177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

176.Dzień bez imigrantów

img_645420 lutego na terenie całego kraju odbył się prostest pod szyldem One Day Without Us. Jest on odpowiedzią na rosnącą falę ksenofobii i różnic społecznych w pobrexitowej (jeszcze teoretycznie) Anglii. Co ciekawe, w kampanii Jeden Dzień Bez Nas brali udział nie tylko przyjedzni, ale też wielu rdzennych Brytyjczyków. Jak twierdzą, chcieli pokazać, że wciąż cenią wielokulturową Anglię, której potęga w dużej mierze zależna jest od wielu pokoleń migrantów z całego świata. Ludzie opuszczali tego dnia pracę, maszerowali, skandowali, słuchali przemówień, dekorowali miejsca pracy, tagowali zdjęcia i wpisy w Internetach. Wielu imigrantów nie poszło tego dnia do pracy celem podkreślenia swojego wkładu w gospodarkę i ogólnego dobrobytu państwa.img_6450Manchesterimg_6448Universytet w Cardiff

img_6443img_6455img_6447Muzeum po zdjęciu prac imigrantów

img_6452

img_6453York

img_6458Walia

Wszystkie zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z fanpage OneDayWithoutUs.

167. A jak Anglia

image

Anglio, Obczyzno moja! Ty jesteś jak choroba

Do tylu przylgnęłaś uparcie choć im się nie podobasz

Wcale. Dziś niezwyczajność Twą w całej ozdobie

Bloguję, bo nadal dziwię się Tobie.

***

Mieszkam tu sobie już parę ładnych lat. Widziałam nieco więcej niż chciałabym by widziały moje dzieci, słyszałam tyle, że w ramach ochrony mogłabym wydrapać im uszy. Przywykłam, na ile można przywyknąć do szarych wiewiórek, rudotwarzych ludzi, miliona postaci deszczu i pięciu milionów akcentów. Bez większych problemów wsiąknęłam klimat miejsca, bo zasady codziennego życia tutaj panujące podchodzą mi jakoś bardziej niż polskie. Być może dlatego wciąż jest mi trudno zrozumieć ludzi, dla których życie na emigracji angielskiej to skazanie, ale są tacy, jest ich wielu. Być może odpowiada za to jakość życia, ale moje nijak się ma obecnie do tego, jak je sobie wyobrażałam będąc mała. A może większy wpływ ma na to podejście do świata, ludzi, doświadczenia. Zdecydowanie też osobowość, odkąd odkryłam w sobie pokłady tupetu jak taran, radzę sobie znakomicie. Wcale nie wojennie, o dziwo, ci sami ludzie z którymi drę koty tulą mnie jak najlepsi przyjaciele. Być może wyrabianie sobie szacunku musi być zawsze okupione wielką gębą.

Wyjechałam z Polski mając lat 18, tego lata opuściłam ją poraz drugi. Było przemiło i tęskniłam za ludźmi, ale nadal nie potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tam moje życie; nie odnalazłam się tam poraz kolejny. Od dziecka czułam, że będę mieszkać poza granicami kraju, ciekawiło mnie, jak to życie wygląda gdzieś indziej, na tej zieleńszej trawie u sąsiada.

Jak się mieszka w innym kraju? Na początku jest wielkie bum. Wszystko jest inne, odkrywasz, czasem przeraża, czasem zachwyca. Potem powszednieje. Potem tęsknisz, bo ci żal, że wszyscy, których opuściłeś, są tam razem, a Ty tutaj samiuteńki. Brakuje Ci słońca i zrozumienia. Znajomość języka to jedno, zrozumienie innego sposobu myślenia, różnice kulturowe – coś zupełnie innego. Potem jest ok, albo to nie dla Ciebie. Znajomi, którzy byli w tym samym mieście co ja, uciekli spowrotem do Polski, aż się kurzyło.  A mnie się podoba.

Trudno jest lekko żyć, mawiają. No właśnie chodzi o to, że tutaj to nie do końca. Jest taki ogólnopanujący leniwy luz, wszystko jakoś będzie. No i jest. Zatem stresu jakby mniej, możliwości więcej. Poziom życia już nie taki miód jak kiedyś, ale porównajmy to do Polski, gdzie nawet ten miód to koszt 15 złotych. Tutaj da się żyć przyzwoicie za niewiele. Robi to sporą różnicę nawet dla tych, którym się tu nie podoba, pewnie dlatego nadal tu są.

A jak Anglia, zatytułowałam. Jaka jest Anglia dla mnie? Senna, mająca wiele sekretów i mnóstwo do zaoferowania. Bardzo wyluzowana. Spokojna na pierwszy rzut oka i nieokiełznana za kulisami. Różnorodna, w końcu tworzy ją tylu zupełnie innych od siebie ludzi. Zgniłozielona i pozytywna. Stara i fotogeniczna. Przyjemna.

162. Kalendarz Polki

wakacje (8)
„My, Polki z Klubu Polki na Obczyźnie, oddajemy w Wasze ręce garść naszych zdjęć, wspomnień i refleksji z życia w obcych krajach. Tych bliskich i całkiem dalekich. Krajach, które znamy od poszewki i chętnie o nich opowiadamy.

Co przyniesie rok 2017 – nie wiemy, ale możemy obiecać, że z Kalendarzem Polki każdy jego dzień będzie jak taka mała podróż, gdzieś tam, na koniec świata.”
***
Jest to kalendarz zaprojektowany przez członkinie Klubu Polek. Magiczna podróż dookoła świata, przez państwa, kontynenty, wspomnienia, albumy, twórczość, kuchnie, refleksje i przeżycia członków Klubu. Nakład jest niewielki, głównie dla samych wtajemniczonych. Istnieje jednak szansa zdobycia egzemplarza, wystarczy odrobina kreatywności i udział w konkursie. Do opowiadania Polek należy dopisać zakończenie – nie więcej niż 5 zdań! Opowiadanie znajdziecie tutaj. Ja mam już swój kalendarz, teraz kolej na Was! 😉

158. Brexit – co z Polakami?

brexit-1485004_960_720.jpgOryginał oświadczenia znajdziecie TU.

Opublikowano 11 lipca 2016.

Nie ma żadnych zmian w prawach i statusie przyjezdnych z krajów Unii do UK oraz w prawach Brytyjczyków w Unii w ramach wyników referendum.
Decyzja co do tego kiedy wprowadzić w życie Artykuł 50 i rozpocząć formalny proces wyjścia z Unii należeć będzie do nowego premiera. Anglia pozostaje członkiem Unii przez czas trwania procesu i do czasu, aż zasady Artykułu 50 zostaną ustalone.
Jeśli/kiedy wyjdziemy z Unii, oczekujemy pełnej ochrony praw i legalnego statusu przyjezdnych z krajów Unii tak samo jak i Brytyjczyków mieszkających w krajach Unii.
Rząd zauważa i docenia wkład przyjezdnych z Unii i pozostałych nie-Brytyjskich obywateli którzy pracują, uczą się i żyją na terenie Wielkiej Brytanii.

Mieszkałem w Anglii od 5 lat. Co oznacza dla mnie głosowanie za wyjściem z Unii?

  • Przyjezdni z krajów Unii którzy mieszkali w Anglii ponad 5 lat automatycznie mają przyznane stałe prawo rezydenta według praw Unii. Nie ma potrzeby rejestrować i potwierdzać tego statusu
  • Przyjezdni z krajów Unii którzy mieszkali w Anglii co najmniej 6 lat mogą ubiegać się o brytyjskie obywatelstwo.

    Co jeśli mieszkam w Anglii mniej niż 5 lat?
     

    Przyjezdni z krajów Unii wciąż mają prawo pobytu na terenie Anglii wg prawa unijnego. Nie muszą się nigdzie rejestrować aby korzystać z wolności przemieszczania się. Dla tych, którzy zdecydują się aplikować o certyfikaty zaświadczające pobyt, nie nastąpiły żadne zmiany w ustawach. Aplikacje będą rozpatrywane jak dotąd.

157. Felietony: hymn ekspatów.

old-1130731_960_720.jpg
Przywykłam do zmiany i ruchu do tego stopnia, że wierzę w śmierć na skutek spoczynku. Nie siadam w metrze, ani autobusie. Kiedy prowadzę samochód, zawsze łamię prędkość. Nie chodzę na spacery, biegam. Czasami biegam też bez powodu. Postęp jest w ruchu. Nienawidzę latać samolotami. Setki kilometrów pokonanych w zawieszeniu i spokoju nie dają mi satysfakcji ruchu. Przypięta pasem i zmuszna do bezruchu, nieświadomie poruszam nogami, tylko to mnie ocali. Nie wierzę, że podróż ma wartość jeśli nie czuje się drogi. Wszystko to co między punktem A i punktem B, przepada. Moja mapa na Facebooku w smartphonie nigdy nie pokazuje trasy. Tylko: S. była w miejscu X. S. jest w miejscu Y. Teleportuję się. Brakuje mi szlaku. Obsesyjnie kupuję mapy by zaznaczać na nich trasy przejazdu. Robię to bardzo dokładnie. Nie wiem tylko jak rysować lot. Bo zawsze kiedy widzę kawałek ziemi, to bardzo, bardzo chcę wiedzieć jaki to już kraj, jaka część świata i co to za rzeka tam w dolinie. Kiedy siadam w fotelu zawsze myślę, że umrę. Trwać w bezruchu znaczy umrzeć. Nigdy jednak tak naprawdę nie umieram. Pozostawiam po sobie jedynie dziury. Dziura Paryż, dziura Barcelona, Dziura Knossos, Dziura Muzeum Picassa, Dziura Z., Dziura siostra, Dziura Zgoda, Dziura dom matki. I tak w nieskończoność. Jestem wszędzie i nigdzie a miejsce z którego wyszłam, nie ma już znaczenia. Dwie książki, rękopis, laptop i sterty dokumentów. Dokładnie tyle mieści bagaż podręczny. Dziesięć kilogramów jest naprawdę podręczne. Już czuję jak robi się dziura. Obiecuję, że wrócę. To tylko dwa tygodnie, szybko całuję w policzek i biegnę słysząc za sobą beznamiętnie wypowiedziane – nie masz biletu powrotnego. Wiem, że nie mam wyjścia, muszę jechać.”
P.Sauer, „Zmartwychwstanie”

Kiedyś myślałam, że to choroba. Że attachment disorder, zaburzenia przywiązania, będzie niczym magiczne zaklęcie, które rzucone na wiatr powstały po moim biegu w kolejne już miejsce wymaże wszystkie żale i wybaczy mi to, czego nie potrafiłam. A nie potrafię zostawać. Nie wyznaję związków i rodzin, nie potrafię. Opanowałam sztukę bezgranicznej akceptacji do pierwszego litra krwi, którym skazisz moje serce. Potem droga prowadzi już tylko w jedną stronę, następuje zresetowanie systemu. Bezdomne dziecko nie potrafi kochać, powiadają. Ja potrafię kochać, nie wiem jak zostawać. Nie wiem też, czy taka choroba naprawdę została oficjalnie ogłoszona przez kogoś z doktorem przed nazwiskiem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że właśnie na to cierpię i przyjęłam to niczym moje motto życiowe, „trwać w bezruchu znaczy umrzeć”. Nie afiszując się, akceptując. To trudna sztuka akceptować siebie, zawsze warta próbowania. Długo więc myślałam, że to choroba, potem ktoś dodał, że może jednak depresja poporodowa. Nieco później odkryłam globetrotting i derwiszy, okazało się, że można porzucać wszystko i żyć zawsze w biegu, że można tak wbrew światu krzyczącemu, że to nienormalne. Że można być sobą, wciąż w drodze, zawsze czuć, że powinno się zajechać jeszcze indziej. Jeszcze tylko trochę, kolejny zakręt, szczyt, miasto, dolina, pagórek i las. Jeszcze tylko sprawdzę, co jest tam, za rogiem, co opowiadają tam, gdzie mnie nie ma. Mój dom mieści się i tak w czasie potrzebnym do spakowania torby podręcznej. Cienka jest granica między chorobą zbiorową a wolnością, pojęcia zlewają się ze sobą. A jednak ci ludzie mają ten spokój, za którym tak tęsknię teraz, który mnie opuścił wraz z nadejściem podskórnej śmierci. Napady euforii przeplatane dołem stulecia potrafią wykańczać i leczy je jedynie podróż. Pakuję się, jak zawsze wtedy, kiedy słyszę wołanie. To silniejsze niż ja, instynkt. Zew.

„(…) wiem też że można zostawić wszystko (…)
Zapomniała zapisać nam tylko miejsc, skąd nie trzeba uciekać. Nie nauczyła nie tracić domu i niczego nie żałować”.

154. Wielokulturowość – za czy przeciw?

woman-789146_960_720 (Small)
Na wstępie tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że zamieszanie wokół wielokulturowości nie jest przypadłością wyłącznie polskiego społeczeństwa. Problem istnieje wszędzie. Problemem tu nazywam jednak nie samo zjawisko, a podejście ludzi do niego, to, jak sobie (nie) radzą. Do poniższych przemyśleń zainspirowało mnie spotkanie autorskie z wielokrotnie wspomnianą ostatnio E.S. Wypowiadała się ona o problemie społeczeństwa tureckiego, podzielonego na chrześcijan, muzułmanów i ateistów, na hidżabistki i niehidżabistki, wreszcie na Turków, Ormian, Kurdów, Rosjan i tak dalej. Nie jest to w owym kraju zjawisko świeże, a jednak wciąż, wczuwając się w rolę każdego z poszczególnych organów tej mieszanki, można powiedzieć, że „trudno jest”.

Trudno jest…

…być Ormianem lub Kurdem w Turcji. Chrześcijaninem lub ateistą w muzułmańskim kraju. Muzułmaninem w kraju chrześcijańskim lub świeckim. Bywa trudno kiedy jest się białą muzułmanką w społeczeństwie pakistańskim, a tymbardziej polskim. Trudno jest być. Tylko dlaczego? Czy ludzie naprawdę tak bardzo boją się wszystkiego co inne, by za wszelką cenę szykanować to i odrzucać?

Rozumiem, że słowo multikulturalność nie jest obecnie zbyt popularne. Ale nie znaleźliśmy nic społecznie lepszego, czym moglibyśmy to zjawisko zastąpić.

Mieszanka kultur nie zawsze bywa łatwa. Zdarzają się nieporozumienia, przykre incydenty, egoizm, brak otwartości wśród każdej ze stron. Wszystko to istnieje i nie powinno być lekceważone. Warto jednak nie być jednostronnym i widzieć też to, co można zyskać. Czego się można nauczyć. Na podstawie czego rosnąć w siłę jako państwo.

Tylko ktoś inny niż ja może mnie czegoś nauczyć, rzucić mi wyzwanie wobec samej siebie, zmotywować mnie lub zainspirować do spojrzenia na te same sprawy z innej perspektywy. Ktoś o takim samym sposobie myślenia i światopoglądzie nie wnosi w moje życie dużo więcej niż tylko zrozumienie. Powtarzamy się niczym echo.

Być może nie każdy będzie w stanie zrozumieć powyższą myśl, ze względu na brak doświadczenia w temacie. Ludzie, których poznałam i cenię, są odemnie bardzo różni. Są rzeczy, które nas łączą, to naturalne, że ludzie zawierają przyjaźnie na podstawie wzajemnego zrozumienia. Ale są też rzeczy, które nas dzielą, jak pochodzenie i spojrzenie na wiele spraw. Wynikają z tego wielogodzinne dyskusje i mnóstwo interesujących wniosków. O życiu codziennym, życiu w ogóle, wszystkim.

Multikulti na plus

Ja uważam tak jak mnie uczył mój dziadek. Najwięcej ciekawych i inspirujących rzeczy dzieje sią na styku, granicy kultur, religii, tradycji. Zawsze. Ale oczywiście nie każdy lubi takie inspiracje – mówi Agata. Paula przedstawia swoje odczucia następująco: Od czasu „kryzysu migracyjnego” i histerycznego wzrostu nacjonalizmu coraz częściej się nad tym zastanawiam. Kiedy miałam 18 lat i w Berlinie czy Dublinie widziałam te społeczenstwa wielokulturowe to mnie pociągało, było czymś w rodzaju niesamowitej energii, ta różnorodność była zupełnie inna niż szaro-biała i jednolita Polska. Dla mnie to było też coś więcej, jako serce lewicowe śledziłam z wielkim przejęciem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, przede wszystkim możliwości jakie to wszystko za sobą niosło i właśnie również multikulturowość, równość i wolność przemieszczania. I może to strasznie śmiesznie brzmi, ale dzisiaj bardzo przeżywam to, co dzieje się z Schengen. To wszystko pośrednio związane jest z tematem wielokulturowości. I potem stało się. Wyjechałam do Francji, do świata w którym jest misz masz. Pół roku byłam tym oszołomiona i zachwycona. Potem pojechałam na tydzień do Polski i białe, jednolite Wrocław i Katowice mnie przygniotły, wydając się nudnymi i bez życia. Po czasie jednak dostrzegam plusy i minusy tego społeczeństwa wielokulturowego. Tak jest ze wszystkim, każdy medal ma dwie strony. Przede wszystkim widzę trudności jakie stoją przed ludzmi w wielokulturowym społeczeństwie, widzę tych, którzy się nie potrafią odnaleźć. To społeczeństwo ma inne problemy niż monokulturowe, ale nie ma idealnego świata, narodu, społeczeństwa tak jak nie ma człowieka idealnego. Jednak w tym multikultorowym świecie jest mi całkiem fajnie. Lubię bardzo tanie hinduskie bary w których mogę kupić hinduskie potrawy za prawie grosze, lubię dołączyć w parku do grupy Chinek, które wykonują tai chi (nie wiem jak to napisać), jeść prawdziwe domowe sushi z moją tajlandzką koleżanką, pooglądać zdjecia z Iranu od dzieci uchodźców, które były naszymi sąsiadami, zapraszać moich francuskich znajomych na degustacje polskich potraw, lubię z nimi dyskutować o Solidarności i Wałesie, lubię różnorodność religii, lubię kiedy moja teściowa robi mi meluez i tajine. I może się wydawać, że pisanie o takich błachych sprawach nie ma nic wspólnego z tym tematem, ale to właśnie tak zaczyna się życie na styku wielu kultur. Bo to wszystko nie jest tak jak wciąż w Polsce, jednorazowy wypad do chińskiej restauracji, te wszystkie elementy stają się częścią naszego życia i chyba komuś kto tak nigdy nie żył, nie uda się tego zrozumieć. Oczywiście z takiego życia wynikają dziwne i straszne sytuacje czasami. Jest to taki moment, który też super obrazuje scena z moją teściową w kuchni, kiedy krzywimy się nazwajem na to co jemy. A potem wybuchamy śmiechem. Bo każdy chce forsować, ze to jego jest lepsze, to jego kultura jest lepsza. Na styku kultur naprawdę musimy w końcu postawić znak równości i to jest bardzo trudne, ale możliwe. Pomimo wszystko ja jestem dalej na tak dla wielokulturowości, ale także jestem bardzo za tym, że politycy powinni troszczyć się o taki typ społeczeństw w szczególny sposób, chociażby przez dostosowanie systemu edukacji itp. We Franci jest trochę sytuacja pełna hipokryzji, bo w większości imigranci zmuszeni są do wyrzekania się swojej kultury i akceptowania dominującej kultury francuskiej (inaczej widzę to w Anglii) i to rodzi wiele kompleksów. Więc gdzieś na styku tego wymieszania, rodzi się coś nowego, jakiś rodzaj nowej kultury? Jest to raczej jednak nisza, bo raczej dominującym trendem jest adaptacja, dążenie do zasymilowania, więc jednak odrzucenia wielokulturowości. No, a może jednak nie. Tak patrzę sobie na dekorację na naszej ścianie, wiszą dwaj Żydzi liczący pieniądze (tradycja ocierająca się o antysemityzm hihi ), marokańska mozaika, portret Napoleona i obraz Maciejewskiego. W wielokulturowości otwieramy się na świat, na innych ludzi, a co może nas bardziej ubogacić niż to ?

Wielokulturowość drugiego pokolenia przyjezdnych

Pytasz w Anglii faceta o imieniu Mohamed o narodowość, on odpowie Ci British. Zapytasz o pochodzenie – powie British. We Francji zapytasz faceta o imieniu Mohamed o narodowość to odpowie, że Francuz pochodzenia algierskiego. To bardzo pokazuje różnice w menalności, poziom kompleksu (lub dumy) i stopień asymilacji – mówi Paula.
To prawda. W Anglii o wiele łatwiej jest im czuć się Brytyjczykami – jakby nie patrzeć Brytyjczycy są miksem od zawsze – Anglosasi, Wikingowie, Rzymianie, mnóstwo różnych przyjezdnych. Agata dodaje: W Australii widziałam to samo. Łatwo się wpasować w otoczenie i tą mieszankę narodowości i ras, zwyczajów. Jest to nasze bogactwo. Jest to naprawdę piękne, ale to już jest mądra polityka państwa, że taka różnorodność współistniejąca jest możliwa.
W krajach emigrackich –
dodaje Piotr – takich jak Stany, Kanada czy Australia, przybysze z całego świata to rzecz normalna i bardzo wzbogacająca czy to naukę czy ekonomię. Na pewno nie jest to łatwe i wielokrotnie zdarzały się w historii przykre sprawy, ale ogólnie rzecz biorąc jest tolerancja dla religii czy kultur pod warunkiem, że przestrzegane jest prawo panujące w kraju. Np w Stanach w drugim pokoleniu każdy kogo znam mówi już, że jest ‚stąd’ niezależnie od pochodzenia rodzinnego czy wyglądu.

Uchodźca czy cwaniak, oto jest pytanie

Ohhh, pamiętam moją pierwszą podróż do Londynu! – wspomina Karolina – Tygiel kultur, religii, języków, kolorów, stylów życia. Te zapachy, gesty, inne oczy… To było jak bajka. Zupełnie inaczej niż dzisiejszy „koktajl Mołotowa” made in Sweden. Z całym szacunkiem dla potrzebujących, pragnących spokojnego życia, czasami się boję konsekwencji tej otwartości i tolerancji. Zaufanie od naiwności dzieli bardzo cienka linia, krucha i delikatna. Europa północna w imię poprawności politycznej otworzyła swoje wrota dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiego przychodzili kraju, niezależnie od tego czy mieli dokumenty czy nie, wpuścili o tak kilkanaście tysięcy osób o których nie mają żadnego pojęcia, osób – które wg informacji z tv miały być w większości dziećmi. Dzieci okazują się być rosłymi wąsatymi mężczyznami, którzy śmieją się władzy i innym obywatelom w twarz. Żądają mieszkań i kieszonkowego. Bo ktoś gdzieś obiecał. Codziennie czytam, słyszę, dowiaduję się o kolejnych atakach na dzieci w szkołach, o kradzieżach, bitwach w strefach no go, podpaleniach. To nie tak miało wyglądać. Szwedzi w swojej dobroduszności zapomnieli o jednej sprawie, mianowicie o tym że przyjmując do swojego kraju człowieka z innej kultury, nie można oczekiwać i brać za gwarant że ta osoba się natychmiastowo dostosuje do panujących standardów. To jest bardzo długi i złożony proces. Nie da się zasymilować na życzenie, często niestety tylko jednej ze stron.

Po części zgadzam się i z tymi obawami. Każda pomoc tego typu powinna być przeprowadzona z głową i kontrolowana. Nie mówię o czipowaniu uchodźcom tyłków, ale o ich rejestracji, o wyrobieniu im dokumentów choćby na granicy, o ich istnieniu w systemie i ograniczone panoszenie się – za złamanie prawa i brak szacunku do pomocy – odpowiednie konsekwencje. W ten sposób mielibyśmy doczynienia z uchodźcami a nie cwaniaczkami.

Sukces tkwi w szacunku

Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wielokulturowości – mówi Nina – w tym i uchodźcom, ale pod jednym warunkiem: że kultura w której kobiety są uznawane za nie mające podmiotowości prawnej (np. kraje muzułmańskie oparte o szariat) nie będzie mi narzucać swojej organizacji prawno-religijnej. Dopóki państwo jako takie pozostaje świeckie, a prawo w nim obowiązujące jest równe dla wszystkich – i wszyscy tego przestrzegają niezależnie z jakiej kultury są – jest ok. Anna dodaje: Mieszkałam w Tajlandii, mieszkam w Wietnamie i bardzo się staram dostosować do tego jak się tutaj żyje, ale spotkałam się z emigrantami, którzy tego nie chcą robić i często stawiają się wyżej od Azjatów, z takim podejściem „jestem biały, to mi się należy”, co jest bardzo niesprawiedliwe. Czasem traktują Azjatów jak ścierki do podłogi (widzę w pracy jak klienci emigranci odnoszą się do mnie, a jak do moich wietnamskich koleżanek – różnica bywa spora… Najgorsze jak coś zaczynają do mnie na nie narzekać, ‚bo tak’ , i co, myślą że one nie rozumieją angielskiego i nie jest im przykro?). Czasem zwyczajmnie ignorują tutajsze zwyczaje: na przykład wlażenie w ubłoconych butach do pomieszczeń, w Tajlandii. Mimo iż każdy tam buty zdejmuje przed wejściem gdziekolwiek. To są drobnostki, ale dla miejscowych wiele znaczą. Ja się uczę nowej kultury, poznaję i jestem tym zachwycona. A moi znajomi z chęcią mnie wypytują jak to jest inaczej w Europie, proszą o ugotowanie europejskich dań, o pokazanie czym się różnimy. 
Więc podsumowując – wielokulturowość jest piękna, jeśli wszystkie mniejszości szanują się i akceptują, nie wywyższają nad inne. Szczególnie trzeba szanować lokalną kulturę w miejscu, do którego się emigruje. Jeśli ktoś nie chce jej szanować i zaakceptować – powinien wracać skąd przyszedł. Musimy pamiętać, że to my jesteśmi gośćmi w nowym miejscu, a nie panami świata. 
Paula komentuje słowa Anny następująco:  Święte słowa. Niestety czasami spotykałam taki typ Polaków, którzy uważali się za lepszych niż ‚śmierdziele Angole’ czy ‚Żabojady’. Ja też uważam, że wyjazd do kraju nas zobowiązuje do szanowania tamtejszej kultury i zwyczajów. Właściwie ja bym poszła dalej: do zintegrowania się z tą nową kulturą (oczywiście zachowując także to, co moje). Bo jak widzę właśnie tych Polaków, którzy np w Szwecji napadają na uchodźcó, żyją x lat w Anglii a po angielsku dwa słowa (pracowałam w polskim sklepie, to widziałam), to uważam, że tacy ludzie powinni siedzieć tam, skąd przyszli.

Równość przyswajana od kołyski

Ja bardzo lubię podejście dzieci do wielokulturowości – mówi Kasia. Nie ogarniając całej filozofii tego zagadnienia, po prostu przyjmują różnorodność w społeczności jako coś normalnego. Będąc w Kanadzie mają szansę mieć kolegów o różnym kolorze skóry, w różnym stopniu mówiących po angielsku. Dla nich wielokulturowość to małe codzienne rzeczy, ot choćby dlaczego kolega zamiast kanapek przyniósł glony suszone. Nie łamią sobie nad tym głowy, ale to jest dla nich również punkt wyjścia do długich rozważań o Polsce i co to znaczy być Polakiem. Właśnie takie podejście chciałabym widzieć w dorosłych, ale nam jest już trudniej otworzyć się z dziecięcą ufnością na innych. Dlatego tak bardzo się cieszę, że moi synowie mają szansę na pełne zanurzenie w wielokulturowości. Dla nich i ich kanadyjskich rówieśników będzie to rzecz naturalna. Szacunek dla innych wśród dorosłych to efekt tego, jak dzieci postrzegają wielokulturowość. Fajnie by było, gdyby w Polsce działania na rzecz wielokulturowości były propagowane już od najmłodszych lat, ale niestety klimatu na to nie ma.

A więc co z tym multikulti?

Odpowiadając na Twoje pytanie to mi się wydaje, że nie ma odwrotu od społeczeństwa wielokulturowego, bo mamy globalizację i to jej następstwo – pisze Maja. Możemy dyskutować o plusach i minusach, ale najważniejsze jest, żeby zastanowić się, jak w tym tyglu żyć, jak wspomóc imigrantów w adaptacji (co jest trudne i każdy mieszkający za granicą o tym wie), jak uczyć tolerancji itp itd. Jeśli ktoś widzi same minusy i myśli, że uda mu się zamknąć w jakiejś jednokulturowej bańce, to jest to dla mnie myślenie kompletnie absurdalne i pokazujące niezrozumienie świata. Piotr dodaje:  Po prostu świat się dziś bardzo wymieszał poprzez łatwość podróży czy przez komunikację, przez Internet. Tak jest już w produktach, których używamy lub jemy, tak samo jest w wielu serwisach (np call centre). Nie da się zatrzymać masy ludzkiej – nawet jak ktoś myśli, że wymuruje mur i wykopie fosę, albo założy kolonię na jakieś wyspie 🙂 Ale zjawisko migracji to nic nowego, bo wszyscy nasi przodkowie wyemigrowali kiedyś z Afryki.

 

*Wpis powstał na podstawie wypowiedzi członków Klubu Polki Na Obczyźnie.