190. Szkoła na wesoło (III)

IMG_9097

Dobry powód by nie kraść”

– To nieprawda, ja wcale nie kradłem kleju pijąc wodę! – tłumaczy się nauczycielce A. w odpowiedzi na skargę kolegi.

– Czyżby?

– Tak! Bo ja to w ogóle nawet do tej półki z klejem nie dosięgam.

***

Słucham cię, tylko nie dziś

– E., wyobraź sobie, że masz dziecko i ono nie wraca nocą do domu. Jak się czujesz? – kombinuję zdesperowana, by zmotywować chłopca do myślenia, bowiem pytany jak czuła się matka głównego bohatera książki, której to syn poszedł szukać pracy i wyruszył w rejs morski, patrzy na mnie jak na ufo.

W odpowiedzi otrzymuję twarz nieskalaną myśleniem i otwartą gębę.

– E., jest dorosły, ma małe dziecko, dziecko nie wraca, na dworze jest ciemno – tłumaczę na migi. – Co myślisz, E., jak się czujesz?

*Twarz nieskalana myśleniem i otwarta gęba.* Poddaję się.

– Nie miej nigdy dzieci. (Miał tego nie słyszeć).

– Tak jest psze pani.

***

Czasem słońce czasem syn”

Przygotowujemy się do odgrywania scenek z książki. Wczuwam się, opowiadając i gestykulując, żeby im trochę pomóc przełamać zawstydzenie w odgrywaniu emocji. Prowadzimy żywą dyskusję, dziewczynki łapią bakcyla, zaczyna im się podobać.

– Więc wyobrażamy sobie teraz sytuację, w której znalazła się matka Toba, wdowa z ośmioma synami. Jeden z nich wyszedł szukając pracy, którą też dostał, nie wróci zatem tego dnia do domu. Mówimy o czasach, w których nie było telefonów, nie mógł zadzwonić do matki i wyjaśnić sytuacji. Rodzina zasiada wieczorem do kolacji, Toba nadal nie ma. O czym mówią, jak się zachowują?

W., bez ostrzeżenia, z pełnym zaangażowaniem i gestykulacją, wznosząc ręce ku niebu:

– Tobie, o najdroższy! Czyż lwy cię pożarły, gdzież że się podziewasz?!

– W., nie prosiłyśmy o Bollywood, ale doceniam starania aktorskie. [Na tym etapie płaczę ze śmiechu]

– Ah. Przesadziłam?

***

Raz wyrobiona reputacja”

Uczennice prowadzą rozmowę w tym samym czasie co ja mój mini wykład, na co jestem absolutnie uczulona. Zarzucam minę obrażonego Hitlera, unoszę gniewne brwi powyżej poziomu sufitu i pytam retorycznie, po dłuższej chwili milczenia:

– Czy w ciągu dalszym nie zasługuję na waszą uwagę?

– Nie – rzuca z pełną powagą M., wszyscy w śmiech.

– M., poświęcenie komuś uwagi znaczy słuchanie go.

Dotarło do niej co powiedziała, robi wielkie oczy i blednie.

– OmójBożeniezabijaj.

– Spokojnie, nie mam na koncie żadnych martwych dzieci.

– … ale niektóre mdleją?

[Znów płaczę]

***

„Więcej niż chcesz wiedzieć”

– Psze pani, a u nas w domu był wczoraj policjant – mówi mi zadowolony z siebie D.

– Mam nadzieję że wszystko jest wporządku?

– Tak – macha ręką – Wziął nasze elektryczne sofy, bo mama nie miała siedmiu stów, żeby mu zapłacić.

 

Koniec.

 

Reklamy

177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

174. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi

9:15

Niedziela, dzień idealny na poszukiwania kandydata na męża. Niech nie zabrzmi to nijak desperacko, punkt pierwszy: zaprawdę powiadam, że sama jestem od niemalże roku, punkt drugi, w stylu życia, który sobie obrałam, nie ma miejsca na narzeczeństwo i ja, o dziwo, absolutnie się z tym zgadzam. Zgodziłam się też na podróż pociągiem, by kandydata przybyłego z Londynu spotkać w miejscu ciekawszym niż to, w którym mieszkam. Czuję się czasem trochę jak stara panna pod presją wydania, z tym że to nie rodzina próbuje się mnie pozbyć, a ja sama. Z powodów nieco innych niż rzyganie tęczą, o tym jednak innym razem. Raczej w przestrzeni mniej publicznej. To nieprawda, że każda kobieta potrzebuje faceta by czuć się dobrze sama ze sobą. Powodem może być też czysta biologia w wersji dozwolonej, ale ciii. Nie będzie kontrowersji i fajerwerków już od pierwszej upublicznionej kartki pamiętnika.

11:05

Dom nie może być tam, gdzie automatyczne połączenie z wifi. Gdyby tak było, moim domem byłby każdy skrawek każdego miasta, pomimo zaleceń operatora, twórców aplikacji bankowej i mojej matki też. Łączy mnie wszędzie, a jednak bycie na peronie lub w pociągu nie wzbudza we mnie nostalgicznego poczucia przynależności. Tak się tylko tłumaczę, na wypadek gdyby czytali mnie jacyś miłośnicy pojęcia dom.

11:30

Kupiłam bilet, książkę i mentosy. Całość wyszła mnie £7. Miałam fobię dostania się na peron, a lęki tego typu miewam zawsze, jeśli przez długi czas nie miałam z czymś doczynienia. Poszło jednak gładko, zapominam zbyt często, że w tym kraju wszystko jest dostosowane do ludzi, którzy nie lubią dużo myśleć, w związku z czym myślenie nie jest ogólnie wymagane. A jak już ktoś myśli, to uchodzi za klasę inteligencji, lepszaka. Przez innych lepszaków rzecz jasna. Ci, którzy nie myślą, nie zaprzątają sobie umysłów czymś tak skomplikowanym jak segregacja ludzi. Może i lepiej. Fascynuje mnie jednak czasem, jak można przejść przez życie w ogóle nie używając mózgu?! Głowa boli od samego wyobrażenia, a jednak można. I chyba ma się wtedy mniej zmarszczek na czole, muszę to przedyskutować z moją kosmetyczką.

img_5983

12:34

W Leeds prószy śnieg, urocze. Wpasowałam się z moim futrem w tło, wyglądam jak przybysz z Syberii. Dla przeciwników futer – jest sztuczne, ale biorąc pod uwagę wydarzenia nie tak dalekiej przeszłości, prawdopodobne, że jest jednak zrobione z chińskiego kota. Jak żyć.

12:37

Dosiadłam się do grupy rudotwarzych dresów aka cyganów angielskich i przeżyłam. Nikt normalny będąc jedyną białą i samotnie podróżującą hidżabi na przestrzeni dwóch sporych miast nie przysiadłby się w przedziale do kiboli, ale wrodzona przekorność i ich głupkowate spojrzenia wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Było ich może z ośmiu, w wieku mniej więcej ja minus dziesięć lat, czyli nie za dużo. Śpiewali mi większość drogi zaczepliwie, potem się przyłączyłam i się zamknęli. Zepsułam im chyba repertuar. „As the reds go marching on… I wanna be in that number, as the reds are the ones who won” albo coś w ten deseń. Ich miny – bezcenne. Może to doświadczenie pracy z dziećmi autystycznymi wpoiło mi wpieprzanie się w czyjś świat pomimo braku zaproszenia. A może zwyczajnie lubię śpiewać.

13:07

Uwielbiam podróże pociągiem. Uspakajają mnie do tego stopnia, że chyba chciałabym zostać konduktorem. Trasa przez wzgórza daje Ci możliwość oglądania życia miasta z boku, z lotu kulawego ptaka. Kocham metropolie i z całą swoją architektoniczną obsesją gapię się na układy domów, wyobrażając sobie, jakby to było mieszkać akurat w miejscu, które mijam. Gapię się też w okna, z całą swoją wyrobioną bezczelnością. Robię to od dziecka, być może uzależnienie od nowych startów i przeprowadzek daje o sobie znać. W końcu to moja coroczna tradycja zmieniać miejsce zamieszkania i w kwietniu minie pierwszy rok na kolejnym adresie. Czuję we krwi nadchodzący zew, w kościach łupie mnie pakowanie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. No to szukam tego męża.

img_5980

13:21

Miejsce docelowe, gwarna restauracja. Brzmi nowobogacko, jednak brak mi w polskim języku określenia na restauracjo-knajpo-plotkarnię, z rzędu tych trzygwiazdkowych. 3 gwiazdki = nienajdroższe smaczne jadło + dużo zamieszania i sporo piwoszy wokół. Gość na fortepianie przygrywa melancholijną melodię, jak gdyby próbował dorobić ścieżkę dźwiękową do sceny picia gorącej czekolady. Kiedy rozpoczyna piosenkę Celine z Titanica, czuć miłość przez palce na klawiszach, gra z prawdziwą pasją. Zjawia się kandydat na męża, żartując, że to on ustawił romantyczną melodię na swoje wejście. Kilkanaście minut później stwierdzam, że nic z tego nie będzie, pomimo wyglądu, przy którym możnaby się zapomnieć (poza tą okropną koszulą, chyba, że zapomnieć o żelazku podłączonym do prądu i zostawionym na desce do prasowania), poczucia humoru, francuskiego akcentu i mieszkania w Londynie. Nazywają to intuicją, coś mnie odpycha. Chyba to wyczuł, bo stwiedził to samo tydzień później, kiedy przestaliśmy już wymieniać wiadomości. Chował gość porządną depresję za tym szerokim uśmiechem albo dręczyły go inne demony, coś wyczuwalnego z daleka. Też miewam nawroty depresji, dwóch zdołowanych to o conajmniej jednego za dużo. Albo poprostu się czepiam. Ostatnio na przykład uczepiłam się falbany na prześcieradle. Żeby było śmieszniej, była ona tłem zdjęcia, selfie w nie jego domu, nawet nie spotkałam go na żywo.

Chyba jednak zostanę starą rozwódką.

I nie, wcale nie myślę o sobie za dużo. Szczerze, to jednak wciąż chyba za mało.

16:07

Dochodzę do wniosku, że dzień i chęci nie zostały jednak zmarnowane. Dorobiłam się przecież podróży pociągiem i nowej książki.

img_5994

Tydzień później, 13:26

Napisał, że ma wrażenie, że zejdę się z byłym, a nie chce sobie robić nadziei na niepewnym gruncie. Jako że nie poruszaliśmy zabardzo tego tematu podczas naszej rozmowy, mam nadzieję, że nie wywróżył mi tego z fusów po kawie, bo zmienię miasto od zaraz, tak na wszelki wypadek!

172. Wzgórza mają oczy

img_5658Kasia i Nieznajomy wybrali się na romantyczny spacer o zachodzie słońca. Korzystając z uroków yorkiszowskiej flory, udali się na okoliczne strome wzgórza, które to nie tylko miały oczy, ale i wiele kamiennych schodków, każdy w innym rozmiarze i ułożony w innym kierunku, by na szczycie samym uraczyć ławeczką z widokiem na dolinkę. Romantyczny zew natury, ma się rozumieć. Być może nie wypada wspomnieć, że Kasia zasuwała tam w szpilkach, ale to ja tu jestem narratorem, więc dowiecie się nieco więcej, niż sama ofiara wzgórz by sobie tego życzyła. Było ich zatem dwoje, cisza i spokój odczuwalne w tym miejscu sprzyjałyby medytacji. Gołąbki rozmawiały podziwiając zachód słońca, potem już tylko światełka z domostw, ledwo widoczne zza delikatnej mgły otulającej powoli i niepozornie dolinę pod ich stopami. Tak, był to rodzaj klifu, a przynajmniej tak lubię to urwisko nazywać, krok i latasz. Dosłownie.

Młoda para zdecydowała, że widok czarnej doliny i miliona drobnych światełek porusza ich dusze tak bardzo, iż pragną zobaczyć je z jeszcze większej wysokości. Zdobyli więc kolejny szczyt, jeszcze wyższy, nadal w szpilkach, po ciemku i z poczuciem, że jeden nieodpowiedni krok zatraci ich w czeluściach beznadziei. Przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Towarzysz, niczym prawdziwy dżentelmen, puścił naszą Kasię przodem, co by ją w razie czego łapać, wszak owe genialne pomysły były oczywiście jej. Szła więc w ciemno i przed siebie, podekscytowana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez kilkanaście minut spaceru. Do momentu, kiedy przy samym szczycie, jej twarz poczuła nagle ciepły i śmierdzący oddech, a Kasia niemalże zderzyła się z tajemniczym futrzastym potworem. ‚Cholera, niedźwiedź’ – pomyślała i to też próbowała przekazać Towarzyszowi stojącemu kilka stopni niżej. Swoim angielskim. ‚Beer’ – szepnęła. ‚Piwo? Skąd ja ci tu teraz wezmę piwo kobieto?’ – oburzył się. ‚Nie piwo! Beer, zwierzę…’ – nim zdążyli się dogadadać, postanowiła chociaż spojrzeć śmierci w oczy i poświeciła telefonem prosto w twarz bestii. Przed nią, a raczej czoło w czoło, a jeszcze ściślej czoło w rogi, stał baran. Lepsze to niż niedźwiedź, choć i tak nie idealnie. To nie z baranem chciała się całować tej nocy, pozatym baran ma wspomniane już rogi, a wystrzelenie w przepaść nie należało do planów samobójczych ani Kasi, ani też jej Towarzysza. ‚Uciekamy’ – stwierdziła, po czym w komicznym zwolnionym tępie pospieszyli przez strome schodki, w stronę samochodu. Na obcasach, w długiej sukni, z telefonową latarką w ręku i z baranem za plecami, który to postanowił się nawrócić i najspokojniej w świecie podążać w stronę światła. Kaś jego pasterzem, nie było mu brak niczego.

W międzyczasie na parking pod wzgórzem podjechały dwa samochody brytyjskiej poimprezowej młodzieży, pełne młodych i podpitych, ewentualnie pod wpływem marihuany, chłopaków. Coś tam się wykłócali, wykrzykując to i owo od samochodu do samochodu. Nagle zamarli. Ze wzgórza, w ciemnościach, wolno i majestatycznie posuwała się drobna postać kobiety w długiej sukni, a za nią baran. Wokół postaci roztaczała się dziwna poświata. Sunęła powoli, ale w ich kierunku, a zwierzę posłusznie i w ciszy za nią. Zemsta ducha pasterki?! ‚Shit!’ – wykrzyknął jeden z chłopaków, wskazując palcem na zjawę. Poświecili telefonową latarką i ujrzeli poważną, bladą twarz, choć wciąż w oddali. Stali tak, w kompletnej ciszy, z dobrą minutę, obserwując sunącą w ich kierunku duszę.

Kolejną rzeczą, którą usłyszeli Kasia i Towarzysz, były piski opon dwóch samochodów i cisza, raz po raz przerywana nieśmiałym beczeniem barana, poraz drugi zgubionego tej nocy w ciemnościach. Teraz poza nimi była tu tylko ciemność, wzgórza i milczenie owiec. I dużo śmiechu, na który odważyli się dopiero w samochodzie.

163. Podróże z Sindbadem

DSC02591
Witamy Państwa na pokładzie autokaru firmy Sindbad. Do naszych usług należy wydzieranie się na pasażerów, gubienie bagaży i nie informowanie podróżnych o fakcie przesiadania się w ogóle, a także miejscu przesiadki czy też możliwości oczekiwania na kolejny autokar na dworcu nocą i w deszcz, po to by usłyszeć od obsługi, że „jak autokar przyjedzie, to będzie”. Poza tym życzymy Państwu miłej i bezpiecznej podróży.
***
Jeśli prowadzisz nudne, zwyczajne życie, pozbawione emocji i wrażeń, polecam Ci niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju atrakcje podczas podróży z Sindbadem. Z zachodniego Yorkshire na Śląsk, przez 2 dni wspólnej podróży zdążysz poznać od poszewki wszystkie angielskie fabryki i rodzaje sałatek.

Po 5 latach nieobecności w Polsce wybrałam się do niej autokarem. Wyjazd planowany na ostatnią chwilę, samolot odpadał. Ciekawa byłam też eurotunnelu, jak to wygląda, wybierałam się bowiem na francuski roadtrip w niedalekiej przyszłości. Pełna entuzjazmu rozsiadłam się więc na przydzielonym mi siedzeniu, z książką w ręku, gotowa na długą podróż. Gdzieś po czterech rozdziałach przysnęłam. Ze słodkiej drzemki wyrwał mnie głos pilotki: „Pani się przesiada”. Że ja? Jaka przesiadka? Nie zdążyłam nawet poskarżyć jej, że przy zakupie biletu nikt mnie o przesiadkach nie informował. W biegu zgarnęłam koc, ubrałam buty i nim się zorientowałam, szukałam po numerze kolejnego autokaru. Torby przenieśli, upewniłam się.
Rozsiadłam się na kolejnym wyznaczonym miejscu i nie zasnęłam porządniej już do końca podróży, by nie przespać ewentualnej przesiadki na ostatnią chwilę niczym mój współpasażer, który zamiast nad polskie morze zajechałby do Czech, ale im się w porę o nim przypomniało, co przypłaciliśmy kolejnym postojem. Kolejny raz autokar zmieniałam w Słubicach. Ten ostatni, pełen Ukraińców i Rosjan, też nie był pozbawiony atrakcji. Jechały z nami dwie Włoszki, na spotkanie z papieżem. Jedna z nich wiozła krzyż wielkości dorosłej osoby na siedzeniu obok siebie, wynikiem czego każdy przechodzień odbywał drogę krzyżową. Moja matka oberwała z krzyża już na wejściu. Nikt z obsługi nie mówił też po angielsku, jak na firmę od międzynarodowych przewozów przystało, w związku z czym Włoszki nie miały zielonego pojęcia co się wokół dzieje, jak długo trwają postoje itd. Pilot skomentował ich próby komunikacji szyderczym uśmiechem i „gdybym ja cię kobieto rozumiał”. Kiedy wreszcie dojechałyśmy na Śląsk, szczęśliwe że wyprostujemy nogi, które to zdążyły podwoić już swoją objętość, czekała nas kolejna niespodzianka. „Mamy mały problem” – rzekł kierowca z głupkowatym uśmiechem, kiedy czekałyśmy, by wydano nam bagaże. „Mieliśmy telefon, że wasze torby są na granicy z Ukrainą, pomylili autokary przy przenoszeniu ich”. Teraz to trzymałam już matkę, by nie zostać opisaną w międzynarodowych brukowcach świadkiem ataku maczetą na dworcu w Bytomiu. Przyjechać do Polski na tydzień i nie mieć przy sobie nic – kluczy, ubrań ani ochoty na dalszy pobyt – takie wrażenia gwarantuje jedynie Sindbad. Przemiła pani z infolinii poinformowała mnie, że biuro obsługi klienta będzie otwarte w poniedziałek, proszę zadzwonić wtedy, po czym się rozłączyła. Sobota, a ja stoję w deszczu na dworcu, bez niczego, mam czekać do poniedziałku, a co mi szkodzi. Kolejna pani była już nieco bardziej skłonna do pomocy, po namierzeniu bagaży zorganizowała ich powrót do miasta obok w niedzielę wieczorem.

W drodze powrotnej, bom z rozmachu wykupiła bilety w dwie strony, nie dziwili mnie już ludzie pilnujący swoich bagaży w sposób widziany przez obsługę jako natrętny. Prawie każdy, z kim rozmawiałam, miał w rękawie choć jedną opowieść o zgubionej torbie. Nie dziwiły mnie już też pilotki drące się na ludzi, zdążyłam przywyknąć. Ani to, że przesiadka polegała na staniu nocą w szczerym polu przez dwie godziny, kiedy to poprzedni autokar odjechał, a kolejny się spóźniał. Punktu informacyjnego brak, nikt nam nie powiedział, że się spóźni, odstawiono nas z numerem autokaru, którego nie było i dowidzenia. Próbowawszy dowiedzieć się czegokolwiek od jednego z kierowców, usłyszałam, że „jak przyjedzie to będzie, zobaczy go pani”. Gościu miał ubaw, ja scyzoryk w kieszeni. A tak poważnie – jego szczęście, że nie miałam. Chłopak czekający na ten sam autokar, podróżujący z Mazur, stał tam już od 3 godzin. „Co tam- rzucił obojętnie – ostatnio czekałem sześć”. Matrix. Na tym samym postoju zgubiono Afrykańczyka, kierowca go później szukał. Prawdopodobnie wsiadł do złego autokaru, modlitwy z nim, by nie dojechał przypadkiem w środek jakiejś demonstracji nacjonalistycznej, w państwie nieco innym od zamierzonego.

Dla kogoś, kto podróżuje poraz pierwszy, pozostaje ogromny niesmak i rozczarowanie. Żeby nie było, cena biletu to nie jakieś grosze, by móc w imię taniochy znosić niedogodności, bo była to równowartość dwóch biletów samolotowych poza sezonem. Jeśli koniecznie musicie przemieścić się lądem, proponuję minibus. Jak dla mnie – Sindbada nigdy więcej, nawet za darmo.

DSC02581.JPG

159. Dziecię moje, serce moje.

image… Nie ma takich jak my dwoje. Love-hate relationship, na zmianę. Matka i syn.

Po czasie niemowlęctwa, który przyprawił mnie niemal o dzieciowstręt, nastały czasy odkrywania świata, łaskawsze nieco. Już nie mam ochoty uciekać z domu, rzucać się z trzeciego piętra, wysiadać na przypadkowych stacjach kolejowych ani pracować w polu w ramach wolontariatu. A dokładnie tak czułam się w zeszłoroczne wakacje, wszystko, byle jak najdalej od ząbkującego Jegomościa. Faceci okropnie znoszą ból, potwierdzają to moje zszargane nerwy. Nie żeby już nie ząbkował, nadal potrafi być najgłośniejszym stworzeniem w moim wszechświecie, w dodatku teraz koi ból dziąseł na moim przedramieniu, a jednak miłość ci wszystko wybaczy. A wszystko to, bo dziecię podrosło.

Nie, żebym go wcześniej nie kochała, to byłoby kłamstwo. Jednak występując całą sobą przeciwko modzie na supermatki, przyznam się szczerze, że nie nadaję się do niemowlaków. I wcale nie jest mi z tym źle. Całkiem wdzięcznam zrządzeniu losu, że niemowlęctwo minęło nam szybko. Bo teraz się z Młodym rozumiemy, a o wiele łatwiej jest mi się rozumieć ze stworzeniem przejawiającym pierwsze cechy swojego niepokornego charakteru. Choć pierworodny nie ma jeszcze dwóch lat i niewiele mówi, na swój sposób dogadujemy się, zaś proces odkrywania świata przez dziecko jest naprawdę fascynujący, odkrywamy więc razem.

Uwielbiam obserwować, jak się bawi. Jak chlapie wodą w basenie, rysuje kredą po chodniku, opowiada patykowi historie znane tylko jemu i buduje drapacze z klocków. Napawa mnie dumą kiedy sam wreszcie myje zęby i rozśmiesza kiedy jest złośliwy, kradnąc mi poduszkę i śmiejąc się ze mnie, że jej nie mam. Doprowadza mnie do szału, kiedy zamiast ulubionego misia z czułością przytula Szmatę*, rozczula, kiedy robi awanturę tylko po to, by po usłyszeniu „chodź się przytulić” okazać mi wreszcie, po dwóch latach, trochę swojej egoistycznej miłości. Nieprzymuszenie. Ponoć faceci kochają inaczej – wytłumacz to proszę matkom dwulatków. Sprawia mi przyjemność patrzenie jak fascynującym zajęciem potrafi być układanie butów w przedpokoju, spinaczka nastolikowa oraz tańczenie wokół własnej osi aż do zderzenia ze ścianą. Nade wszystko kocham na niego patrzeć, kiedy śpi. Mamy też pierwsze fochy i rzucanie całą swoją objętością o podłogę oraz dziecko, które na zdjęciach jest uwiecznione jako mały punkcik daleko w tle, bowiem w przeciągu 30 sekund zdążyło przebiec ze dwa kilometry. Każdy dzień przynosi coś nowego, a mały obywatel świata uczy się naprawdę szybko. I choć czasem się na siebie drzemy, doszedł do wieku, z którego szkoda mi, by wyrastał. Oto więc istnieje nadzieja dla wszystkich matek, których przemęczenie doprowadza do stanów opisanych w pierwszym akapicie – nie martwcie się, niedługo będzie fajniej!

*Szmata – oryginalnie, w zamiarze producenta oraz matki, cienki kocyk w miśki, stworzony do bycia becikiem.  Zaadaptowana przez Młodego jako maskotka, z którą się je, pije, kąpie, chodzi na spacery i śpi. I drze w niebogłosy, kiedy ktoś próbuje ją wyprać. Szmata jest traktowana niezwykle zaborczo i tulona z niesamowitą czułością, ku zazdrości ignorowanych kobiet drugorzędnych – babci i matki. Obiecana jako prezent ślubny, jako prześcieradło dla żony lub krawat dla pana Młodego.

155. Blondynki w wielkim mieście

golden-gate-bridge-1030999_960_720 (Small)I

W poczekalni u okulisty.
Kasia: Widzicie te małe literki, tam na ścianie?
Sadeemka: Widzieć je widzę, ale raczej nie przeczytam.
Basia: Jakie literki???

II

Basia wybierała się w odwiedziny do Polski i postanowiła przywieźć cioci upominek. Wymyśliła sobie piżamę-tygryska, którą to widziała w którymś ze sklepów tydzień wcześniej. Jako że już ich nie było, postanowiłyśmy porozglądać się za czymś innym.
– Na piętrze jest mały sklepik z drobiazgami, może tam znajdziemy coś fajnego – stwierdziłam i podreptałyśmy w ciągu dalszym poszukiwań.
Sklepik miał różne ładne ozdoby do domu. Zatrzymałyśmy się przy stojakach na świeczki. Naszą uwagę zwrócił jeden ozdobny, naprawdę ładny stojak. Taki z napisem „Za Twój ładny uśmiech, kochana babciu”.
– Zobacz, to jest fajne, mogłabym jej to dać, że od mojej córki – stwierdziła Basia.
– Ładne, podoba mi się. Ale co to jest, ta pokrywka?
W miejscu, w którym wkłada się świeczkę, znajdowała się metalowa przykrywka z trzema dziurami.
– Nie wiem, że niby płomień tamtędy przenika czy jak?
– Może jak się dym unosi to da jakiś fajny efekt?
– Weź go zapytaj jak się tego używa – zasugerowała Basia.
– E tam, weź to i idziemy. Wykminisz sama.
– Weź zapytaj, bo może ma świeczki do tego w takim małym rozmiarze – nie dawała za wygraną. No więc zawołałam sprzedawcę i pytam o to to ładne, do czego służy.
– To się daje na nagrobek, wkładasz do tego kwiaty – odpowiedział.

Sklep opuściłyśmy w popłochu, bez wyprawki w zaświaty.