188. Już prawie jesień

Fullscreen capture 30082014 153744.bmp (Large)

Z dnia na dzień temperatura spadła o kilka stopni więcej, niż byśmy sobie tego życzyli. Usiadłam przy oknie z kubkiem herbaty w dłoni, kiedy stopy owiał mi przenikliwy chłód jesiennego wiatru, który to wdarł się natarczywie szczelinami dzielącymi podłogę i drzwi prosto do mojej sypialni. Tak, to jesień zdążyła już pokazać pierwsze oznaki swojego powrotu, o ile kiedyś zdarzyło się nam łudzić, że w ogóle zostawiła nas na dłuższą chwilę samych. Patrząc na poruszane żywo przez wiatr korony drzew oddałam się przemyśleniom. To lato było inne. Wspomnienie zeszłorocznych wakacji jawi się jako typowa odskocznia- w biegu między państwami, w pogoni za słońcem. Życie na pełnych obrotach. Te wakacje były inne, spokojne, leniwe. Nadrobiliśmy spotkania z każdym, kto tylko przyszedł nam na myśl, mieliśmy z Młodym mnóstwo czasu dla siebie i takiego, gdy nie robiliśmy zupełnie nic. Spróbowaliśmy kilku atrakcji, których normalnie bym mu nie zaserwowała, nogi niosły nas dalej niż byliśmy w stanie sobie wyobrazić. Nagle jednak bańka pryska, zupełnie znienacka okazuje się, że jest już prawie wrzesień. Jeszcze tylko parę drobiazgów, dopiąć kilka spraw na ostatni guzik i pora rozpocząć kolejny rok szkolny, kolejne byle do weekendu, wolnego, ferii. Powoli oswajam się z tą myślą powrotu do pracy, choć muszę przyznać, że w okolicach przedwczoraj byłam na skraju rozpaczy. Cóż, nic co dobre nie trwa wiecznie. Nie czuję się przygotowana, ale to mnie nie martwi. Wszak improwizacja to moje drugie imię, zresztą, z doświadczenia już wiem, że im bardziej staram się przygotować, tym więcej atrakcji serwują mi z zaskoczenia. Warto przeczekać. W życiu w ogóle warto czekać, choć to takie trudne. Czekać na rozwój wydarzeń, patrząc na nie z boku, siedząc na oknie właśnie, takim z widokiem na główną ulicę, grzejąc ręce trzymanym w nich kubkiem herbaty. Co ma być to będzie. Nie ma takiej siły, która by była w stanie zmienić fakt, że pewne rzeczy dzieją się poza naszą kontrolą. Takowe należy przeczekać z bezpiecznego dystansu. Wyłączyć umysł, rozdrabniający wydarzenia z przyszłości na części pierwsze, krzyczący że wszystko pójdzie nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli, odnajdujący tysiące powodów do porażek i żadnego do sukcesu. Jest ster, a zatem czekam. I jest mi z tym czekaniem zaskakująco dobrze. Poraz drugi już porzucam wieloletnią tradycję i nie nucę sobie Green Day’a, kiedy przychodzi wrzesień. „Wake me up when September ends” jest tak senne, jak moja gotowość zderzenia się z deszczową rzeczywistością. Jeszcze nie teraz się zmartwię, jeszcze są ostatnie ciepłe chwile wakacji. Jeszcze tylko zmrużę oczy i wystawię twarz w stronę słońca, jeśli tylko uda mi się je znaleźć. Zawsze też mogę je sobie wyobrazić. Albo namalować.

Reklamy

186. Jak przeżyć angielskie lato i nie zwariować

Możnaby tu poraz kolejny pisać poematy o deszczu, ale nie mam dziś na nie natchnienia. Poza faktem, że pada mniej więcej tyle, co późną polską jesienią, pragnę wyszczególnić kilka innych cech angielskiego lata.

Po pierwsze, w momencie odsłonięcia okna, tuż po przebudzeniu, osoba odpowiedzialna za jasną truciznę zwaną światłem, która zalewa nam oczy, ma również w obowiązku wygłosić komentarz względem pogody. Opcje tutaj, Proszę Państwa, mamy trzy: „Pier*#%!na Szkocja”, „Da się wyjść” lub „Upał.” Opcja pierwsza to brak nieba i ulewa, druga to huragan bez deszczu, opcja trzecia oznacza, że dla zmyłki wyszło słońce, które to wkrótce przegoni wiatr i zmarzniesz tak czy inaczej. Komentarz operatora zasłony służy podjęciu natychmiastowej decyzji względem tego, co w planach na dany dzień. Czy warto i dość w nas sił do walki, by wygrzebać się spod kołdry, wyjść na zewnątrz i nie przegrać. Jeśli spytacie mnie przed pierwszą kawą, „nie dziś” będzie odpowiedzią, niezależnie od tego, o co pytacie. Po pierwszej kawie analizuję niebezpieczeństwo sytuacji i decyzja zapada.

Po drugie, to że zaczyna się każdą rozmowę od wtrącenia na temat pogody, wcale nie oznacza, że stajemy się Anglikami, policzki wysypują nam rdzawe piegi, a na włosach można dostrzec prześwity  rudości. Jak nie rozmawiać o czymś, czego się tak nienawidzi? Każdy psycholog doradza rozmawianie o swoich uczuciach, nawet jeśli ograniczy się to do wymiany krzywych ryjów i podsumowania „Pizga, znowu.” Na północy kraju, poza deszczem, halnym, brakiem nieba i nadziei na przyszłość nienawidzimy też Londynu, bo zawsze mają pięć stopni więcej niż my i widują przejazdem słońce. Nienawidzimy Szkocji, to przecież ich pogoda, a próbują ją podrzucić, z nadzieją na odchowanie. Nienawidzimy deszczu, bo latem, zamiast zniknąć, ociepla się. Ponadto nie znosimy rozmawiać o pogodzie, no ale skoro wypada… (Krzywy ryj, „Pizga, znowu.” Odruch zakodowany).

Po trzecie, rozmyślania o tropikach są dla grubych portfeli. Te przeciętne mają skromniejsze marzenia, jak na przykład suchy wieczór spędzony w ogrodzie, nie zostanie zdmuchniętym podczas próby przemieszczenia się z domu do samochodu. Burżuazyjnym szczytem marzeń jest spacer po mieście w ładnym ubraniu (nierozwianym), tej samej umodelowanej fryzurze, która wytrzymała dłużej niż 5 minut, brak konieczności psucia outfitu przeciwdeszczówką i nieprzymarznięcie do ławki.

I pomyśleć, że rok temu o tej porze wygrzewałam się na słoneczku. Krzywy ryj, „Pizga, znowu.” Tik nerwowy.

IMG_8491

185. Ten Obcy

IMG_8397

W czasach, w których Polska jest przerażona i broni się ze wszystkich sił rękami, nogami, językiem i Internetem przed innością, w Anglii celebruje się różnorodność. Wbrew tego, co sądzą „niezależne” polskie media, dzieje się tak nawet, a może i tymbardziej, po tegorocznych atakach manchesterowym i londyńskim. Ludzie jednoczą się by pokazać, że nikt ich jako społeczności nie podzieli. I nadal żyją obok siebie, w zgodzie. Nie będzie dziś jednak o muzułmanach, a o różnorodności ogólnie. Bo Wielką Brytanię zamieszkuje mnóstwo przeróżnych obcych, których tak bardzo boi się Polska. Są oni wszelkich wyznań, ideologii i odcieni skóry. Są też innych orientacji. I, o dziwo, jedni obok drugich żyją zwyczajnie i w pokoju.

Inność ‚Tego Obcego’ na terenie Wysp oswaja się już w czasie szkolnym. Jedną z etyk systemu edukacji jest zasada równości i różnorodności, wdrożona prawnie przez akt o takiej samej nazwie sięgający korzeniami do wczesnych lat siedemdziesiątych, wtedy jeszcze w innej formie i rozbity na kilka różnych ustaw. Strona prawna mówi oczywiście o jednakowych prawach do edukacji i całej reszty przywilejów społecznych niezależnie od pochodzenia i poglądów czy przekonań. Być może nie jest to jakimś specjalnym szokiem dla nas, Europejczyków, aczkolwiek podziały społeczne i bieda ogólnie wielu ludziom na świecie wciąż zwyczajnie uniemożliwia chociażby tą edukację. Równość na poziomie podstawowych praw uzupełnia proces, który ja osobiście nazywam edukację myśleniową, bo wszystko na świecie zaczyna i kończy się wewnątrz ludzkiego umysłu. Część rodziców spisuje się tu doskonale, w reszcie przypadków braki uzupełnia szkoła. Efektem nauki myśleniowej jest społeczeństwo, które się nie boi, nie panikuje i – na chłopski rozum – nie daje sobie wcisnąć kitu. Bo wie lepiej. I wie to z autopsji.

Na czym owy proces polega

Przede wszystkim nie tylko oswaja się Obcego, ale też dąży do jego zrozumienia. Bo łatwiej jest nam akceptować kogoś, kogo rozumiemy. To odbywa się, jak cała edukacja życiowa, na zasadzie dialogu. Rozmawia się z dziećmi o innych wiarach. Religioznawstwo, jeśli prowadzone przez nauczyciela z pasją, ma tu pole do popisu, ponieważ oprócz suchych faktów uzupełnia się je porównaniem. Jest to moim zdaniem najefektywniejsza metoda kształcenia społeczeństwa, Ten Obcy, który jest inny bo to-i-tamto, nagle staje się tym, który wierzy w coś innego i ma inne tradycje, ale w tym samym czasie wiele innych rzeczy robi dokładnie tak, jak ja. W pewnym momencie okazuje się więc nagle, że nie tylko jest też człowiekiem, ale z Tego Obcego, kosmity, staje się trochę innym sąsiadem. Jest to zmiana przełomowa i następuje, jak wcześniej wspominałam, w głowie dziecka. Takie dziecko wyrasta kiedyś na dorosłego, który podchodzi do inności z zaciekawieniem, a nie strachem i agresją. Tylko człowiek, który dojrzał do tego etapu, jest w stanie celebrować inność na wszystkich innych płaszczyznach życia, przede wszystkim w sferze intelektualnej, sferze sztuki wszelkiej. To ogromny krok rozwojowy społeczeństwa i inteligencji przeciętnego mieszkańca danego państwa. I nie chodzi tutaj o, jak wielu Polakom się wydaje, przyswojenie wszystkiego, co sami uważamy za nieodpowiednie, jako wspaniałego, ani też o przyczynianie się do wymarcia własnej kultury. Nic z tych rzeczy. Chodzi o akceptację, która równa jest z tolerowaniem czyjegoś istnienia i nie obrażaniem go, nie ocenianiem tylko ze względu na powierzchowność, chodzi o szacunek. Żyj i daj żyć innym. To nie oznacza, że muszę uważać faceta na szpilkach i w peruce za nową normę i standard społeczeństwa, odrzucić swoje odczucia względem homoseksualizmu, czy nawet mówić dzieciom, że to co robią jest naturalne i w moim odczuciu normalne. Oznacza to, że muszę dać takim ludziom żyć jak chcą, bo to nie do mnie należy wybieranie im życiowej drogi i sposobu na szczęście, oznacza to, że moje dziecko usłyszy, że tacy ludzie są wśród nas i to jest ich sprawa, nie wolno ich krzywdzić lub obrażać, bo oni też czują, zupełnie tak, jak my. Oznacza to, że jako społeczeństwo musimy nauczyć siebie i kolejne generacje, że to dobrze mieć swoją opinię i odczucia, ale nigdy nie wolno narzucać ich innym, oni też mają prawo do tych własnych. I na końcu musimy nauczyć kolejne generacje, że można być dokładnie takim, jak przywołani już Londyńczycy czy mieszkańcy Manchesteru: żyć obok siebie, wszyscy różni i inni. Żyć razem nie pozwalając nikomu doprowadzić nas do nienawiści względem sąsiada. Ignorancja zdarza się wszędzie, jest jednak w Anglii zdecydowaną mniejszością, a kiedy niebezpieczna, szybciutko też zgłaszana w odpowiednie miejsce. Nie tylko przez ofiary. Najbardziej podoba mi się to, że agresor jest krytykowany przez swoją własną społeczność, przeprasza się ofiarę ataku, mówiąc, że wcale nie reprezentuje on ogółu. Sytuacje tego typu mają miejsce niezależnie od pochodzenia, zarówno wśród rdzennych Anglików, jak i Brytyjczyków będących którymś tam pokoleniem imigracji.

Czas na imprezę

Kiedy już dojdziemy do wyżej opisanego etapu, zaczynają się tylko korzyści. Nagle staje przed nami otworem świat kultury. Sztuka, kulinaria, muzyka, podróże, słowo pisane, poezja – lista jest długa. Bardzo podoba mi się, jak celebruje się tutaj różnorodność. Można się od innych społeczności wiele nauczyć nie tylko o nich, ale przede wszystkim o nas samych, naszych przekonaniach, kulturze. Można się wiele nauczyć o świecie, o historii z perspektywy innych państw. Można zawrzeć znajomości bogate w przeróżne doświadczenia. Albo chociaż zatęsknić za światem oczywistym i oswojonym, tym z dzieciństwa. Tak czy inaczej warto.

Do owych przemyśleń o zupełnej zwyczajności Tego Obcego skłonił mnie kolejny już miejski festiwal, łączący kontynenty za pomocą teatru, muzyki i sztuki wyrobów ręcznych. Wszyscy zupełnie różni, a jednak tacy sami, zebraliśmy się poraz kolejny w centrum miasta, by zrobić dokładnie to samo: rozkoszować się życiem. Razem.

 

184. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi (II)

IMG_8307

Niedziela, dzień idealny na leniwe przemyślenia. Czyż niedziela nie jest, swoją drogą, dniem idealnym w ogóle?

17.11

Po powrocie z wielkomiejskiego wypadu na poszukiwanie trampek (nie)postrachów z dzieciństwa, okazuje się jakimś dziwnym trafem, że znów jestem w szlafroku i z książką w ręku. Powróciłam ostatnimi czasy do czytania po angielsku i idzie mi jakoś mniej opornie. Czytanie rozpraszają przemyślenia rodzaju wszelkiego. Zaczynając od mózgu.

Są tacy ludzie, dla których najatrakcyjniejszą rzeczą u innych przedstawicieli społeczeństwa jest umysł. I takim ludziom jest generalnie w życiu ciężko, bo gdy inni uganiają się za sławą, wyglądem i pieniędzmi, oni, niezależnie od tego czy wszystkie z tych rzeczy mają, mieli kiedyś czy też nie będą mieli nigdy, najbardziej cenią sobie głębokie rozmowy i wymianę przemyśleń. Jak żyć, kiedy tak rzadko spotyka się bratni umysł.

17.19

Jak długo i po co można pisać o kraju, który spowszedniał? Zastanawiam się nad przebranżowaniem. Zbyt rzadko bywam gdzie indziej, by mieć porównanie i odkrywać Wyspy na nowo. Czuję się jak u siebie od zbyt dawna i również jak zwykle. Im więcej tu znajomych, tym mniej szczegółów z życia prywatnego. Jak pisać, kiedy nudne jest życie blogera. I ocenzurowane.

17.22

Gdyby nie było, też byłoby nudne.

17.23

W Polsce protestują o sądy, w Anglii o nazizm i przeciwko niemu. Za oknem pada. Zostały mi dwa dni pracy do wakacji i jak zwykle o tej porze roku, czuję się doskonale. Na wakacje planów mam niewiele. Przeszłość zżera mi trochę widok na przyszłość, staram się znaleźć zdrowy balans. Czytam szukając inspiracji. Chcę więcej pisać, na większą skalę. Robię więc, po chamsku, rozeznanie jak o pewnych sprawach piszą inni. Czytam, czytam i przepadam.

17.28

Trzecia kawa, niewiele snu, brak zmęczenia. Wokół dzienie spokojna pustka. Wiadomość o śmierci Chestera, dzięki któremu to władam dziś angielskim na tyle, na ile władam, bo to na podstawie piosenek LP zaczęłam swoją pasję do tego języka jeszcze jako uczennica podstawówki. Z tych płytszych przemyśleń – poraz kolejny dostrzegam powiązanie mojej miłości do M. Shinody i jej przekładu na mężczyzn mojego życia. Takie głupie, że aż śmieszne, a jednak prawdziwe.

17.31

Uczenie dzieciaka korzystania z nocnika jest wybitnie skomplikowane. Chwała tym, którzy to przeżyli. Jakkolwiek śmierdziało.

17.33

Jest w tym angielskim wisimitubiźmie coś fascynującego, odnajduję się w takim podejściu do życia na spokojnie. Czas płynie bardzo szybko, ludzie ruszają się wolno, jutro jest jakąś szaloną niewiadomą. Czuć w powietrzu klimat jesieni, takie to angielskie lato. Nie jestem pewna, czy gorszym jest nadmiar czasu czy jego brak.

18.03

Jak już wymyślę jak się przebranżować, to się odezwę. Piip.

175. Dzień z życia pedagoga – witamy w piekle

Praca to rutyna w życiu większości dorosłych ludzi. Codzienność. Czasem pracą chce się rzygać bardziej niż tęczą, czasem i ludźmi. W sumie to jednak jesteśmy w tym miejscu dość zgrani, a łączy nas wspólna pasja: przyszłość dzieci.

Tylko ta przyszłość dzieci, które już teraźniejszość mają naznaczone piętnem getta, nie jest zawsze taka oczywista. Szkoła uczy i wychowuje, wiemy to nie od dziś. A jednak ulica wychowuje skuteczniej.

***

Kumulacja naj. Samo serce najgorszej dzielnicy najgorszego miasta. Państwo w państwie. Po ulicach wypełnionych do granic możliwości szeregowymi domami walają się śmieci i meble. Stara dziurawa wanna stoi na tym samym trawniku od września, nawet Cyganie angielscy dorabiający na złomie się tu nie zapuszczają. Tu i ówdzie walają się strzykawki. Worki po ziele wyrastają z trawników zamiast kwiatków. Wszystko to pod przykrywką religijności – ojców modlących się całe dnie na starość, po całym życiu harówki, i synów, w odświętnych pobożnych ubrankach, uzależnionych od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. Handel, przekręty, Niche w głośnikach i drogie sportowe wozy.

Witamy w piekle.

My, na ile możemy, wychowujemy ich dzieci. Bo im nie zawsze chce się uczyć ich czegokolwiek, a jeśli już, to raczej mija się to z ogólnymi wartościami promowanymi przez szkołę. Zatem wychowywać jest co.

***

Czwartek, 10 minutowa przerwa. Dyżur na dworze. Tu, o ile nie leje, każda przerwa jest spędzana na podwórku. Rozwiązuję kłótnie i konflikty, 10 minut przerwy na pełnych obrotach, 120 dzieci i dwie dorosłe osoby. Dwóch piątoklasistów zaczyna się tłuc na pięści, wchodzę między nich. Jeden płacze ze złości, poniosło go. Drugi to lokalny cwaniaczek. „Uspokój się” – mówię do tego, który się szamocze i płacze, próbując usprawiedliwić. „Nikt cię nie obwinia, uspokój się. Zaraz o tym pogadamy, wyluzuj.” W tym samym czasie cwaniaczek stojąc dwa metry dalej prowokuje go, drząc się jak wariat. „Ucisz się” – mówię, ale chłopak wykrzykuje swoje racje, wiedząc, że ma przechlapane. Przekrzykuje mnie. „Cicho!” – wrzeszczę, „Nie i ch…!” odwrzaskuje. Podnosi butelkę i łup! Uderza nią z całej siły pół metra od mojej nogi. Butelka odbija się i przelatuje mi obok twarzy. Widzę na czerwono. „Do dyrektora, już!” – wrzasnęłam tak, że słyszeli mnie chyba nawet strażacy trzy kilometry dalej. „Nie pójdę!” – odwrzaskuje jeszcze głośniej i ucieka, przeskakując przez płot. Nie rzucam się za nim w pościg, pałeczkę przejmuje współpracownica i zatrzymuje go przy samym wyjściu. Ja ogarniam 4 klasy oczekujące na przyjście nauczycieli, którzy zabiorą ich do klas.

Tego dnia miałam ochotę połamać mu nogi. Upewniłam się, że jest zapisany na wszystkie zajęcia z szkolnym psychologiem, jakie udało mi się znaleźć. Na końcu przeprosił, płacząc, że nigdy nikt go nie słucha. Walczył ze mna nim jeszcze zdążyłam go oskarżyć o cokolwiek. Konkretne problemy emocjonalne. Rozmawiałam o nim z wychowawcą tego samego dnia. Ojciec sprzedaje narkotyki, a czas który spędza z synami wygląda następująco: przepustka z więzienia. Podjeżdża kradzionym samochodem, wrzuca ich do bagażnika, mają przejażdżkę. Rozrzucają pieniądze jak gdyby jutra nie było, no i tego jutra z ojcem nie ma. Albo wraca, albo znika. W międzyczasie wojuje z matką. Dzieciak jest skrzywdzony i skrzywiony emocjonalnie już na etapie piątej klasy.

To nie jedyny taki przypadek. Współpracownica, będąca w tej szkole od dwudziestu lat, wzdycha zrezygnowana. „Tyle bystrych dzieciaków uczyłam. Część z nich handluje, niektórzy są w więzieniu. Część sprzedaje kradzione samochody.” Niektórzy z nich aspirują do tego już w dzieciństwie. „Nie mów mi co mam robić” – stwierdzają do nauczyciela. „Mój ojciec zarabia w jeden dzień tyle co ty przez miesiąc.” Nie obce są mi też stwierdzenia typu „nie muszę się uczyć. Jak urosnę będę handlował dragami, jak moi starsi bracia.” W najlepszym wypadku – „jak urosnę zostanę taksówkarzem.” W wielu przypadkach dzieciak jest jeszcze nieświadomy, że na jedno wychodzi. Niedługo się dowie.

Są też dzieci uchodźców. Ciche, spokojne, wdzięczne za trochę radości, w głębi serca smutne. „Libia, o, wiem co to za kraj” – stwierdza jedna z dziewczynek podczas czytania tekstu. „Wielu ludzi umiera w wodzie próbując stamtąd wypłynąć. Jak brat mojego taty i jego rodzina.”

Jest też trochę dzieci z Europy – Polska, Słowacja, Rumunia, Bułgaria. 95% z niezdrowymi klimatami w rodzinie i – znowu – problemami emocjonalnymi.

Witamy w świecie, w którym dzieciństwo przestało istnieć.

Zdajemy sobie jako kadra pedagogiczna sprawę z codzienności tych dzieci. Rozumiemy doskonale, że pewnie i tak wychowa ich ulica, a życie będzie dalekie od usłanego różami. Ale jest coś, co możemy im dać, co poniosą z sobą całe życie. Ramię w ramię z surowym tłuczeniem dobrych manier i zasad funkcjonowania w społeczeństwie stawiamy na wspomnienia. Bo takich wspomnień jak uczeń naszej szkoły nie ma żaden inny dzieciak w okolicy.

img_6169

Raz na sześć tygodni szkoła funduje im kino/wycieczkę. Klasa, która ma najwięcej punktów na liście zachowania, wygrywa jedno wyjście dodatkowe, wybierają dokąd głosując. Przez cały tydzień prowadzimy coś na zasadzie świetlicy – po lekcjach dzieciaki uczęszczają na następujące zajęcia: robienia na drutach, sportowy, muzyczny, gier komputerowych. Uwielbiają je i na każdy z nich brakuje miejsc, lista jest zawsze pełna. Klub muzyczny to w ogóle osobna bajka. Uczą się gry na bębnach, perkusji, trąbkach, keybordzie, fortepianie. W wielu z tych dzieci zaszczepiliśmy miłość i pasję do muzyki. W społeczeństwie, które muzyką gardzi. Co piątek mamy w szkole koncert. Na zmianę – raz gra nauczyciel i dzieci, raz zaproszony artysta. Mieliśmy już szereg wspaniałych muzyków lokalnych grających wszelkie jej rodzaje, niektórzy byli szalenie utalentowani. Do tego przedstawienia kółka teatralnego raz w tygodniu, każdy poranek rozpoczęty 10 minutami tańca, raz na 6 tygodni pokazy artystyczne, moim ulubionym byli kaskaderzy na rowerach. Ich numerem popisowym było skoczenie z ciężarówki, na rowerze, na pustą puszkę położoną między nogami jednego z nauczycieli, któremu kazali się wcześniej położyć na ziemi. Co za emocje 😉 Nie muszę dodawać chyba, że modlił się jak nigdy w życiu. Często szkoła zaprasza też warsztaty artystyczne i dzieciaki mają okazję tworzyć/gotować/tańczyć/ćwiczyć/brać udział w szermierce itp  itd. W ciągu roku jest tego sporo i ma to ogromny wpływ na sukcesy dzieci w nauce, wyobraźnię, umiejętność wykorzystania zdobytych umiejętności w innych dziedzinach edukacji. Przede wszystkim na dobre samopoczucie. Większość z tych dzieci nigdy nie doświadczyłaby tego wszystkiego, gdyby ograniczyć to odkrywanie świata jedynie do czasu pozaszkolnego…

Oddajemy naszym uczniom część dzieciństwa. Słuchamy, wspieramy, uczymy pogody ducha.

Wreszcie – witamy w miejscu, w którym zwraca się dzieciom beztroskę.

img_6170

 

 

172. Wzgórza mają oczy

img_5658Kasia i Nieznajomy wybrali się na romantyczny spacer o zachodzie słońca. Korzystając z uroków yorkiszowskiej flory, udali się na okoliczne strome wzgórza, które to nie tylko miały oczy, ale i wiele kamiennych schodków, każdy w innym rozmiarze i ułożony w innym kierunku, by na szczycie samym uraczyć ławeczką z widokiem na dolinkę. Romantyczny zew natury, ma się rozumieć. Być może nie wypada wspomnieć, że Kasia zasuwała tam w szpilkach, ale to ja tu jestem narratorem, więc dowiecie się nieco więcej, niż sama ofiara wzgórz by sobie tego życzyła. Było ich zatem dwoje, cisza i spokój odczuwalne w tym miejscu sprzyjałyby medytacji. Gołąbki rozmawiały podziwiając zachód słońca, potem już tylko światełka z domostw, ledwo widoczne zza delikatnej mgły otulającej powoli i niepozornie dolinę pod ich stopami. Tak, był to rodzaj klifu, a przynajmniej tak lubię to urwisko nazywać, krok i latasz. Dosłownie.

Młoda para zdecydowała, że widok czarnej doliny i miliona drobnych światełek porusza ich dusze tak bardzo, iż pragną zobaczyć je z jeszcze większej wysokości. Zdobyli więc kolejny szczyt, jeszcze wyższy, nadal w szpilkach, po ciemku i z poczuciem, że jeden nieodpowiedni krok zatraci ich w czeluściach beznadziei. Przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Towarzysz, niczym prawdziwy dżentelmen, puścił naszą Kasię przodem, co by ją w razie czego łapać, wszak owe genialne pomysły były oczywiście jej. Szła więc w ciemno i przed siebie, podekscytowana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez kilkanaście minut spaceru. Do momentu, kiedy przy samym szczycie, jej twarz poczuła nagle ciepły i śmierdzący oddech, a Kasia niemalże zderzyła się z tajemniczym futrzastym potworem. ‚Cholera, niedźwiedź’ – pomyślała i to też próbowała przekazać Towarzyszowi stojącemu kilka stopni niżej. Swoim angielskim. ‚Beer’ – szepnęła. ‚Piwo? Skąd ja ci tu teraz wezmę piwo kobieto?’ – oburzył się. ‚Nie piwo! Beer, zwierzę…’ – nim zdążyli się dogadadać, postanowiła chociaż spojrzeć śmierci w oczy i poświeciła telefonem prosto w twarz bestii. Przed nią, a raczej czoło w czoło, a jeszcze ściślej czoło w rogi, stał baran. Lepsze to niż niedźwiedź, choć i tak nie idealnie. To nie z baranem chciała się całować tej nocy, pozatym baran ma wspomniane już rogi, a wystrzelenie w przepaść nie należało do planów samobójczych ani Kasi, ani też jej Towarzysza. ‚Uciekamy’ – stwierdziła, po czym w komicznym zwolnionym tępie pospieszyli przez strome schodki, w stronę samochodu. Na obcasach, w długiej sukni, z telefonową latarką w ręku i z baranem za plecami, który to postanowił się nawrócić i najspokojniej w świecie podążać w stronę światła. Kaś jego pasterzem, nie było mu brak niczego.

W międzyczasie na parking pod wzgórzem podjechały dwa samochody brytyjskiej poimprezowej młodzieży, pełne młodych i podpitych, ewentualnie pod wpływem marihuany, chłopaków. Coś tam się wykłócali, wykrzykując to i owo od samochodu do samochodu. Nagle zamarli. Ze wzgórza, w ciemnościach, wolno i majestatycznie posuwała się drobna postać kobiety w długiej sukni, a za nią baran. Wokół postaci roztaczała się dziwna poświata. Sunęła powoli, ale w ich kierunku, a zwierzę posłusznie i w ciszy za nią. Zemsta ducha pasterki?! ‚Shit!’ – wykrzyknął jeden z chłopaków, wskazując palcem na zjawę. Poświecili telefonową latarką i ujrzeli poważną, bladą twarz, choć wciąż w oddali. Stali tak, w kompletnej ciszy, z dobrą minutę, obserwując sunącą w ich kierunku duszę.

Kolejną rzeczą, którą usłyszeli Kasia i Towarzysz, były piski opon dwóch samochodów i cisza, raz po raz przerywana nieśmiałym beczeniem barana, poraz drugi zgubionego tej nocy w ciemnościach. Teraz poza nimi była tu tylko ciemność, wzgórza i milczenie owiec. I dużo śmiechu, na który odważyli się dopiero w samochodzie.

171. Jak przeżyć angielską jesień i nie zwariować

Angielska jesień trwa od końca września do końca kwietnia, z przerwami. O ile radziłam Wam już, jak to przeżyć samemu we wpisie 8 sposobów na nudę w Anglii, pytanie brzmi, jak to przeżyć z dwulatkiem. Zakładając, że znajomych z dziećmi w podobnym wieku brak, opcje mam dwie:

1. Spacerować. Bo spacerować to się męczyć, brudzić i mieć frajdę. Nie marudź, że nie ma pogody, bo jej nie będzie, wskakujcie z dzieciakiem w kalosze, ewentualnie w zasłonkę przeciwdeszczową do wózka – Ty się przewietrzysz, dziecko zaparuje i pomaże palcem po parze na plastikowej osłonce. Wytarzaj dziecko w liściach, moje było wniebowzięte. Może i jest chłodno, ale nieczęsto tak naprawdę pada przez calutki dzień, więc da się wpasować w szał pogodowy. My obserwujemy pranie starszej sąsiadki, która to deszcz potrafi chyba wywąchać, jak wisi jej pranie oznacza to, że deszczu nie będzie, choćby chmury były czarne. Jak wywiesimy własne bez konsultacji z jej sznurem, choćby świeciło słońce, padać będzie niedługo. Ufaj tubylcom.

img_4433

IMG_4425.JPG

img_4426

2. Play centres, bawialnie. Grzebiąc w Internetach za najbliższą, odkryłam wczoraj jedną w odległości 10 minut spacerem. Będziemy stałymi bywalcami rzecz jasna. Z dzieciakiem można skakać w basenie z piłkami i pokonywać tunele albo siedzieć z kawą za ogrodzeniem i pozwolić im szaleć na własną rękę. Cena to między £2-£4 na godzinę, w zależności od miasta.

img_5072

3. Jak już pospacerujemy i się wybawimy, zgapiamy pomysły innych matek z ich blogów. Rysujemy, wymyślami zabawy. Z reguły działa za trzecim dniem, bo moje dziecko jest uparte i przemądrzałe, nie będzie mu nikt mówił, że ma teraz rysować.

Jak znosicie angielską jesień ze swoimi dziećmi?