina drażniąca zimnym wiatrem nagle przestała kogokolwiek interesować, nawet nie zauważyliśmy, że już jest jesień. Babcia musiała nas tym faktem oświecić. 

Świat wywrócił się do góry nogami, świat oszalał. Na punkcie jednej małej istoty…
…bardzo szczerej w dodatku, bo już ma za sobą pierwsze wyśmianie swojej rodziny.

PS Nie jestem autorką zdjęcia, pochodzi z Pixabay. Próba uwiecznienia stóp mojego dziecka, a więc wyciągnięcie ich spod kocyka, skończyła się solidnym kopniakiem w czoło. Nie ryzykuję nawet z całą swoją pasją do fotografii. 🙂