03. Czerwona kraina.

Czerwone cegły w wyziębłych murach na szarej ulicy bez końca. Czerwone ramy w oknach drewnianych, za każdym kryje się historia odrobinę inna od poprzedniej. Za zimnymi szybami tęsknota i żal w czerwonych obolałych sercach. Gdzieś w tle komin z czerwonymi pasami – przyczyna wiecznej szarości. Nieco dalej tory po których toczą się leniwie czerwone tramwaje. A w środku zmarznięci ludzie o czerwonych policzkach, czasem twarzach. Obserwuje ich dziewczyna w zbyt czerwonej szmince na ustach. I pomyśleć – sama się dziwi – że kiedy opuściła to miejsce przed trzema laty, zostawiając za sobą łzy, żale i zgorszoną nadzieję jak i sporą część serca, wszystko zdawało się być szare. Pominęła intensywność czerwieni miłości i rozlanej krwi. I letniego nieba, gdy zachodzi słońce.
                                                                ****************
Odkąd tu przyjechałam, setki razy pytano mnie czy brakuje mi Polski. Nie – odpowiadam – brakuje mi Śląska. Zdziwionym należy się wyjaśnienie – krainy na południu, która jest sama w sobie małym światkiem. Czego brak ci najbardziej – pytają -Szczerych intencji. Bo w tym miejscu bardziej niż gdziekolwiek odczułam, że niezależnie od tego czy dzielą się z tobą obiadem czy może dostajesz w zęby – robią to z szczerej intencji. Nie istnieją wyuczone uśmiechy i „mam się znakomicie” mimo dramatu od wewnątrz. Mają wady i zalety, ale, co najważniejsze, mają twarze, nie maski. Tego mi czasem brak. I chleba z miejscowej piekarni !

Reklamy

02. Polacy w UK – moje doświadczenia.

Polacy w UK.

Mieszkam w Anglii od trzech lat. Kiedy tu przyjechałam, każde usłyszane na ulicy polskie słowo sprawiało mi radość. Czułam się samotna i było mi dzięki temu raźniej, przynajmniej przez pierwszy tydzień. Bowiem szybko przekonałam się, że mój uśmiech lub przywitanie się po polsku wywoływało na ich twarzach grymas, jak gdyby nagle dostali ataku biegunki. Zęby mam wszystkie – myślałam, więc o co im chodzi? Niedługo potem nauczyłam się ignorować ich poczucie wyższości. Od tej pory serdeczna byłam na dzień dobry tylko dla tych niewielu osób, które zagadały do mnie same czy też poprosiły o pomoc. Tak na wszelki wypadek, aby uniknąć linczu.

Tydzień po moim przyjeździe musiałam się przeprowadzić. Wynajęłam najtańszy z pokoi i ruszyłam na podbój świata w swojej pierwszej, nie do końca zmywakowej ale wciąż kuchennej, pracy. Kiedy zapukałam do drzwi na Glinianej Alei 25, otwarł mi Ryszard. Gość koło trzydziestki, zdawał się być sympatyczny. Oprócz niego mieszkała tam polska para, jedna młoda dziewczyna i dwoje facetów. Towarzystwo mieszane, nienajgorzej. Dwa dni później, gdy się tam wprowadziłam, mieszkał już tylko Rysiek. Trochę się bałam, ale że niebardzo miałam wyjście, tak też zostało. Parka i – jak się okazało – siostra dziewczyny, wynieśli się. Dwoje pozostałych gości przebywało w Polsce przez następne dwa tygodnie. Tak więc popołudnia wolne od pracy spędzaliśmy na oglądaniu filmów i gotowaniu na zmianę. Lepsze to niż siedzieć samemu. Rysiek był inteligentny i dało się z nim podyskutować o wszystkim. Miał depresję, żona wysłała mu z Polski papiery rozwodowe. Poza manią wyższości typową dla Polaków w UK był naprawdę fajny. Uważał się za tak inteligentnego, że absolutnie nikt nie dorasta mu do pięt. Był kumaty, ale skromnością nie grzeszył. I nienawidził Hindusów (było to miasto głównie przez nich oblężone), jak na Polaka przystało. Dla mnie najważniejszym było jednak, że jest bezproblemowy.

Po dwóch tygodniach przyjechało pozostałych dwoje. Mateusz i Andrzej. Pierwszy miał 25 lat i był typem dżolero – solarium, żel we włosach. Strasznie się kleił nie tylko do mnie, ale ponoć w ogóle do każdej dziewczyny. Szybko dałam mu do zrozumienia, że nic z tego i od tego czasu był znośny. Również dało się z nim pogadać, poza dniami kiedy był naćpany i starałam się go unikać. Andrzej miał lat 36 i widząc moje przerażenie nowym krajem i mieszkaniem z zupełnie obcymi mężczyznami, przyjął sobie opcję, że jestem jego młodszą siostrą. Zaprzyjaźniliśmy się, choć mógłby być moim ojcem. Do dziś mamy kontakt, już nawet nie dlatego, że był zawsze chętny do pomocy i dzięki niemu nie musiałam się bać. Był osobą szczerą, pozytywną, zawsze żartował i był jednym z niewielu Polaków w UK, których bardzo polubiłam. Był po prostu normalny, a jakże się to ceni ! Chociaż jego angielski był mocno średni, przyjaźnił się z Anglikami, kumplował z Ruskimi, Hindusami i Muzułmanami również. Przyjemnie było patrzeć, jak Polak tworzy pozytywne relacje z wszystkimi wokół, w odróżnieniu od większości krzywogębnych rasistów z naszego kraju, dla których wszyscy są BLE oprócz nich samych. Tak więc Andrzej pomógł mi się dostać do pracy, w której miał umowę, uzgodnił że będziemy pracować na jednej zmianie, żebyśmy mogli jeździć tam razem (było to 28 mil w jedną stronę) i – uwaga – obraził się, kiedy chciałam dorzucić się do benzyny. „I tak moim obowiązkiem jest tam jeździć. Pracuję tam od 8 lat, odłożyłem kupę forsy i co miesiąc wysyłam rodzicom, a jako że mieszkam na pokoju, jeszcze mi zostaje. Weź ty dziewczyno odłóż kasę co ściągniesz matkę jak chciałaś a nie wymyślaj głupot”. W oczach miałam łzy, bo obcy facet traktował mnie lepiej niż rodzina (która w przyszłości zdzierała ze mnie dwa razy więcej niż benzyna była warta). Więc starając się odwdzięczyć, co drugie popołudnie uczyłam go gramatyki angielskiej. Po dwóch miesiącach oprócz czasu dotąd zawsze teraźniejszego opanował też przeszły i przyszły. A kiedy na treningu złamał bark, jeździłam z nim do lekarzy. Pewnie i tak nie pomogłam nawet w połowie tyle, ile on pomógł mnie, ale przynajmniej starałam się pokazać mu, że doceniam to, co robi. A wcale nie musiał, bo nic z tego nie miał. Mimo to, kiedy wracałam z centrum wieczorem, punkt 21:00 miałam telefon : Czyś ty oszalała?! Mało gwałcicieli w tym syfiastym mieście?! Masz być zaraz w domu! – Dobrze tato – śmiałam się. A kiedy chłopaki kłócili się ze mną, że się czepiam (jak zwykle ubrudzili wszystkie 20 garnków i co do talerza, a do sprzątania się żaden nie śpieszył), zawsze stawał po mojej stronie. Kiedy skończyła się umowa na mieszkanie, wszyscy szykowali się do przeprowadzki, a ja postanowiłam pojechać na drugi koniec Anglii i dołączyć do dalszej rodziny, na pożegnanie postawiłam mu ulubione whisky i kupiłam parę drobiazgów. Rozpłakał się. „Bo jak dotąd jak komuś pomogłem to mnie zlali albo wrobili tak, że sam wyleciałem z roboty, którą im załatwiłem”. Gdzie są normalni ludzie na tym świecie, pytam się? Dlaczego z kogoś bezinteresownie dobrego muszą zawsze zrobić frajera?

To był jeden z niewielu Polaków, z których byłam dumna. Pozostał sobą pomimo sępów wokół siebie i kierował się myśleniem, że musimy pomagać, bo kiedy tu przyjechaliśmy, każdemu z nas ktoś pomógł. Inaczej nie dalibyśmy sobie rady.

Większość z tych, których poznałam później, to istna tragedia. Mięsień piwny i wszystko wiedzące Mietki. Typ, którego nie znoszę. Po pierwsze, są jak dzieci. Zgrywają się pod towarzystwo. Przykład:

-Wiesz, nie znoszę Polek które puszczają się z ciapatymi.
-A mnie to nie rusza – odparłam obojętnie.
-Jak to?!
-Ludzie mieszają się na całym świecie. Popatrz np na Amerykę. Mnie to nie interesuje, byleby byli ze sobą szczęśliwi, to wszystko gra.
Widział, że rasizmem mnie nie podejdzie. Rozejrzał się, czy nikt nie słyszy i mówi:
-No, ale oni to nie są aż tacy źli, a przynajmniej mają cholernie dobre żarcie. Np chicken tikka masala,mmm…
(To miasto było dla odmiany w 90% muzułmańskie).
Nie skomentowałam. Gdybym powiedziała, jak oczekiwał, że durne Polki puszczają się ze śmierdzącymi ciapakami, to miałby tysiąc epitetów na poparcie tego. Ale nie ze mną te numery, więc musiał zmienić płytę. Poczułam się jak w gimnazjum znów.
Poza zgrywaniem się, ten typ to znawca wszystkich nacji. Ciapaki cuchną, Angole to brudasy i nieroby, Polacy są niewdzięczni i jeden drugiemu wilkiem (tu i tylko tu mają rację, pomimo faktu że sami tak robią), Łotysze się wywyższają, Ruskie myślą że są cesarzami świata a Słowaki to tylko i wyłącznie gruba Cyganeria. Wszyscy są BLE oprócz nich samych. Oni są wspaniali, z pięknymi bezzębnymi uśmiechami, seksownymi mięśniami piwnymi, opowieściami ‚co ja to takiego nie robiłem’ i słomą wychodzącą z butów. I fałszem, który jak pasożyt przylgnął do ich skóry.

Kolejny typ to „rzucam się na wszystko”. Pomijając fakt, że gość widzi naszą dwudziestoletnią przerwę w dowodach (mów mi córko), przy pierwszych pięciu minutach rozmowy, na którą nie miałam ochoty, proponuje mi randkę w pubie,w którym spędzimy czas z jego przyjaciółmi Anglikami. ‚Będzie fajnie, zdala od ciapaków’, mówi, jak gdyby ci wulgarnie określeni mieli jakikolwiek wpływ na moje życie, że miałabym chcieć się od nich uwolnić. I nie, wcale nie należę do piękności. Ani do tych dziewczyn, które ubiegają się o uwagę, bo i takie bywały.

Następny typ to bajkopisarz. Kompleksy doprowadziły go do prywatnego Disneylandu. Gdzież on to nie był, czego nie widział, ile nie posiada i jakiego nie ma powodzenia. Po prostu rzucaj się, nim Książe Ze Bajki zostanie porwany przez inną.

Kolejny typ to ‚nienawidzę wszystkich’. Równie powszechny co Mięsień Piwny, często tworzą dwa w jednym. Poza tym, że jak już wiemy, nienawidzi Azjatów i Czarnych, nie przepada też za żadnym z sąsiadów ani w ogóle Europejczyków, niezależnie od tego czy kraj pochodzenia danej osoby jest w stanie wskazać palcem na mapie. Po nich wszystkich, nienawidzi Polaków i Polek. Potem dzieli na województwa.

-Jesteś ze Śląska?! Ja pier….
-Tak, a bo co? – pytam
-Wy to macie nasrane. Niby do Polski nie chcecie należeć, do Niemiec też nie,sami nie wiecie co chcecie..
-Słuchaj – denerwuję się – wszelkie niechęci wynikają z historii i urazów, nie są bezpodstawne. Co nie znaczy, że wszyscy mamy lub nie mamy ‚nasrane’ … Za kogo ty się w ogóle masz?
-Za Polaka. Dumnego. Z Warszawy.
-Czyli dla ciebie Polska zamyka się w województwie mazowieckim – burknęłam, choć miał tego nie słyszeć. Unosi brew.
-A i owszem.
-Więc możesz być conajwyżej z wioski pod Warszawą, takiej, w której asfalt zwijają po dziewiętnastej.

Miałam nie być wredna. Czasem się nie da.

Są jeszcze inne typy, na które otwiera się przysłowiowy nóż w kieszeni. Tacy, którzy nie praktykując swojej religii, głoszą, że przede wszystkim Muzułmanie, a po nich wszelkie inne religie, a trochę tego w Anglii jest, to debile. Bo tak i już. Jak się sprzeciwisz, to oczywiście jesteś muzułmańskim narzędziem do Islamizacji Europy. „Puszczasz się z ciapatymi” itd.
Poza ludźmi, których zżerają różne fobie, są jeszcze kombinatorzy, którzy pracują i biorą zasiłki albo głoszą wszem i wobec, że po co pracować ponad siły, skoro Królowa mu w tym tygodniu dopłaci 70 funtów i tak. I zdzierają z najbliższej rodziny i każdego, kto wie mniej niż oni. W oprocentowaniu np czynszu potrafią być lepsi niż banki.

Tych fajnych Polaków, na poziomie i z pewną kulturą osobistą, można liczyć na palcach. Na setki tu poznanych, spotkałam ich tylko piątkę ! To i tak ponoć dobry wynik. Smutna prawda.

Najsmutniejsze jest dla mnie, że widziałam nieraz, że każda inna nacja staje w swojej obronie. Muzułmanie mogą się nie lubić, ale gdy jeden ma kłopoty, drugi go broni. Albo poda mu rękę. A po wszystkim kłócą się dalej. Rosjanie podobnie, jak i Słowacy, Litwini, Łotysze. Wszyscy. Tylko nie my, Polacy. Dlaczego ?

01. Rzecz o ucieczce.

Każda ucieczka jest nam pisana, choć dostrzegamy to dopiero po latach. Gdybyśmy o tym wiedzieli od razu, nie byłoby wątpliwości ani strachu, choć może lepiej jest kiedy podchodzimy do tego z dystansem. Przez te lata zdążyłam naprawdę pokochać ucieczki na zasadzie podobnej do tego jak można pokochać podróże. Uczucie spokoju następujące tuż po jest jak medytacja. Albo modlitwa.

Uciekałam już od dzieciństwa. Przed samą sobą, tworząc świat dostępny tylko w mojej głowie. Przed ojczymem narkomanem i alkoholikiem -tysiące razy, aż skumulowały się one do jednej dużej ucieczki tam, gdzie by sobie nie poradził. Tak znalazłam się w Zjednoczonym Królestwie. Uciekałam też od związku z rakiem, który pożerał moją duszę. I od kraju, który nie pozwolił mi spełnić drobnych nawet marzeń. I od wszystkich tych demonów, które niszczyły moje ja.
Dziś mogę wreszcie odetchnąć spokojnie i pomyśleć nad tym ile razy trzeba uciec aby odnaleźć siebie?

Droga jest długa i wyboista, pełna smutku i chwili zwątpienia. Ale tu gdzie jestem nie ma rzeczy niemożliwych, przy odpowiedniej motywacji. Mam 21 lat i przestałam się bać – mówię głośno. I czasem mnie to gubi. Dla kogoś, kto całe życie ucieka, „trwać w bezruchu, znaczy umrzeć”. Tak mówi lektura „Zmartwychwstania”. Więc nie uciekając można się poczuć zawieszonym między życiem a śmiercią. Bo dziecko, które nie wie jak to jest normalnie żyć, będzie się potykać jeszcze długo po odebraniu dowodu. Nie biegnę, uczę się chodzić.

Szkoła okazała się moją terapią. Sama czuję się dzieckiem, więc odnajduję się wśród nich doskonale. Dają mi energię i poczucie satysfakcji. Każdy ich drobny sukces daje szczęście, porażki tworzą łezki w kącikach naszych oczu. I staramy się to ukryć, choć po naszych minach nietrudno jest zgadnąć. „Następnym razem się uda, dość tego” – mówi dziesięciolatek, a ja nie wybucham śmiechem. Całe popołudnie kombinuję jak nauczyć ich lepiej. Studiuję po słowacku wszelkie słowa mogące się przydać. I kiedy następnym razem postęp jest widoczny na tyle, że zachwala nas dyrektorka, szerokie uśmiechy nie schodzą nam z twarzy. Zaprzyjaźniliśmy się, ja i sześcioro dzieci o szczególnych wymaganiach. Dwoje niepełnosprawnych, dwoje z świetnym angielskim mówionym i tragicznym pisanym, dwoje z dobre dwa lata do tyłu za poziomem grupy. Tutaj dzieci nie powtarzają roku więc w 30-osobowej klasie mamy dzieci ogarniające materiał w 10%, takie które uczą się na 50% jak i takie, które już dawno go wyprzedziły. Te ostatnie są bezczelne i nieznośne, swoim zachowaniem próbujące podkreślić, że ta szkoła jest dla nich za głupia, nauczyciele też. Grupa środkowa to miłe dzieci, cieszące się sukcesami i ubiegające się o wytłumaczenie po stokroć co zrobili źle. Grupa najsłabsza to moi ulubieńcy. Poświęcenie uwagi daje im tyle radości, że motywacja natychmiast wzrasta o conajmniej połowę i postęp widoczny jest dość szybko. Są w tyle, bo są dziećmi ludzi, którzy uciekali. Od problemów, kryzysu, biedy. Są dziećmi słowackich Cyganów lub mieszkanek indyjskich wiosek. Rodzice uciekali by zapewnić im lepsze życie i sami uczą się chodzić w nowej rzeczywistości, tak jak ja. Nie mogą dać swoim dzieciom wsparcia w edukacji, bo sami ledwo mówią po angielsku, nie piszą wcale. Często jest tak, że nawet nie chodzili do szkoły. Dlatego jestem ogromnie wdzięczna, że dostałam szansę pracy właśnie z nimi. Z dziećmi bystrymi, zawsze uśmiechniętymi, przy których czas płynie niesamowicie szybko. Z dziećmi, którym odrobina wsparcia i pochwał rozpościera skrzydła, daje radość. Jestem szczęśliwa uzupełniając wysiłek rodziców. Przestałam uciekać i znalazłam coś, co daje mi mnóstwo pozytywnej energii. Bo każda ucieczka jest nam pisana, choć doceniamy to dopiero po latach.