183. Bradford Literature Festival i inne cuda

W tym roku na Festiwal Literatury w Bradford przygotowałam się trochę bardziej selektywnie. Szukając inspiracji w pisaniu ogółem, nie tylko tym blogowym, wybrałam się na dość nietypowe spotkanie autorskie z trzema pisarzami, na przedziwną debatę zatytułowaną „Pisząc radykalizację”. Na co liczyłam, nie wiem, chyba na jakieś wyjaśnienia co do obrania dziwacznego tematu na tło ich książek. Wyjaśnień było wiele, przerodziły się w przynudnawą debatę polityczną, potrzebną, a jednak dla mnie przegadaną. Ale pokolei.

Pisarze obecni na wspomnianym spotkaniu to kolejno: Tariq Mehmood, Johannes Anyuru i Tabish Khair. Książki wokół których kręciła się dyskusja – „Song of Gulzarina”i „Just another jihadi Jane”. Była jeszcze książka Anyuru cytowana przez prowadzącą, nie wyszła do końca w języku angielskim, jedynie szwedzkim, nie jestem więc w stanie przytoczyć tytułu. Poza faktem, że wszyscy trzej to muzułmanie, dwóch z przymusu i jeden z wyboru, łączyło ich coś o wiele bardziej kontrowersyjnego (tak, można): każdy z nich, mniej lub więcej, wplótł w swoją powieść motyw terroryzmu. A mnie bardzo ciekawiło dlaczego. Czy w dzisiejszym klimacie politycznym, w czasach wciąż świeżych i, co gorsze, regularnych ataków terrorystycznych, zbyt mało im się obrywa jako muzułmanom, że zachciało im się jeszcze o tym pisać? Po co? Zadaję to pytanie, bo sama miałam dodać tu kilka słów w tym temacie, ale zrezygnowałam. To jak grochem o ścianę, tłumaczenie się za coś, czego się nie zrobiło. Jakie jeszcze mogły być powody ich wyboru? Szybki dorobek na kontrowersji, temat na czasie? Odpieranie piórem ataku na zasadzie „to nie my”? Do granicy wymiotów przegadane tłumaczenie różnicy między religią a brudną polityką? Pewnie wszystkiego po trochu. Jak wspominałam, angielska widownia wdała się z autorami w wyczerpującą dyskusję polityczną na temat kolonizacji, wyzysku, frustracji i braku religii w terroryźmie. Jedyną świeżą (dla mnie, bo w powyższych tematach tkwię nie mając na to ochoty przy okazji każdego kolejnego zamachu, kiedy ludzie chcą odpowiedzi i wymagają tłumaczenia się) wypowiedzią, która faktycznie coś wniosła, była gra na przemyśleniach Johannesa Anyuru, pragnącego podkreślić w swojej książce temat podziałów społeczeństwa, wojny nowej generacji: nie tyle rasowej lub religijnej, a politycznej, poglądowej. Pozatym dowiedziałam się tyle, że mam ochotę przeczytać książkę Mehmooda z czystej ciekawości, bo ma zachęcające recenzje.

IMG_8041

(od lewej: Mehmood, Anyuru i Khair)

IMG_8054

Wiktoriańska architektura miasta

IMG_8055

Czerwono-biały namiocik to istna skarbnica książek. Zbankrutowałam.

IMG_8040

Nie byłabym sobą. Wybrać miałam zamiar „Dream of a refugee” Mostafy Salameha i, z całą miłością do Rumiego, żałuję, że odstawiłam ją na potem. Kilka dni później miałam zupełnym przypadkiem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Mostafą, cóż powiem, urzekła mnie jego historia. Urodzony w obozie dla uchodźców, obecnie jeden z 15 na świecie ludzi, którzy zdobyli 7 najwyższych szczytów górskich, w planach na przyszłość wycieczka w kosmos. Bardzo inspirujący życiorys i książka, która znalazła się na mojej półce do przeczytania z lekkim opóźnieniem.

Bardzo przykro mi stwierdzić, że żadnego z opisywanych w dzisiejszym wpisie tytułów nie znalazłam jeszcze w polskim tłumaczeniu, pewnie dlatego, że każda z książek wydana była tego roku. Gorąco zachęcam jednak do wersji angielskiej wszystkich tych, którzy czują się o siłach. Myślę, że warto.

W ramach podsumowania produktywnego intelektualnie tygodnia, sobotę spędziliśmy w parku na festiwalu Eidowym. Było całkiem sympatycznie, coś na zasadzie dużego festynu. Zdjęć mam niewiele, bo był straszny tłok i trzylatek też był. Pod moją pachą.

IMG_8106

IMG_8108

 

 

107. Angielskie lato

Postanowiłam sprawdzić ile w tej książce Anglii i ile lata. Klimatyczna okładka oraz tytuł zachęcają, ale czy sprostała wymaganiom?

Fabuła kręci się wokół Anny, Polki mieszkającej w Anglii od dwudziestu lat. Życie dziewczyny jest ustatkowane – jest żoną lekarza, pracuje jako tłumacz. Jej angielski mąż nie utrzymuje kontaktów z rodziną i dopiero w momencie śmierci teściowej Anna zagłębia się w tajemniczą historię tej rodziny, pokrytą warstwą kurzu panoszącego się w niesprzątanym od dawna domu. Mąż Anny postanawia sprzedać dom i nie mieć nic wspólnego z rodzinnym miasteczkiem, jego żona ma jednak inne plany. Zachwycona pięknem nadmorskiej miejscowości postanawia wyremontować dom i sprzedać go w nieco lepszym stanie, robiąc sobie tym samym wakacje od tłocznego Londynu. W międzyczasie dzwoni do niej przyjaciółka, z którą nie rozmawiała od lat, prosząc o pomoc w znalezieniu pracy dla jej syna i jego dziewczyny. Dwie dodatkowe pary rąk do pracy dodają motywacji. Młodzi przeżywają wakacyjną przygodę emigracyjną, Anna zaś odkrywa na nowo ducha młodości, zadającego znienacka pytania o miłości, spełnieniu, szczęściu, które to stają się powodem zaskakującego rozwoju wydarzeń.

Mamy tam rozstania, romanse, tragedie, rozkosz wakacyjnej przygody. Mamy piękne opisy angielskiej wsi i nadmorskiego wybrzeża. Trochę znanego wszystkim emigrantom rozdarcia między tym dawnym życiem tam, w Polsce, a tym nowym tutaj, na Wyspach. Kryzys wieku średniego i klimat beztroskiego lata. Trochę różnic kulturalnych w związku polsko-angielskim. Sporo nostalgii.

Książkę czyta się jednym tchem, opowieść jest bardzo lekka. Polecam do czytania przy leżakowaniu na plaży lub w ogródku. Ponoć ma jakieś drugie, głębokie dno, ja go niestety nie odkryłam. Nie jest to mój gatunek literacki i nie przeżywałam historii, jak przy swoich ulubionych tytułach. Mimo to polecam na leniwe popołudnie, w ramach rozrywki.

Jest w „Angielskim lecie” sporo Anglii i  jeszcze więcej lata, z całym jego urokiem.

90. Polskie księgarnie w UK

Wielu emigrantów podczas pobytu w Polsce po załatwieniu najważniejszych rzeczy kieruje swoje kroki prosto do… Empiku. Nic tak bowiem nie relaksuje jak wieczór w fotelu z książką w ręce. Książką w języku polskim, a więc w języku wyobraźni. Bo choć na codzień czytamy, piszemy, mówimy, słuchamy, przyjaźnimy się, a nawet zdarza nam się myśleć w języku angielskim, czytanie po polsku przenosi nas w inny świat. Najbardziej rozbudowane opisy dodają treści barw. Te po angielsku, przynajmniej dla mnie, zostawiają niedosyt. Opisy w języku obcym, choć wyszukane, zamiast relaksować, skupiają mnie na kombinowaniu co poeta miał na myśli, czasem sprawdzaniu słów. Muszę czytać ze skupieniem by nadążać za fabułą. W przypadku polskiej książki zwyczajnie płynę z treścią. Jestem w stanie wczuć się w opowiadaną mi historię. Na ratunek na obczyźnie przyszły mi księgarnie internetowe, których to potworzyło się ostatnimi czasy dość sporo. Łączy je pozytywna cecha – jak na Anglię przystało, większość książek to koszt zaledwie kilku funtów. Do dzieła więc:

1. Księgarnia Font

Jestem klientką Fonta od 2011 roku. Wielokrotnie zamawiałam u nich książki, zawsze byłam zadowolona. Widziałam w Internetach skargi, pod którymi się nie podpiszę, bo szczerze polecam Font. Mam za to radę dla nieufnych – korzystajcie z Paypal. Niezależnie od tego czy w grę wchodzi niewielka firma, kolos czy prywatny sprzedawca na Ebay – jeśli coś idzie nie tak, przedstawiciele Paypal odzyskają Wasze pieniądze. Co do samego Fonta, w sprzedaży mają też mleka w proszku dla niemowlaków, czasem pożądane a nie tak łatwo tu dostępne (te polskie rzecz jasna, innych jest mnóstwo), kosmetyki, zabawki, czasopisma.

2. Książka.co.uk – kolejna sprawdzona przezemnie księgarnia, której nie mam nic do zarzucenia. Warty uwagi jest spory zapas materiałów do nauki języków obcych, z naciskiem na język angielski, warto zajrzeć jeśli ktoś ma ochotę się podszkolić. Mają też wersje popularnych powieści napisane w angielskim na poziomie wciąż-uczącego-sie, fajny dodatek do kursów językowych, przyjemne z pożytecznym.

Z pozostałych nie korzystałam, ale w Internetach do wyboru są jeszcze:

3. Małe Czytanie – księgarnia poświęcona najmłodszym czytelnikom. Świetna sprawa!

4. Polbooks – można również wybrać się do otwartego przez 6 dni w tygodniu sklepu w Glasgow

5. Rewolucja

6. Tania Książka

7. Pasikonik

8. NetkaBook

9. Czarny Kot

10. Polska Księgarnia Internetowa

Nastały takie czasy emigracyjne, w których polskie książki same pukają do naszych drzwi, a jedyny problem to decyzja, którą wybrać. Ja mam wiecznie niekończącą się listę, a Wy? Co czytacie? Z których stron korzystacie i jakie macie doświadczenia? A może już na dobre porzuciliście książki drukowane?

27. Niemi sąsiedzi i spisek rzeczy martwych.

Wariackie obroty ostatecznie zwolniły. Mogę się wreszcie cieszyć dwoma dniami wolnego, przynajmniej do czasu, aż sobie nie dołożę więcej na własne życzenie (tak, kolejny kurs). Trochę to autodestrukcyjne, bo choć brzuch jeszcze nie taki wielki, zmęczenie odczuwam o wiele bardziej niż zwykle. Zwyczajnie padam, ale zawsze można przecież wziąść przykład z mieszkanek Francji i pocieszyć się darmowymi ćwiczeniami. To tak nawiązując do książki „Lekcje Madame Chic”. Lekka, w sam raz na popołudniową godzinkę tylko dla siebie. Według autorki mieszkanki Francji najczęściej zamiast taksówki, autobusu czy metra wybiorą spacer, dla utrzymania formy i dotlenienia, bez konieczności odwiedzania siłowni oraz odmawiania sobie tysiąca pysznych serów i wina. „Nie można pozwolić sobie na lenistwo” – mówi Madame Chic. Ok, fakt, odkąd uprawiam spinaczkę górską w ramach podróży przystanek-dom na wzgórzu, muszę przyznać, że czuję zakwasy na udach już drugi tydzień. Nie inaczej z bieganiem wokół szkoły przez pięć dni w tygodniu. Proszę jednak pani Chic, aby wyjaśniła to Lubemu, który wracając z pracy zastaje mnie chrapiącą i nie może się nadziwić, bo przecież „nie wróciłam z siłowni, tylko z pracy, w której przez większość dnia siedzę”.

Przeprowadzka oficjalnie zakończona. Po sąsiadach z piekła rodem mamy sąsiadów, którym ktoś wyłącza głos. Są całkiem mili i rozmowni, kiedy się ich spotka na ulicy w ciepły, słoneczny dzień. Ale kiedy znikają za drzwiami, miasteczko sprawia wrażenie wymarłego. Nie pomaga fakt, że każda z rodzin ma conajmniej jedno dziecko w wieku szkolnym. Po przekroczeniu progu domu dzieci też stają się niemowami. Albo to grube ściany robią kawał dobrej roboty, albo coś tu śmierdzi. Może w domach porozumiewają się na migi? Dowiem się. Dobrze, że mam kota, który lubi wydawać odgłosy zwierząt leśnych, np sowy. Wtedy wiem, że coś w tej okolicy jest żywe.

Urokiem i przekleństwem miasteczek jest to, że każdy każdego kojarzy conajmniej z widzenia, a sklepowi sprzedawcy nigdy nie zapominają, co składa się na Twoje zakupy.
A było to tak.

Odwiedziła nas Przyjaciółka. Zajechała do nas z dalekiej wioski na końcu Wyspy, jak jej się to zdarza średnio raz na dwa miesiące. Tym razem ugościliśmy ją w świeżo zagraconym Domu. Nasz błąd, że się z Domem jeszcze zbyt dobrze nie poznaliśmy. Okazał się bowiem średnio tolerancyjny dla gości.
Zaczęło się od tego, że po wizycie Przyjaciółki w łazience zapchał się kibel. Nazwałabym go ładniej, ale skoro jest wredny, będzie kiblem aż się poprawi. Proszę tu Przyjaciółki nie oskarżać o jedzenie fast-foodów – poszła się wysmarkać. Dom strzelił focha. W ramach próby ratowania sytuacji i zapoznawania się z krajobrazem, odbyłyśmy wycieczkę po lokalnych sklepach. Pech chciał, że produkt służący do przepychania obrażonych domów (zlewy, rury itd) dostępny był w sklepie, w którym sprzedawca uznawał mnie za dziwaka. To ze względu na proces rozglądania się pół godziny i wychodzenia jedynie z kocią karmą ( sorry gościu, sklepik obok jest o niebo tańszy).
-Patrz – mówię do przyjaciółki – jak zobaczy, że bierzemy trzy opakowania, to zaraz będzie wiedział, że zapchałyśmy kibel.
-Fakt, na zlew starczyłoby pół butelki.
Podchodzimy do kasy.
– Oooo, dziewczyny, czyżby zapchała się toaleta? – pyta rozbawiony sprzedawca.
– Wiedziałam, że to powiesz! – walę pięścią w blat i zerkam groźnie, podejrzewając go o spisek z Domem.
– To moja wina – dodaje Przyjaciółka skruszonym tonem, nie wiem po co, chyba żeby stanąć w obronie sprzedawcy. Wybuchamy śmiechem. Facet myśli przez moment, że skoro piątek wieczór, to przyszłyśmy już lekko wstawione, widzę to po jego minie. Sorry Winnetou, niektórzy mają tak na trzeźwo.
– Cóż, w każdym razie działa – dodaje rozbawiony. Przyjaciółka radzi, bym omijała jego sklep przez jakiś czas, inaczej będzie dopytywał jak tam moja toaleta z tym swoim bengalskim uśmiechem na ustach. Faceci z Bangladeszu mają zwyczaj żucia czegoś w ramach nałogu, co barwi ich usta na czerwono. Nie wnikałam nigdy w temat, więcej nie wiem, w każdym razie taki uśmiech sprawia wrażenie drwiącego ze mnie klauna. Tak czy inaczej, namiętnie odwiedzam tańszy sklepik 🙂

Dom nie przestał. Piekarnik odmówił posłuszeństwa (dzień wcześniej działał i upiekłam ciasto), więc próbowałyśmy użyć wbudowanego w kuchenkę mikrofalową grilla, która też dotąd działała bez zarzutu, ale akurat w dzień odwiedzin zrobiło się zwarcie i zadymiłyśmy cały Dom. W rezultacie włączył się alarm przeciwpożarowy i pomogło dopiero wyjęcie baterii, czego dokonałam stojąc jedną nogą na blacie a drugą na kaloryferze (kuchnia jest wąska a alarm na środku sufitu), trzymana przez Przyjaciółkę w pasie, na wypadek próby samobójczej lub aborcyjnej. Skończyło się na jedzeniu na wynos. Wtedy ze względu na burzę posłuszeństwa odmówił sygnał telewizyjny (What The Hell?!). Skończyło się na filmie bollywoodzkim, świetnym swoją drogą. „My name is Khan and I’m not a Terrorist”, mówił Shahrukh Khan. „My name is Dom and yes, I am a Terrorist” – przedrzeźniał go Dom chichocząc.
Nazajutrz Przyjaciółka wyjechała. Dom odetchnął. Czy muszę dodawać, że w godzinę po jej wyjeździe działało już wszystko – od ubikacji (awans z kibla za dobre zachowanie) przez piekarnik i kuchenkę, po telewizor?
Ten Dom trzeba jakoś oswoić, tak być nie może.

17. Cygan to Cygan.

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Lidii Ostałowskiej pt „Cygan to Cygan”. Przeczytałam ją z kilku powodów. Jednym z nich było to, że jest to jedna z niewielu książek pokazujących jak żyją Cyganie, a że sama noszę się z zamiarem napisania takowej (albo raczej: dokończenia – słomiany zapał z reguły mi nie odpuszcza, tu nie było wyjątku) i upublicznienia conajmniej w formie bloga, pomyślałam, że zerknę na to, co już jest wydane, żeby podkreślić to, czego jeszcze nie ma. Wychowałam się między Cyganami, ludzie ci zostawili raczej mało fascynujący obraz w mojej pamięci, a nie chcę oceniać milionów przez pryzmat zachowań grupy kilkusdziesięciu, z konkretnego klanu. Moja matka jako wielka ich miłośniczka upiera się, że tak nie wolno. Jedna psychiczna rodzina nie świadczy o całości. Pomyślałam więc, że może się z tej książki czegoś nauczę. Kolejną rzeczą były jej recenzje. „Rewelacyjne opowieści”, mówili. „Barwne życie cygańskie opisane bez ukrywania czegokolwiek”. Ja za to popiszę się pod recenzją Ewy Wołkanowskiej-Kołodziej, głoszącą : ” (…) książka, która skazuje mnie na dalsze trwanie w sprzecznościach. I na przemian tych bohaterów lubię, szanuję, mam ochotę udusić, gardzę nimi, wzruszają mnie, chcę się o nich bić i iść z transparentem pod Sejm. Pocieszające jedynie jest to, że pewnie Cyganie są tak samo bezradni wobec mnie, jak ja wobec nich. ” Z tym, że jej słowa dotyczą bohaterów książki, a w moim użyciu oznaczałyby wszystkich Cyganów, których w życiu spotkałam. Sama książka mnie nie zachwyciła, bo nie zaskoczyła, choć czytało się lekko. W sumie fajnie było się dowiedzieć historii rodu Balog, z którego to młodymi przedstawicielami miałam doczynienia w szkole. I o istnieniu Cyganów wyznających Islam, to była dla mnie prawdziwa niespodzianka.

Dziś chciałabym jednak napisać o nich w kontekście ich pobytu w Anglii. Podobno jest ich około 300.000, ale ja bym się pokusiła o stwierdzenie, że jest ich tylu, ilu jest np Polaków. Anglicy mają bowiem słabą wiedzę o Cyganach, zresztą, nawet jeśli widzisz, że to Cygan, w paszporcie pisze : Polak, Słowak, Czech, Rumun. Za takich więc uchodzą. Jest to niestety bardzo krzywdzące dla samych Rumunów, bowiem kilka ostatnich miesięcy upłynęło na medialnej nagonce pt „Coraz więcej Rumunów zjeżdża na Wyspy, od stycznia oczekujemy dziesiątek tysięcy pędzących po zasiłki”. A na zdjęciu załączonym do artykułu zawsze grupa Cyganów mieszkających z torbami w miejskim parku albo w dwudziestu w trzypokojowym domu. Osoba pochodząca z Rumunii jest określana w języku angielskim jako Romanian, tak samo określa się Romów. Nie mają na to osobnych słów. Jest jeszcze słowo Cygan (Gipsy/Gypsy) ale i ono jest niepewne, odnosi się też bowiem do Cyganów angielskich (o nich innym razem), a jedyne co mają wspólnego ze znanymi nam Cyganami to brak stałego miejsca zamieszkania, niekontrolowane przemieszczanie się i życie w przyczepach. Wracając do Rumunów, spotkałam kiedyś jednego i ściemniał, że jest z Chorwacji. Po kilku dniach przyznał się, że z Rumunii, ale bał się że gdy to powie, zaczniemy sprawdzać kieszenie czy nam aby czego nie zwinął. Smutne.

Cyganie mają trochę przerąbane, bądźmy szczerzy. Wykopano ich z Indii kilkaset lat temu i próbują się wtopić w życie różnych krajów. Że ich wykopano, to moja osobista teoria niepoparta niczym poza wyobraźnią. A jednak pomyślmy : Hindusi z Indii nigdzie nie poszli, Pakistańczycy to też Hindusi, odłączyli się, ale pozostali na tej samej ziemi, to czemu Cyganie zawędrowali aż do Europy i Ameryki? Przypuszczam, że była to grupa ludzi, która albo wszystkich wokół okradała, albo nastraszyła czarną magią i klątwami, tak czy inaczej ludzie się wkurzyli i kazali im odejść. A może palono ich jak czarownice i sami uciekli. Coś mi tam nie gra, coś było na rzeczy. Wracając do ich próby wtopienia się, tak, wiem: większość powie – wcale nie. Tworzą getta i gardzą wszystkimi wokół. Prawda leży po środku, nie będę nikogo oczyszczała z zarzutów, bo mają one swoje podstawy, a jednak warto spojrzeć też z nieco innej strony. Cygan zżywa się z krajem, w którym dorastał, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi. Wiele razy słyszałam opowieści, jak im tęskno za Polską, bo tam ich dom stoi pusty. Spotkałam ich nieraz w magazynach na produkcji, wielu mówiło że odkłada co może i wraca na Słowację, za rok, może dwa. Nie będę wnikać w ich styl życia, co będą tam robić, tak samo jak nie wnikam w to, co robić będą wracający do kraju Polacy i Słowacy. Nie moja kieszeń, nie mój interes. Chodzi o sam fakt zwykłej, ludzkiej tęsknoty, przywiązania. Druga sprawa to ich porozumienie z otoczeniem. Walka biały vs ciemny trwa od wieków i nieprędko minie. W Europie nie lubi się Cyganów, bo są ciemni. Jasne, można ich nie lubić, bo np są nieuczciwi. Ale Polaka, który kradnie, nazwiemy złodziejem, Cygana brudasem. A nawet jeśli uczciwie pracują, a zdarza się, to i tak się krzywo patrzy. I to nie tylko u nas, w Anglii też. I Ameryce. Prawo wymaga szacunku. Nazwiesz Hindusa ciapatym albo Afrykańczyka czarnym i zostajesz pozwany. Tylko to zamyka ludziom buzie. To nie znaczy, że cała Wielka Brytania lub całe USA ich kocha, nawet jeśli nie kradną i nie rzucają uroków. Na całym świecie znajdą się ludzie, którzy ich nienawidzą, „bo śmierdzą” i tacy, których fascynuje ich kultura, kuchnia itd. Nie ma znaczenia w tym wypadku, czy mówimy o Cyganach czy Hindusach, czy o kimkolwiek innym. Na jedno wychodzi, pomimo różnic w sposobie życia. Są getta tworzone przez różne narodowości w różnych krajach i z reguły mniejszości te będąc w kupie pokazują, że siebie nawzajem szanują pierwszorzędnie, potem resztę. Taki jest świat i takim pozostanie.

W Polsce podział jest prosty : jeśli ktoś ma ciemną karnację i dziwne imię albo jedne z kilku do porzygania powtarzających się nazwisk, jest Cyganem. W Anglii już niekoniecznie. Tu dziwne imiona nie istnieją, karnacja niczego nie mówi, a Anglicy nie wiedzą, że tak nie jest wszędzie. Przykładowo, zaczęłam dwa tygodnie temu lekcje z jednym z cygańskich dzieci. Ćwiczyliśmy pisanie wypracowań. Było to sprawozdanie z wycieczki, na której byli tydzień wcześniej, więc żeby śmy cokolwiek napisali, próbowałam od chłopca wyciągnąć trochę informacji na temat tego co robili, co mu się podobało itd. Tak się biedny zablokował, że nic nie szło. Widać, że chce powiedzieć, ale nie daje rady. Naszła mnie myśl, że może po polsku nie mówi, nawet jeśli się tam urodził. Zaczęłam pytać o to samo po angielsku i jakoś się dogadaliśmy. Ma wiele do nadrobienia, ale przynajmniej jest w stanie wyrazić to, co myśli, co nie udało się w języku ponoć ojczystym. Po lekcji woła mnie dyrektor. – Jak się dogadaliście? – Po angielsku – odpowiadam – co mnie cieszy i dziwi. – Fakt – odpowiada Michael – zauważyliśmy, że jak tu zaczął, to jego angielski i polski były tak samo marne. Chyba powinniśmy cię uprzedzić, ale daliście radę, to dobrze. Zastanawia mnie jednak czemu po polsku nie mówi? – Bo to są Cyganie. Kilka dni temu rozmawiałam z jego ojcem przez telefon na temat bójki, w jaką mały się wdał. Po nazwisku i sposobie mówienia domyśliłam się, że są Cyganami. – No to po jakiemu mówią w domu? – nadal się dziwi. – Po cygańsku, Michael, następnym razem zawołaj kogoś kto mówi w Urdu, prędzej się dogadają – żartuję. Nic nie wiedzą o Cyganach, choć mają ich w szkole całkiem sporo, głównie słowackich. Podobny szok, dyrektor mnie wypytuje o J. i A., których uczyłam, a którzy zniknęli na dwa tygodnie przed testem szóstoklasisty. – Mówili ci coś? – Gdyby mówili, to bym zgłosiła. Ale jakoś mnie to nie dziwi. – Bo? – Bo większość z nich nie uważa edukacji swoich dzieci za ważniejszą od tego, co im się akurat opłaca. Było zgłoszone, że mieli kłopoty z właścicielem mieszkania. Trzy domy, które wynajmowali, stoją puste, bez mebla czy żarówki, tak mówiła Kate. Pojechali pewnie do innego miasta. – Ale mówili, że pojechali na Słowację bo umarł im dziadek. – A tydzień później, że dziadek jest chory, to co, zmartwychwstał? – śmieję się. Zostaję szkolnym specem od Cyganów, nie ma co. Za trzecim razem jednak dyrektor powala mnie na łopatki. – A ty po cygańsku to może nie mówisz? – Nie. [ Jeszcze czego!!] – Mamy tu dwoje nowych, ale dają radę po angielsku. Przyjechali z Kanady. – To dobrze. – Nie, ty mi powiedz po co z Kanady do Anglii? Ja bym tam został. – Może coś nabroili i ich deportowano. – Ja chyba potrzebuję jakiegoś poradnika. Bo takie zakładanie zawsze złej wersji jest chyba, jak oni to mówią, niepoprawne politycznie?
Cóż, nie widzenie prawdy też jest niepoprawne, okulistycznie tym razem. Ja nie oceniam przez stereotypy, a przez fakty, przez sytuacje zdarzające się notorycznie. Nie krzyczę, że ktoś jest złodziejem, dopóki mnie nie okradnie, a jednak biorę pod uwagę sytuacje, z którymi się spotkałam. To też mogłoby być krzywdzące, ktoś mógłby być przecież niewinny, wcale nie zostać deportowanym a np woleć mieszkać bliżej rodziny, bo łatwiej do Polski czy Słowacji dostać się z UK niż z Kanady. Ale ja nie mam złych chęci. Staram się zrozumieć tok myślenia i działania. Metodą prawdopodobieństwa.

Spotkałam złych i takich, co byli fajni, warto jednak podkreślić, że ci na Wyspach jadą po bandzie, nie trzymają się swojego kodeksu wobec siebie nawzajem, brat z siostrą wojuje o pięć funtów. Co nie znaczy, że wszyscy na calutkim świecie będą tacy sami. Bo nie będą. Za to bardzo się cieszę, że mogę pracować z cygańskimi dziećmi. Są przesympatyczne, nigdy nie miałam z nimi kłopotów, co więcej, potrzebują dużo uwagi, ale każda pochwała bardzo je motywuje. Starają się, a jak dostają nagrody w szkole, to w domu uchodzą za geniuszy. Tyle sie nasłuchają pochwał od wszelkich ciotek-klotek, setki wujków, że tacy są zdolni, że na ich miejscu też bym się starała. No i oczywiście, to ja najbardziej opłakuję porzucenie naszej szkoły przez J. i A. Ale mi w tej klasie pusto bez nich!

Tak więc, moja opinia jest dość sprzeczna. Szanuję ich, jak wszystkich, ale jestem nieufna. Lubię uczyć ich dzieci, ale wkurzają mnie głupoty w ich zachowaniu (jak np rzucanie szkoły). Cieszę się, kiedy mają przyjazny kontakt z otoczeniem, wkurza mnie, kiedy go nie mają. Pomagam, kiedy któryś o to prosi, nie lubię, gdy się wywyższają. Jedni są sympatyczni, innych mogłabym podusić. Jak wszędzie. Jednakże, należy podkreślić ważny fakt, który zniekształcają media. Tak, są Cyganie, którzy biorą zasiłki. A cała masa pracuje w magazynach i w innych pracach, ogółem – pracuje. Jeśli facet pracuje, a kobieta nie, dochód jest niski i dostają jakieś tam dopłaty, które się – uwaga – należą. Więc wygląda to identycznie jak model większości rodzin Azjatów! Ojciec pracuje, matka wychowuje gromadę dzieci. To nie tak, że wszyscy doją państwo, bo tłukli się stadami razem ze mną po agencjach i magazynach. Więc praca plus dodatki, zasiłki, wygląda w ich przypadku dokładnie tak samo, jak w przypadku wielu Polaków, Anglików, ogółem wszystkich. Państwo jest w kryzysie i jest mało pracy, to wymyślają w gazetach bzdury. Przecież jak ludzie będą tu dyskryminowani i nienawidzeni, to chętniej się wyniosą, a miejsca mało, nie? Telewizja kłamie, wiem to od dzieciństwa. Ale Internet i gazety też. Łatwo jest krzyczeć : przybysze z Europy Wschodniej zabierają angielskie podatki w zasiłkach. Ale to, ile tych podatków wnoszą, w odróżnieniu od np większości afrykańskich uchodźców wojennych, którzy ściągają tu całe rodziny a do pracy nie ma komu, to już jest pomijane. Taki świat, warto mieć otwarte oczy, myśleć i oceniać samemu. Być trochę do przodu niż masy ludzi zbyt zajętych, by to zrobić.