177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

172. Wzgórza mają oczy

img_5658Kasia i Nieznajomy wybrali się na romantyczny spacer o zachodzie słońca. Korzystając z uroków yorkiszowskiej flory, udali się na okoliczne strome wzgórza, które to nie tylko miały oczy, ale i wiele kamiennych schodków, każdy w innym rozmiarze i ułożony w innym kierunku, by na szczycie samym uraczyć ławeczką z widokiem na dolinkę. Romantyczny zew natury, ma się rozumieć. Być może nie wypada wspomnieć, że Kasia zasuwała tam w szpilkach, ale to ja tu jestem narratorem, więc dowiecie się nieco więcej, niż sama ofiara wzgórz by sobie tego życzyła. Było ich zatem dwoje, cisza i spokój odczuwalne w tym miejscu sprzyjałyby medytacji. Gołąbki rozmawiały podziwiając zachód słońca, potem już tylko światełka z domostw, ledwo widoczne zza delikatnej mgły otulającej powoli i niepozornie dolinę pod ich stopami. Tak, był to rodzaj klifu, a przynajmniej tak lubię to urwisko nazywać, krok i latasz. Dosłownie.

Młoda para zdecydowała, że widok czarnej doliny i miliona drobnych światełek porusza ich dusze tak bardzo, iż pragną zobaczyć je z jeszcze większej wysokości. Zdobyli więc kolejny szczyt, jeszcze wyższy, nadal w szpilkach, po ciemku i z poczuciem, że jeden nieodpowiedni krok zatraci ich w czeluściach beznadziei. Przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Towarzysz, niczym prawdziwy dżentelmen, puścił naszą Kasię przodem, co by ją w razie czego łapać, wszak owe genialne pomysły były oczywiście jej. Szła więc w ciemno i przed siebie, podekscytowana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez kilkanaście minut spaceru. Do momentu, kiedy przy samym szczycie, jej twarz poczuła nagle ciepły i śmierdzący oddech, a Kasia niemalże zderzyła się z tajemniczym futrzastym potworem. ‚Cholera, niedźwiedź’ – pomyślała i to też próbowała przekazać Towarzyszowi stojącemu kilka stopni niżej. Swoim angielskim. ‚Beer’ – szepnęła. ‚Piwo? Skąd ja ci tu teraz wezmę piwo kobieto?’ – oburzył się. ‚Nie piwo! Beer, zwierzę…’ – nim zdążyli się dogadadać, postanowiła chociaż spojrzeć śmierci w oczy i poświeciła telefonem prosto w twarz bestii. Przed nią, a raczej czoło w czoło, a jeszcze ściślej czoło w rogi, stał baran. Lepsze to niż niedźwiedź, choć i tak nie idealnie. To nie z baranem chciała się całować tej nocy, pozatym baran ma wspomniane już rogi, a wystrzelenie w przepaść nie należało do planów samobójczych ani Kasi, ani też jej Towarzysza. ‚Uciekamy’ – stwierdziła, po czym w komicznym zwolnionym tępie pospieszyli przez strome schodki, w stronę samochodu. Na obcasach, w długiej sukni, z telefonową latarką w ręku i z baranem za plecami, który to postanowił się nawrócić i najspokojniej w świecie podążać w stronę światła. Kaś jego pasterzem, nie było mu brak niczego.

W międzyczasie na parking pod wzgórzem podjechały dwa samochody brytyjskiej poimprezowej młodzieży, pełne młodych i podpitych, ewentualnie pod wpływem marihuany, chłopaków. Coś tam się wykłócali, wykrzykując to i owo od samochodu do samochodu. Nagle zamarli. Ze wzgórza, w ciemnościach, wolno i majestatycznie posuwała się drobna postać kobiety w długiej sukni, a za nią baran. Wokół postaci roztaczała się dziwna poświata. Sunęła powoli, ale w ich kierunku, a zwierzę posłusznie i w ciszy za nią. Zemsta ducha pasterki?! ‚Shit!’ – wykrzyknął jeden z chłopaków, wskazując palcem na zjawę. Poświecili telefonową latarką i ujrzeli poważną, bladą twarz, choć wciąż w oddali. Stali tak, w kompletnej ciszy, z dobrą minutę, obserwując sunącą w ich kierunku duszę.

Kolejną rzeczą, którą usłyszeli Kasia i Towarzysz, były piski opon dwóch samochodów i cisza, raz po raz przerywana nieśmiałym beczeniem barana, poraz drugi zgubionego tej nocy w ciemnościach. Teraz poza nimi była tu tylko ciemność, wzgórza i milczenie owiec. I dużo śmiechu, na który odważyli się dopiero w samochodzie.

77. Siostry Waleczne Serce.

imageNiedawno, niedawno temu, za conajmniej siedmioma autostradami, mieszkały sobie Trzy Siostry. Jedna jadła żaby, druga płaciła daninę Królowej, trzecia tańczyła w kolejce do kibelka, przeskakując z nóżki na nóżkę w swoim zielonym kapeluszu. Francja, Anglia i Irlandia zamieszkiwane były kolejno przez Siostrę Polonistkę, Siostrę Aktywistkę i Siostrę Chorągiewkę. Poza więzami krwi łączyła ich również miłość do swojej małej śląskiej ojczyzny, choć nieświadome owej miłości żyły każda swoim życiem, równolegle, na innych obczyznach.

Nastały ciężkie politycznie czasy, w których rząd żydowski spod syrenkowej flagi poniżył Ślązaków jeszcze bardziej niż zwykle, próbując skazać ich na śmierć głodową. Nie tak cichy sabotaż odbił się echem po kraju i nastały czasy protestu, o jakim Polska nie słyszała od dawna – ludzie wyszli na ulice.

Siostra Aktywistka spod królewskiej flagi ubolewała nad tym, że nie łączy się z Ślązakami na Czarnej Ziemi. Nie pozostawała jednak bezczynna. Jeśli ktoś mógłby dać przykład jak przeprowadzić rewolucję śląską przez Internet, byłaby to ona. Zaczęło się niewinnie.

– Jak zacznie się dymić i palić, zostawiam tu dziecko i pędzę bronić mojej śląskiej ziemi, w słusznej sprawie! – rzekła pocztą fejsbukową do swoich sióstr.

– Nonsens – odparła Siosta Polonistka, która choć wróciła do niemieckiego nazwiska przodków spolszczonego niegdyś przez Wojowników Syrenki, nie czuła ni nuty patriotyzmu śląskiego. – Niech sobie robią co chcą, żyję tu, mam francuskie problemy i szukam kiecki na wesele. Ty się lepiej córką zajmij, pracą albo męża znajdź jak ci się nudzi – pouczyła Siostrę Aktywistkę. Po ostrej wymianie zdań, Aktywistka działała nadal, stwierdzając że siostra jej nie rozumie.

– Nonsens – odparła Siostra Chorągiewka, która zamiast nuty patriotyzmu śląskiego słyszała w głowie raczej irlandzkie śpiewy. – Niech sobie robią co chcą, żyję tu, mam irlandzkie problemy, rudawe włosy, Irlandki mają mnie za swoją. Niewiele mam wspólnego z krainą przodków, wszak inteligencja mojego pokroju wyjechała na obczyzny i została tam sama patologia. Ty się lepiej córką zajmij, pracą albo męża znajdź jak ci się nudzi – pouczyła Siostrę Aktywistkę. Po ostrej wymianie zdań, Aktywistka działała nadal, stwierdzając że siostra jej nie rozumie.

W samotności działała niczym przywódca podziemnej armii, zawiedziona krytyką sióstr. Prowadziła Internetowe Przemówienia, tłumacząc problemy Śląska od środka ludziom, którzy choć nie byli w stanie wskazać Śląska na mapie, głosili swoją wszechwiedzę o zaistniałej sytuacji. Bombardowała fejsbukową ścianę dwadzieściacztery na dobę kolejnymi nagraniami rewolucji śląskiej. Motywowała listownie kibiców śmiertelnie wrogich sobie drużyn celem zjednoczenia ich w walce. Pochwalała znajomego piekarza dokarmiającego protestujących ludzi, w obozowisku, które rozbili w Rudzie Śląskiej. Każdy śpiew, każda demonstracja, prowadzona zgodnie ramie w ramię napawała ją dumą, łzami wzruszenia. Oto moi rodacy walczą o moją ziemię, jakże szlachetne to uczucie! Polska bez Śląska! – śpiewali chórem kibice Ruchu Chorzów, wszak śpiewacy z nich wyborni nie od dziś. Aż chciałoby się śpiewać razem z nimi, jak nigdy przedtem!

Kilka dni później otrzymała raport od Siostry Polonistki. – Siostro! Nie wytrzymam tego dłużej! Tych bzdur spod syrenkowej flagi, tych idiotyzmów które głoszą o nas, Ślązakach, tych wyzwisk i chamstwa! Wybierzesz się na Czarny Ląd, pokazać im gdzie ich miejsce, jadę z Tobą! Nienawidzę goroli!

Niedługo później na ścianie fejsbukowej Siostry Chorągiewki zawisło grozą wiejące stosowne oświadczenie. Że jej wstyd za Polaków, za ich gburstwo i grubiaństwo, że przeprasza górników za tą Polskę, tych wrogów od lat niezmiennych spod znaku syrenki, za ten brak szacunku dla ludzi ciężkiej pracy. – Miałaś się nie udzielać politycznie – rzekła Siostra Aktywistka z przekorą. – Nie wytrzymałam siostro! Żałuj że cię tu nie ma, bo miałybyśmy dziś na ścianie skórę z gorola! Mąż koleżanki nazwał mnie śląską patologią, nieukiem, niewykształconym Hanysem! Co za głupi ludzie!

Trzy Siostry, zjednoczone ostatecznie w walce, jak zawsze zresztą, ogarnęła radość niedługo później, gdy kopalnie nierentowne stały się rentownymi w przeciągu kilku godzin, po wyjęciu ich ze skarbca Ali Baby. Ogarnęła je radość zwycięstwa górników, zasłużonego zwycięstwa. Kto nigdy nie drżał o powrót bliskiego spod ziemi, nie otarł się o śmierć tylko po to by z niego drwiono, kto nigdy nie cierpiał z powodu antyśląskiego podejścia otoczenia, spolszczonych tożsamości, deptanej gwary, kto nigdy nie czuł jak ciężko jest w Polsce być Ślązakiem, nie zrozumie czym ta sytuacja jest dla Śląska. Siostry zrozumiały, poraz kolejny poniżone ze względu na swoje pochodzenie, poraz kolejny atakowane stekiem bzdur z ust ludzi, którzy nie mają pojęcia o historii, zszarganej dumie.

Siostra Aktywistka działa nadal, przemawia prostując myślenie społeczeństwa. Odbija sobie znienawidzone w dzieciństwie kolonie, gdy była „Szwabem”, nie koleżanką, była gorsza bo była „Hanyską”, „Ślązarą”. Nienawidziła kolonii z gorolami. Przyszła pora za to zapłacić!

***

Powyższa historia jest prawdziwa i rozegrała się w przeciągu ostatniego tygodnia. Anonimowość sióstr zachowana celowo. Wspieram górników i Śląsk w walce o swoją tak usilnie deptaną dumę. Komu się nie podoba, ten gorol!

61. Straszne opowieści.

 Jako że wszyscy wokół piszą o Halloween, przypomniała mi się pewna historia. Nie było to w Halloween, ale było też jesienią, a jak wszyscy wiedzą, jesienią straszą zmarli, bo im nie sprzątamy przez rok cały, dlatego trzeba im palić świeczki na grobach dla załagodzenia konfliktu, jesienią czarownice mają swój Szabat, jesienią można na ulicy spotkać kościotrupa proszącego o cukierki i w ogóle jesień jest straszna. To właśnie dlatego całą jesień chciałoby się spędzić z czekoladą pod kocem.

Mieszkaliśmy wszyscy na tej samej ulicy, w sumie wynajmowaliśmy trzy domy. W jednym mieszkałam ja, Kasia i Gabi, w drugim Rodzinka nr 1, w trzecim Rodzinka nr 2. Rodzinka pierwsza mieszkała dokładnie naprzeciw nas, druga na początku ulicy.

Był ciepły jak na angielskie możliwości jesienny wieczór. Siedziałam sobie w domu Rodzinki Pierwszej. Zainstalowali w kącie sypialni piękną choinkę, ogromną. Piliśmy herbatę opowiadając głupoty, jak zwykle zresztą. Żonka z Rodzinki nr 1, bardzo przesądna, miała jakiś duchowy napad. Najpierw zaczęła opowiadać o tym, jak była świadkiem przedstawienia Davida Copperfielda. Jaki to on diabeł i różne takie. Mimo jej ogromnego przejęcia nabijaliśmy się z niej, jak zwykle zresztą. Wtedy postanowiła podkręcić klimat by udowodnić swoją rację, jak zwykle zresztą. Dodała do tego opowieść o pobycie w hotelu, w którym straszyło. Właściciel jej się przyznał, że gość się kiedyś powiesił w pokoju na pierwszym piętrze, kiedy go przycisnęła pod ścianę (a ciałko i pięść to miała wystarczająco silne, żeby się bał), aby wyjaśnił gasnący i włączający się telewizor pomimo wyjęcia wtyczki z kontaktu. Nadal się z niej nabijaliśmy, kiedy z hukiem otworzyły się drzwi.
Nie, nie był to Duch Powieszonego z hotelu, Coppierfield ani nawet czarownica. Choć to ostatnie, to prawie. W drzwiach stanęła Kasia, rozkosmana, blada i z Maryjką w ręku. Maryjka była wypełniona wodą święconą i należała do Dziadka Rodziny nr 2.
-?????? – gapiło się towarzystwo czekając na wyjaśnienia. Pokosmana i blada to jeszcze, ale ta Maryjka to nie w jej stylu.
– Ja cię zabiję! Zostawiłaś mnie tam samą! – zwróciła się do mnie.
– No i? Miałaś brać relaksującą kąpiel stulecia, to co, za rękę mam cię trzymać?
– Powiedz że byłaś przed chwilą w domu.
– Nie … ?
– A Gabi?
– Przecież wiesz, że imprezuje.
– Siedzę sobie w wannie i ktoś idzie po schodach, na górę, do twojego pokoju, skrzypią schody, nie miałam schizów. Wołam po imieniu, nic. Wyskakuję z wanny, na górze nikogo nie ma. Biegam po całym domu, a tam nic! Chodź ze mną sprawdzić piwnicę, bo sama się boję.
Stanął za nią podekscytowany Mąż z Rodziny nr 2 i jego Kumpel z Pracy. Kumpel z Pracy zrobił oczy jak pięć złotych, wcześniej popili, a teraz robili się bielutcy na twarzy słuchając jej opowieści.
– Oni z tobą pójdą – wskazałam na przybyszy, nadal nabijając się, tym razem z Kasi.
– No chyba nie – odparli zgodnie panowie. Już, już mieliśmy się zacząć przegadywać, kiedy zgasło światło. Winilibyśmy prąd na doładowanie lub wybite korki, ale… drzewko świąteczne świeciło w najlepsze. I telewizor. Gdyby nie było ciemno, powiedziałabym, że teraz wszyscy byli już bladzi. Żona Rodziny nr 1 rzekła do swojego Męża, możebyś luby zszedł do piwnicy zobaczyć korki? Pan Domu pokręcił głową, nie pójdzie. Rozpoczęła się kłótnia, wszyscy się bali. Ostatecznie Mąż Rodziny nr 2 i Kumpel z Pracy poszli, wyłączyli, włączyli, wrzasnęli (w piwnicy były dwie myszy) i wrócili.
Wy i wasze duchy – rzekł śmiejąc się Kumpel z Pracy, kiedy to spojrzał na drugą stronę ulicy, na nasz dom, a tam …
– Ktoś jest u ciebie w domu? – zwrócił się do Kasi.
– Nie… ?
– Światło się zapala i gaśnie… – odpowiedział przerażony.
– Daj spokój, żarówka jest na wykończeniu – rzuciłam lekko już wkurzona, kiedy mój wzrok powędrował na Maryjkę w ręku Kaśki, gotowej do boju, jak gdyby była mieczem samuraja. Zaczęliśmy się śmiać. Kumpel z Pracy też, przez łzy niemalże:
– Ja pierd*lę, w co wy mnie wkręcacie!

Kogoś tam zmuszono by poszedł z Kaśką i Maryjką sprawdzić od piwnicy po strych. Nikogo tam nie było. Żona z Rodziny nr 1, ta od opowieści o duchach, chciała wpaść podyskutować jeszcze trochę wieczorem, ale napadł ją siedzący na naszym płocie nie nasz kot. Ponoć czarny, tego nie wiem. Ale podrapał jej policzek. Już do nas nie zaszła przez najbliższy tydzień. Kumpel z Pracy z jakiegoś ciekawego powodu nigdy więcej nie wpadł w odwiedziny…

…a jakie Wy macie wspomnienia z jesiennych wieczorów?  🙂

51. bLONDYNka.

5707888092_30ca44e0b4_oPewnego dnia Kasia pojechała do Londynu, aby odebrać nowy paszport. Jej angielski jest kiepski, jak już wiemy z wpisu nr 44, więc wyprawa kosztowała ją wiele stresu.

Pozrzędziła, ponarzekała i pojechała w towarzystwie swojej Koleżanki, również umysłowej blond. Umysłowej, podkreślam, aby uświadomić różnicę w znaczeniu – blondynka umysłowa to kobieta żywcem wyciągnięta z kawałów o blondynkach niezależnie od tego, co ma na głowie. Jak wiadomo, mamy inteligentne blondynki, ale też i czarnowłose blondynki umysłowe. Muszę się przyznać, że niestety zdarza mi się czasem być jedną z nich. Ale dziś nie o mnie.

Kasia pomimo zżerających ją nerwów wypięła dumnie pierś, powiększoną o dwa rozmiary głębokim wdechem na uspokojenie i wmaszerowała dzielnie na teren ambasady. Zrobiła maślane oczy do ochroniarza i zaczęła się produkować w swoim – ulubionym rzecz jasna – języku angielskim:

-Ja… paszport… brać… nowy… dzisiaj…
Ochroniarz przysłuchiwał się z wyrozumiałością, uniesioną brwią i delikatnym uśmiechem. ‚Coś głupkowatego ma w tej minie’ – pomyślała. Drugi stanął obok z podobną miną i przysłuchiwał się rozmowie.
-Ja…dzisiaj…brać…paszport? – powtórzyła cicho i niepewnie. I nagle grom z jasnego nieba oświecił jej czuprynę, niekoniecznie tak blond jak można by się spodziewać.
-Aaa! – wykrzyknęła – Po co ja się produkuję, skoro to jest polska ambasada!
-Tędy proszę – odparł ochroniarz wskazująć jej kierunek z szerokim uśmiechem. Kasia ruszyła we wskazanym kierunku aby jak najszybciej zniknąć z pola widzenia. Towarzyszka jej podróży przyspieszyła, by za nią nadążyć i dodała blondu sytuacji:
– Ej, stara, a to tu się mówi po polsku? – na spojrzenie Kasi usprawiedliwiła się tylko – No co, ja to tam nigdy nie byłam w żadnej ambasadzie.

Czekają aż zawoła je pani w okienku. Siedzą, zresztą nie tylko one, ale kolejka wciąż zdaje się obowiązywać. Przynajmniej do czasu, kiedy zjawia się pewien pan i bezczelnie staje im przed nosem, przesuwając się do przodu przy każdej możliwej okazji.
– Zobacz tego, kulturą to on nie grzeszy – rzuciła Kasia swobodnie, przyzwyczajona że w tym ponurym kraju można w urzędach mówić co się chce i i tak nikt nie zrozumie.
– Ciiii Kaśka…. – upomina ją Koleżanka, zmierzona już wzrokiem pełnym pogardy.
– W cholerę z tą polską ambasadą – mruczy Kasia i zaczynają chichotać. Druga wpadka od dziesięciu minut.

Nadchodzi upragniony moment wyjścia z Przeklętego Budynku. Pan Ochroniarz i Kolega machają do Kasi z drugiego końca hali wołając radośnie „Do widzenia pani! Miłego dnia!”. Kasia odwzajemnie i uśmiech i pożegnanie, rozumiejąc, że gdyby nie ona, pewnie przeżyliby kolejny przenudny dzień w pracy. Zapędza się i o mało nie zostawia na szklanych drzwiach odbicia swojego nosa, odskakuje w ostatnim momencie. Chichocząc poraz kolejny sięga ręką do klamki, której tam nie ma.
-To pewnie automatyczne drzwi, jakieś kuloodporne czy coś – podsuwa koleżanka.
Cofnęły się więc o krok. Czekają, czekają, czekają… Drzwi ani rusz.
– Mam go poprosić żeby je otworzył? Zobacz, już tu leci, skoro ma ubaw to niech się chociaż przyda – pyta ją Kasia nie przestając chichotać.
Ochroniarza wyprzedził Miły Pan, najwyraźniej zrobiło mu się szkoda dwóch blondynek, które utknęły w złośliwym budynku ambasady.
– Proszę – powiedział, a drzwi rozsunęły się, jak gdyby wypowiedział magiczne zaklęcie. Kasia podziękowała i zerknęła na jego dłoń spoczywającą na przycisku odpowiedzialnym za otwieranie drzwi od zewnątrz. Zrozumiała, że nie było w tym żadnej magii i wyfrunęła z budynku z prędkością, dzięki której nietrudno byłoby ją posądzić o teleportację.

– Jak tam, pozałatwiałaś wszystko? – dzwonię niedługo później.
– NIGDY więcej nie jadę do żadnej cholernej ambasady! – stwierdza, jak gdybym to ja była winna przedawnieniu paszportu.
Piip. Piip. Piip.

Przynajmniej jest co wspominać – mówimy. Ja, dziewczyny i ochroniarze z ambasady. 🙂

44. Mrożony Andrzej.

Andrzej pracował w restauracji azjatyckiej. Jego angielski był zerowy, ale chłopak miał dwie ręce i chęci do pracy, toteż pracował na kuchni. Kasia również pracowała na tej samej kuchni, dzięki dwóm rękom i chęciom do pracy, a choć jej angielski dopiero kiełkował, była w stanie porozumieć się z innymi pracownikami. Ich angielski zaś był poezją złożoną ze słów wypowiadanych tak nosowo, że człowiek nie wiedział czy to jeszcze urdu, czy już może jednak nie. Ale mieli dwie ręce, chęci do pracy i umiejętności gastronomiczne przywiezione z indyjskich wiosek, a więc nie do podrobienia. I tak sobie tworzyli małą zgraną rodzinkę, choć czasem, jak to w rodzince, zdarzały się dramaty i wojny – językowe, gdy zabrakło słów, to na pięści. Albo patelnie.

Szef restauracji miał kilkadziesiąt popularnych punktów rozsianych po całej Anglii. Najważniejsze znajdowały się rzecz jasna w stolicy, tam też wysyłał swoich najlepszych pracowników w każdy weekend, wszak międzynarodowa opinia musi być jak najpozytywniejsza. W taki oto sposób Andrzej i trzech kucharzy pojechali do Londynu.

Andrzejowy angielski sprawiał, że chłopak robił co kazano, byleby za dużo nie mówić. Kazano załadować przewoźne vany-lodówki, załadował. Kazano je wymyć i zaczekać, aż przygotują się do podróży, wymył i czekał. Odjechali.

Trzech Azjatów na przednich siedzeniach poklaskiwało wesoło w rytmie bangry i bollywoodzkich przebojów. Od trzech godzin w trasie, w dobrym humorze, śpiewająco sunęli autostradą. Zbyt głośni, by usłyszeć pukanie, stukanie i huki.

Kasia rozkoszowała się indyjską herbatką, jak podczas nielicznych momentów gdy nie było żadnych klientów, kiedy zadzwonił jej telefon.
– Powiedz im żeby zatrzymali ten cholerny samochód!! Błagam cię pomóż mi! Zamarzam!! Siada mi bateria!!
– Jak zamarzasz? Jaki samochód, gdzie ty jesteś Andrzej?
– W drodze do Londynu!!
Piiip. Piiip. Piiip.

Andrzej… Problem… Zimno… Lodówka… Auto… Londyn – próbowała wytłumaczyć współpracownikom, pokazując jak się trzęsie z zimna. Trudno było jej wyobrazić sobie jak durnym trzeba być by kogoś zamknąć w lodówce i o nim zapomnieć. Jeszcze trudniej było przestać się śmiać. Zarówno jej, jak i reszcie pracowników, którzy mieli ubaw przez cały dzień.
„Oni mi nie pomogą – pomyślała – trzeba się wybrać do menadżera”.
Menadżerze…Andrzej… Problem… Umiera na zimno… Lodówka… Auto… Londyn… Kucharze… Zamrożony… – choć jej angielski najlepszy nie był, wystarczyło, by menadżer z ciemnoskórego Hindusa przeobraził się w Albinosa. W głowie miał następujący scenariusz: Andrzej umarł w lodówce, między jedzeniem, wszystkie restauracje zostają zamknięte, szef dostaje 25 lat więzienia. Brukowce na pierwszych stronach mają zdjęcie Andrzeja i nagłówek „Człowiek Tikka Masala”.

Kucharze po telefonie od menadżera gorączkowo rozglądali się za najbliższym zjazdem z autostrady. Minuty dłużyły się niczym godziny. Ustała bangra, taniec i uśmiechy na twarzach. Kiedy wreszcie udało im się gdzieś zatrzymać, ruszyli pędem do lodówek na tyłach vana. Ich oczom ukazał się Andrzej, przemarznięty tak, że ledwo dał radę się ruszać. Dali mu koc, coś ciepłego do picia, trochę curry na rozgrzewkę i co najważniejsze – zabrali go do przodu. I choć powoli wracał do swoich naturalnych kolorów, nie przemówił. Próbowali go zagadać – mało nie zabił ich wzrokiem. Po upływie godziny czuł się już lepiej, powoli przechodziła mu złość. Ale jeszcze nie przeszła do końca, bo przez natarczywe spojrzenia zmartwionych kolegów wybuchnął:
– Chuje! Zapomnieliście o mnie! Bastards!

Koledzy radośnie klasnęli w ręce. „Chuje!” – wykrzykiwali raz po raz pokazując jak trzęsą się z zimna. „Andrzej chuje!”.
Wszystko wróciło do normy, rozbrzmiała bangra i bollywoodzkie przeboje, szczęśliwa rodzinka kontynuowała podróż do Londynu. Lodowiec spadł im z serca.

Andrzej, pomimo gróźb i talerzy latających w kierunku reszty pracowników, już na zawsze pozostał Ice-Cream’em.