09. Agencje pracy w Wielkiej Brytanii.

Agencje pracy.

Błogosławieństwo dla nowoprzyjezdnych, przekleństwo dla mieszkających na stałe. Agencje są oczywiście lepsze i gorsze. Są takie, do których wciąż bym się zgłosiła w potrzebie i takie, których nie polecam nawet ludziom w desperacji. Jedne spełniają swoje obowiązki bez najmniejszych problemów, inne nagminnie łamią prawo nie wywiązując się ze swoich obowiązków wobec pracownika. Ale zaczniemy od tego, czym są i jak działają.

Agencja pracy to pośrednik między Tobą a pracodawcą. Dla pracodawcy są wygodą, między innymi dlatego, że dzięki nim oszczędza. Wzywa dodatkowych pracowników z agencji, kiedy produkcja/ilość zamówień, ogółem ilość pracy, wzrasta nagle. Ma ich praktycznie „na już”, z reguły agencja dostarcza pracowników w około godzinę od prośby o nich, co ma swoje niewygodne strony dla samych pracowników, bo zgłaszając się jako poszukujący pracy, często dostajesz telefon np o szóstej lub siódmej rano. „Proszę się wstawić w agencji w ciągu dwudziestu minut”. W wypadku kiedy nie masz ochoty, najlepiej nie odebrać udając, że się spało. Jeśli mówisz, że nie zdąrzysz/ należy Cię uprzedzić dzień wcześniej/ lub nie, dziś nie jestem dostępny, opcje są dwie. Jeśli agencja jest w porządku, nie będzie to problemem i wciąż jest szansa, że zadzwonią innym razem. Jeśli to typ agencji, która nie ma szacunku do pracowników i próbuje ich sobie tresować, zostajesz skreślony. Niestety agencji drugiego typu namnożyło się z powodu nadmiaru osób poszukujących pracy, więc mogą wybrzydzać i chętnie to robią. Są też agencje, których jakość zmienia się w zależności od osób tam pracujących. Pracodawca dostaje więc pracowników „na już” i równie szybko może się ich pozbyć. Często do ostatniej minuty zmiany nie wiesz, że od jutra praca się kończy, z prostego powodu, że ludzie myślą sobie „pracowałem ciężko i się starałem, a oni pozbywają się mnie tak samo jak innych obiboków” i robią po złości np celowo nie wykonując pracy jak trzeba. W wypadku ludzi na stałej umowie pracodawca musi przejść przez szereg różnych działań i mieć dobry powód, aby kogoś zwolnić. Agencyjnych zamawia sobie kiedy potrzebuje, co mu się zwróci z powodu zwiększonej ilości pracy. Kiedy są niepotrzebni, nie pracują, więc oszczędza. Pracownikom agencji nie musi płacić urlopu (od tego jest agencja, każda ma inny system płatnego urlopu: jedne przyznają dzień za przepracowany miesiąc, inne więcej np dwa lub dwa i pół ), nie wypłaca im chorobowego ani żadnych opuszczonych dni w pracy (agencja pokrywa je z Twojego płatnego urlopu, jeśli o to poprosisz), nie płaci Świąt Narodowych – Bank Holiday’i (tego akurat nie robi nikt) i jeśli mu się nie spodobają, wyrzuca ich z dnia na dzień bez żadnego problemu.
Agencja pobiera wszystko, co płaci się za pracownika ponad średnią krajową. Jeśli pracodawca płaci za pracowników np 8 funtów na godzinę, pracownicy dostają najniższą krajową (aktualnie 6,31, zmienia się to co roku w okolicach września/października o kilkanaście pensów, poprzednia wynosiła 6,19), a reszta trafia do kieszeni agencji. Patrząc na to, że większość z agencji ma kontrakty z kilkoma zakładami, a w miesiącach wrzesień-grudzień i luty-kwiecień zatrudniają setki pracowników naraz, nie dziwi ilość agencji. W moim mieście jest ich około piętnastu, a przynajmniej tych, o których wiem, gdzie są.

Dobre strony agencji widziane oczami pracownika to łatwość i szybkość w znalezieniu pracy oraz możliwość zmiany, jeśli dana praca nam się nie podoba. Jeśli jesteś pracownikiem dbającym o jakość pracy i nie sprawiającym problemów, najpierw dostrzega to agencja i jesteś na liście pierwszych w kolejce to zatrudnienia, co sprawia, że nie będziesz narzekał na brak dochodów. Następnie często bywa tak, że po około trzech miesiącach próbnych, pracodawca oferuje pracę na stałe, często na lata. To jednak zależy od szczęścia, bo przy obecnej ilości rąk do pracy nie jest to takie łatwe. Przybysze z Wschodniej Europy słyną z pracowitości i kolejka do tzw kontraktów bywa długa. Jakiś czas temu w życie weszła ustawa mająca chronić pracowników przed wyzyskiem, wielu ludzi pracowało bowiem przez agencje latami. Głosi ona, że po trzech miesiącach pracy pracodawca nie może Cię dłużej zatrudniać, jeśli nie zaproponuje Ci umowy na stałe. Nie wiem czy to nadal obowiązuje, ale gdy pracowałam przez agencje, bardzo często zgrabnie wymijały ową ustawę. Podstęp polega na tym, że jeśli zakład funkcjonuje od poniedziałku do piątku, przez trzy miesiące nie wolno Ci opuścić żadnego dnia, inaczej liczy się to od nowa. Niektóre agencje odwoływały pracowników po równych trzech miesiącach np na tydzień lub dwa i dawały im tą samą pracę po tym czasie. Inne upewniały się, że chociaż w jednym tygodniu na owe 12 nie pracujesz pięciu dni tylko np cztery. Nie mam pojęcia jak to wygląda dziś. Ostatnią pracę przez agencję miałam zdaje się w zeszłe lato.

Rejestracja w agencji polega głównie na wypełnieniu formularza z pytaniami o dane, numer konta, doświadczenie i jakiego rodzaju pracę podejmiesz oraz ile godzin tygodniowo i na jakie zmiany. Niektóre agencje przeprowadzają dodatkowe rozmowy w celu sprawdzenia poziomu angielskiego. Kiedy już wybiorą Cię do pracy, a Ty się zgodzisz, ogólnokrajowe zakłady przeprowadzają szkolenie. Najczęściej polega na obejrzeniu filmu z zasadami BHP i odpowiadaniu na pytania związane z BHP. Podpisujesz i o ile zaliczyłeś test, jesteś gotowy do pracy. Małe, lokalne zakłady nie przeprowadzają niczego i prosto z agencji trafiasz do pracy.

Agencje zdarzają się złe i dobre. Złe to takie, w których np nie wypłacano mi odpowiedniej ilości pieniędzy na czas albo nie dostarczano payslipów (na których pokazane jest ile w danym tygodniu przepracowało się godzin, ile odprowadzono podatku i ubezpieczenia i ile powinno się dostać do ręki), albo płatny urlop wypłacano po kilku tygodniach kłótni (a zapewnienia były że dostanie się pieniądze po dwóch tygodniach od zgłoszenia urlopu). Dobre agencje to takie, w których wszystko zawsze było jak trzeba, z uśmiechem i wspólnym szacunkiem.

Mimo wszystko polecam poszukiwanie pracy polegające na roznoszeniu CV bezpośrednio do potencjalnego pracodawcy, nawet jeśli w międzyczasie pracujemy przez agencję. Zwiększa to szansę znalezienia stałej pracy i stabilizacji, co w dobie kryzysu staje się coraz trudniejsze. Odradzam pracę w restauracjach i barach, chyba że są angielskie, bo Anglicy są najczęściej uczciwymi pracodawcami, czego nie można z tą samą pewnością powiedzieć o imigrantach z Azji i Europy (niestety Polaków też mam na myśli – właściciele sklepów czy restauracji polskich bardzo często grają nie fair. Że już nie wspomnę o rosyjskich lub azjatyckich ‚mafiozach’ i innych typach piorących brudne pieniądze z narkotyków i prostytucji pod przykrywką biznesu – omijać!). Jeżeli pracodawca nie proponuje Ci najniższej krajowej to u niego nie pracuj, bo jako nielegalny pracownik nie wywalczysz zaległych pieniędzy i możesz nawet jakiś czas pracować za darmo, nie udowodnisz tego. Ale to chyba logiczne 🙂 Nowoprzyjezdnym polecam trzymać wszystkie papiery o dochodach i potrąconym podatku – jeśli nie przekroczyłeś progu dzielącego najniższe dochody od średnich, zwrócą Ci większość podatku. Fajna sprawa dostać nagle np 600 funtów ‚znikąd’ 🙂

Reklamy

08. Dziecięce rozterki na temat religii.

Dziecięce rozterki na temat religii.

Rashmiyash to wcześniej wspomniany mały Hindus z mojej grupy słabszych dzieci, wymagających dodatkowych zajęć. Przeuroczy jedenastoletni chłopiec, bezproblemowy, zawsze chętny do wykonywania poleceń, sympatyczny. Jakiś czas temu jego osobowość została doceniona, kolega nominował go do corocznych nagród tekstem, dzięki któremu otrzymał medal ‚Przyjaciela roku’. Tekstem wzruszającym, jak podkreślił dyrektor. „Dla Rashmiyasha, za to że ma wielkie serce i zawsze można na niego liczyć. Wspierał mnie przez cały czas, kiedy przejmowałem się zdrowiem mamy przed jej operacją. Robił wszystko co mógł, żeby poprawić mi humor, nawet oddawał mi swoje słodycze i dał mi ulubioną grę. Jest najlepszym przyjacielem na świecie i należy mu się nagroda!” – wyczytano przed całą szkołą anonimową nominację. Łezka zakręciła się w oku. Złoty dzieciak.

Tego samego dnia, po przerobieniu wymaganego materiału, mieliśmy godzinę czasu wolnego. Uczeń ze Słowacji, Martin, wziął się za rysowanie i niedługo potem rysowała już cała grupa.
– Czemu się smucisz, Rashmi? – zapytałam, widząc że od kilku minut wpatruje się w pustą kartkę.
– Mój dziadek jest w szpitalu od wczoraj, zemdlał i musieli go zabrać – odpowiedział.
– Przykro mi. A może narysowałbyś coś dla niego? Myślę, że się ucieszy.
– Próbuję, ale ja nie umiem narysować czegoś co on lubi – odpowiedział przejęty, niemal ze łzami w oczach. Do pracy w szkole nie nadaję się pod jednym względem: te dzieci zawsze wzbudzają we mnie litość. Całe szczęście, że jeszcze nie skojarzyły, że można to wykorzystać. Przeżywam czasem bardziej niż one.
Po piętnastu poprawkach mieliśmy piękny obrazek przedstawiający Blackpool. Dzieciak się rozchmurzył, ponoć zarobił od dziadka buziaka. Dziadek po tygodniu czuł się lepiej. W kolejnym tygodniu spotkałam Rashmiyasha jakiegoś nieobecnego.
– Wszystko gra?
– Dziadek umarł – odpowiedział obojętnie.
– Przykro mi. Ale myślę, że teraz będzie szczęśliwy, nie będzie więcej chory ani smutny – próbuję go pocieszyć. Wtopa. Chłopak nawet nie jest smutny, zaczynam kojarzyć dlaczego.
– Czy po śmierci ludzie nas widzą?
– Zależy w co kto wierzy – odpowiadam wymijająco, widząc że matematyczka przysłuchuje się naszej rozmowie. ‚Poprawne politycznie’ – w mojej głowie pojawia się ostrzeżenie. Uważaj co pleciesz, bo się uczepią.
– Pani Hafiz mnie zdenerwowała. Ona nic nie wie – odpowiedział.
– A skąd taki wniosek?
– Powiedziała mi, że jak ktoś umrze to nie wraca!
– Ona jest muzułmanką i nie wierzy w reinkarnację. Od trzech tygodni macie zajęcia o religiach, chyba nie uważałeś, co? – próbuję żartować. Nie działa, chłopak jest rozzłoszczony.
– To znaczy, że ona nie wie, że wracają? – próbuje zrozumieć, jak to jest, że nauczycielka czegoś nie wie.
– To znaczy, że ona wierzy w coś innego niż ludzie w twoim kraju. W jej kraju wierzy się, że życie jest jedno.
– Ale to durne.
– Nie wolno nam oceniać, musimy szanować wybór innych. Ty możesz wybrać w co wierzysz i inni też mogą, nie wolno nam ich krytykować.
– Dobrze, nie będę – odpowiada.
Ale ta myśl nie daje mu spokoju. Nadal nie rozumie, w domu nikt mu nie powiedział, że można wierzyć w coś innego i nie do końca to do niego dociera. Przyszedł do mnie jeszcze dwa razy z pytaniem, czy ludzie po śmierci wracają, czy w końcu jednak nie. Skończyło się na powtórkowej lekcji o religiach. Przeraziło go to, bo zauważył, że może wybrać, ale on nie wie co. Poprosiłam, żeby się nie przejmował, bo zdecyduje w co wierzy jak podrośnie. Szkoda mi się go zrobiło, bo miałam wielką ochotę powiedzieć mu, że reinkarnacja to bzdura, której ludzie używają do usprawiedliwienia się, że w tym życiu są źli, bo w następnym to już napewno będą lepsi. Jesteśmy jednak w Anglii, w której za przekonywanie innych do swoich racji możesz stracić pracę, kiedy wściekła rodzicielka poda Cię do sądu o ‚zniszczenie jej syna i spowodowanie porzucenia tradycji’. Tak więc mam nadzieję, że młody kiedyś odkryje prawdziwą religię sam. Póki co miałam niezłą lekcję książkowego odnoszenia się do wierzeń. Będąc członkiem koła pedagogicznego musisz stać się ateistą przynajmniej na osiem godzin. Ciężka sprawa. Pani Hafiz też już to wie. Miała pogadankę u dyrektora za ‚brak szacunku do tradycji i sposobów wychowania rodziców ucznia’. Poprawność polityczna nie zawsze działa na rękę. To trochę jak kaganiec, myślisz coś innego a musisz mówić to, co trzeba. Niezależnie czy chodzi o religię, czy o to, co sądzisz o przybyszach z poszczególnych krajów. Kaganiec ucisza rasistów, więc jest to z jednej strony dobre. Z drugiej strony dostrzegasz, że wolność słowa istnieje tylko na papierze, bo przestrzeń między Twoją wolnością a wolnością sąsiada ma dwa metry kwadratowe. Po trzecie, co mnie smuci, wiesz, że wielu ludzi wokół Ciebie będzie udawać sympatycznych, choć mają ochotę wsadzić Ci kosę w plecy, bo są ofiarami propagandy mediów i uważają, że przez Ciebie ich kraj idzie na dno. Życie.

07. Angielska stypa na wesoło.

Stypa na wesoło.

Letnie miesiące spędziłam w pracy, w której poznałam Angielkę o imieniu Juliene. Jest ona kobietą około czterdziestoletnią, choć wygląda na sporo mniej. Zadbana, w fryzurce na Victorię Beckham, mam na myśli jej słynnego boba. Swoim zachowaniem i osobowością bardzo przypominała mi dobrą znajomą z Polski, która również była o wiele starsza odemnie i równie jak Juliene inteligentna oraz na swój sposób przebojowa. Z tamtą wymieniałyśmy książki i poglądy lub oglądałyśmy filmy, z tutejszą wymieniałyśmy historie o zwyczajach, sposobie myślenia, poglądy też. Miałyśmy codziennie około sześciu godzin do dyskusji, pomijam godziny poranne, w których mamy wspólną przypadłość – każdego, kto czegoś od nas chce, mordujemy. „Do mnie się po prostu rano nie gada i skoro nauczyłam tego nawet mojego męża, myślę że każdy poradzi sobie z tym faktem” – stwierdziła J i temat był wyczerpany, nic dodać, nic ująć. Po przerwie na kawę następowało gadulstwo, jakbyśmy się nie widziały przez miesiąc. W ciągu tych trzech miesięcy naśmiałam się tyle, że brzuch miałam płaski bez żadnych ćwiczeń. W całej firmie ciągle nam powtarzano, że „z naszego rogu to tylko śmiech cały dzień”. Nawet szef przystawał posłuchać i prędko przestał się czepiać, zrozumiawszy, że nie nabijamy się z nikogo, dorzucał swoje pięć groszy i było mu równie wesoło. Te sześć godzin mijało w mig, a tematów na jutro zawsze miałyśmy w zapasie. Chcę dziś jednak przytoczyć opowieść, która fajnie pokazała pewną różnicę kulturową, a mnie osobiście zszokowała.
Pewnego letniego dnia, kiedy był rzadki jak na UK upał, a ja akurat pościłam, Juliene zaczęła się martwić, że umrę. „Tylko nie płacz za dużo bo nie lubię mazgajów” – odparłam i już miałam zacząć inny temat, kiedy odpowiedziała mi : „Nie żartuj sobie, wybrałybyśmy się z Anne na karaoke”. „Co chcesz przez to powiedzieć?” – ciągnęłam, pół żartem pół serio, bo jak na żart, miała całkiem poważną minę. „A czego nie rozumiesz?” – zapytała. No cóż, raczej nie poznałam dotąd nikogo, kto chodzi na karaoke w ramach stypy. To znaczy znałam, Juliene, ale jeszcze tego nie wiedziałam. No cóż, skoro już jesteśmy przy temacie śmierci, a tej się chce śpiewać, to zapytam. „I byłaś kiedyś na karaoke z okazji tego, że ktoś umarł?”. „Byłam – odparła – i wypiłam trochę za dużo wina, a z kuzynką której nie znoszę wyjawiałyśmy sobie sekrety. To był pub, ale że mieli karaoke, to i pośpiewaliśmy”. Nie rozumiała mojego zdziwienia. A więc tłumaczę jej, że w Polsce stypa nie należy do imprez rozrywkowych, w ramach której ludzie wybierają się całą rodziną do pubu. Pogrzeb i stypa to raczej mało przyjemne sytuacje i starałam się ich zawsze unikać, jak mogłam. Wszyscy są smutni, myślą o stracie bliskiej osoby… „Chyba sobie żartujesz. Też wspominamy, ale zamiast z płaczem, to jaką fajną osobą była ta, która odeszła. Nie chciałabyś chyba żeby przez ciebie wszyscy przez tydzień płakali? Pozatym to jedna z niewielu okazji spotkania całej wielkiej rodziny w jednym miejscu”. Nie mogłam opanować śmiechu, wyobrażając sobie to nieszczęsne karaoke na stypie. „No i co śpiewacie?” – w tym momencie przyłączyła się Anne, więc Juliene szybko wprowadziła ją w temat. „Różne piosenki, które wszyscy znają. Na przykład ‚Knock on wood'”*. Tu było mi mocno do śmiechu. Miały sporą listę. Znalazły się na niej między innymi ‚Another one bites the dust’** i ‚This monkey’s gone to Heaven’. *** Ale płakać zaczęłam dopiero kiedy Anne na swój pogrzeb zażyczyła sobie, aby pierwszą zaśpiewaną piosenką był jej ulubony hit z młodości. W odpowiedzi na nasze pytające spojrzenia zaśpiewała : „You gotta let me know, should I stay or should I go”.****

* ‚Knock on wood’, Eddie Floyd. Ogólnie tłumaczy się jako ‚Odpukać w niemalowane drewno’, ale Juliene użyła typowej dla Anglików gry słownej, więc tłumaczyłabym to raczej jako ‚Pukać w drewno’, co od tamtej rozmowy kojarzy mi się tylko i wyłącznie z trumną 😉 Swoją drogą owe gry słowne są w brytyjskim angielskim bardzo rozbudowane, nawiązują do znanych tekstów lub nazw własnych obracając je w żart. Spróbuję w przyszłości rozwinąć temat.
**‚Another one bites the dust’ – Queen. ‚Kolejny gryzie piach’.
***‚This monkey’s gone to heaven’ – The Pixies. ‚Ta małpa poszła do nieba’.
****‚You gotta let me know, should I stay or should I go’ – fragment piosenki punkowej grupy The Clash. ‚Musisz dać mi znać, czy powinienem zostać, czy mam sobie pójść?’

06. Doceniaj jeszcze zanim stracisz.

Don’t it always seem to go that you don’t know what you’ve got ’til it’s gone .’
Janet Jackson

Prawda stara jak świat. Nie docenisz, dopóki nie stracisz, mówią ludzie. Nieraz przekonał się o tym każdy z nas. Im bardziej złożona sytuacja, tym większa strata.

Dla większości ludzi pierwsza lekcja doceniania zaczyna się na studiach lub gdy się wyniosą „na swoje”. Nigdy dotąd nie pomyśleli, że to nie krasnoludki zmieniają im pościel, gotują obiad, piorą ciuchy i wydobywają śmierdzące skarpetki spod łóżka. Rozumieją to dopiero, gdy w obliczu sterty prania i garów do pomycia mają jeszcze na głowie masę nauki lub pracę. Wtedy poraz pierwszy większość ludzi zatęskni na mamą.

Innym przykładem jest emigracja. Wśród młodych nie ma aż takiego przywiązania do rodzinnej ziemi, jakie przed laty mieli na przykład ich dziadkowie. Dzieje się tak z wielu przyczyn. Ich dziadkowie, między innymi, nie musieli od młodości brać pod uwagę opcji emigracji. Oczywiście mogli i wielu to zrobiło. Ale nie było masowych wyjazdów na skalę milionową, a innych państw nie nazywano Polską 2 i Polską 3, jak dziś się to robi z Wielką Brytanią i Irlandią. Dziadkowie walczyli, bo znali Polskę, w której może być dobrze i mieli nadzieję, że coś zmienią. Dziś już nikt nie walczy, nadzieja odeszła. Wszyscy pakują walizki i uciekają. Nie oszukujmy się, że coś się zmieni. Nikt w to nie wierzy. W związku z inną rzeczywistością, patriotyzm jest dziś o wiele słabszy. Coraz częściej usłyszysz, że ktoś ma Polski dosyć, nie znosi jej, chce się wyrwać do innego, lepszego świata. To nie ich wina, nie o to chodzi. Piszę o sposobie myślenia.
I wtedy nadchodzi moment, w którym pakują walizkę i kupują bilet. Jeszcze w dniu wyjazdu, kiedy kładą się spać w obcym miejscu, za oknem widać charakterystyczne  budynki, a w szyby dudni inny niż dotąd deszcz, zaczynają tęsknić. Nowy świat, ludzie, język, kultura, zwyczaje, prawa. Wszystko, czego dowiadywałeś się od dzieciństwa na temat społeczeństwa, zostało daleko. Jak małe dziecko uczysz się funkcjonować od nowa.

Wtedy nagle doceniasz wszelkie drobiazgi, które przypominają o tym, skąd jesteś. Po miesiącu próbowania obcej kuchni masz jej serdecznie dość. Nadmuchany chleb gąbka, słone masło, do tego mega słony ser. To był zestaw, na którym zawiodłam się w ciągu pierwszych dwóch dni na wyspach. Zakupiony w Tesco. I nagle doceniasz takie bzdury, wydawać by się mogło, jak świeży chleb upieczony w lokalnej piekarni, pączki z makiem i budyniem, kapusta kiszona, wędzony ser czy owoce, które nie smakują jak papier ścierny. Wszystko to, co jadłeś przez całe życie, a na co smak stłumić będzie trzeba aż do następnej wizyty w kraju. To samo tyczy się wielu różnych dziedzin życia. Załatwianie spraw osobiście, a więc szybko, a nie listownie. Służba zdrowia. Nawet to, że podczas porodu wyślą po Ciebie karetkę. Ostatnio czytałam o kłótni taksówkarza i kobiety, której wystawił 80-funtowy rachunek za sprzątanie samochodu po tym, jak wiózł ją na porodówkę, a ona zaczęła rodzić. TAKSÓWKĄ na porodówkę. Jakiś koszmar. Nie doceniasz, dopóki nie stracisz.

Kolejnym przykładem niech będzie 27-letni Daniel. Poznałam go w pracy jakiś czas temu. Jak każdy z emigrantów, miał do opowiedzenia swoją historię. Śmiało, lubię ich słuchać. Przyjechał na wyspy mając 20 lat. Przez pięć lat pracował w firmie zajmującej się wypiekami. Mieszał składniki, regulował temperaturę itd. Miał umowę na dobrych warunkach ( na dzisiejszą rzeczywistość – umowa marzenie). Wszystko się układało, odłożył sporą sumę, pozałatwiał po znajomości pracę wielu znajomym. Ale tęsknił. Cierpiał też na syndrom Polaków, którzy są ze wszystkim na nie. Musiał zasuwać na Angoli, w zgniłym wiecznie deszczowym kraju, po to, żeby grubasy całymi pokoleniami siedziały na zasiłkach. Tak myślał. Zrezygnował z pracy, wyjechał do Polski i otworzył sklep. „Jak zapieprzać to chociaż na swoich”, stwierdził. Po roku zmienił zdanie. Zadłużył się, sklep nie prosperował. Podwinął ogon i po roku biedowania wrócił do Anglii. W dobie kryzysu, firma dla której pracował, nie płakała nad jego utratą. Zatrudnili kogoś na jego miejsce za najniższą krajową. Znajomi, wszyscy ustawieni, też niekoniecznie przejęli się jego niepowodzeniem, więc pracy szukał na własną rękę. Teraz, gdy Polaków wszędzie pełno, nie było tak łatwo. Skończyło się na tym, że pracuje w tym samym zakładzie, przez agencję pracy (coś jak umowa-zlecenie, z tym że agencja zarabia na każdej godzinie Twojej pracy, zdzierając z Ciebie) za najniższą również. Jako, że wie wszystko o wszystkim w tym miejscu, za te same pieniądze co inni robi dwa razy tyle. Coś, jakby był na umowie. Ale nie jest. „Najgorsza decyzja w moim życiu, nie ma szans żebym w Polsce zarobił tyle, co tu. A nawet gdy nie pracuję, daję radę przeżyć” – mówi. „I tak – sam się z tego śmieje – tyle narzekałem na zgnitą Anglię, a wróciłem na kolanach z prośbą o przebaczenie. ”
Nie docenisz, dopóki nie stracisz.

Apeluję do wszystkich :doceniajmy, póki jeszcze mamy! Będzie nam pozytywniej.
Zawsze mogło być gorzej i to nie tylko słabe pocieszenie. To kolejna stara jak świat prawda.

05. Przychodzi baba do lekarza, a lekarz na to: nie wiem.

O lekarzach w Anglii krążą już legendy. Każdy ma do opowiedzenia historię, w której lekarz nie zrobił tego, co oczekiwano, albo nie zrobił nic. Albo jego diagnoza była błędna. Albo nie rozpoznał ciężkiej choroby. Zmagają się z tym wszyscy: od Anglików we własnej osobie po przybyszy z krajów Azji lub Europy Wschodniej. Ci ostatni, przyzwyczajeni do niekoniecznie miłego traktowania, a jednak z reguły skuteczności i szybkości w leczeniu, przeżywają szok. Jak to? Przychodzisz do lekarza z dzieckiem z zapaleniem płuc, a lekarz słucha je przez kurtkę zimową i stwierdza, że nic mu nie jest? Masz złe doświadczenia związane ze szpitalem? A może należysz już do grupy ludzi, których NHS na wszystko leczy paracetamolem?

Mieszkając w UK należy przyjąć zasadę tupetu z uśmiechem. Tupetu, bo musisz i jeszcze raz musisz walczyć i kłócić się z lekarzem. O wszystko. Zasadę naszych babć, że „doktorka miała rację”, zostawiamy w Polsce. Jeśli nie umiesz krzyczeć i straszyć, zostaniesz odesłany do domu z paczką paracetamolu. Nie, żeby był zły, ale wszystkiego nie wyleczy, nie oszukujmy się. No i, co również ważne, musisz mieć tupet, ale używać go z uśmiechem. Najpierw walczę, a potem używam zwrotów grzecznościowych i uśmiechu. Bo takowych się w tej kulturze nadużywa. Skończyłeś walczyć, wygrałeś, podziękuj i życz miłego dnia. Po co? Po to, żeby Cię nie wyrzucili za awanturnictwo. Grzeczność wróciła na miejsce, a lekarz zapamięta, że tego pacjenta się nie zbywa, tylko dlatego, że mu się nie chce.

Przykładem wygrywania z tupetem nawet wobec lekarzy-Azjatów (a ci niestety są najbardziej nie-leczący i zbywający pacjentów) jest moja historia.
Dwa lata temu przez sześć tygodni pracowałam po dwanaście godzin w magazynie z cukierkami. Było to dość daleko, razem z dojazdami wychodziło 15 godzin (1,5 h w jedną stronę). Po przyjeździe do domu był szybki prysznic i do łóżka. Dodatkowo, były to nocki. Przy piątym tygodniu odbiło się to na moim zdrowiu i zemdlałam. Byłoby ok, ale dostałam drgawek wyglądających jak padaczka, które utrzymały się przez trzy godziny, gdy już byłam przytomna. Jazda do szpitala. A w szpitalu cztery godziny czekania. Nie ma wyjątków. Siedział tam też chłopak z Rosji, który pracował w restauracji. Spieszył się i gdy wbiegł do kuchni, ktoś akurat otwarł lodówkę czy szafkę, mniejsza. Miał dziurę w głowie, na której trzymał bandaż i krwawił sobie w kolejce. Również cztery godziny. Może dłużej, bo mnie przyjęto przed nim. Lekarz oczywiście dał mi paracetamol. Spytał, czy szczypie gdy robię kupę, bo teraz taki wirus. Nie, doktorze. Zrobiło mi się czarno przed oczami, zemdlałam, a ręce i nogi uciekały mi na wszystkie strony przez trzy godziny. Ale doktor nie miał okazji zobaczyć, bo tak długo czekałam w kolejce, aż samo przeszło. A może to ten paracetamol.
Polecił iść do mojej przychodni i poprosić o skierowanie do przychodni zajmującej się epilepsją. Następnego dnia poszłam więc do Dr Khan’a (leczy mnie na zmianę z żoną, również Dr Khan) i opisałam sytuację.
-Nie masz padaczki- stwierdził zza biurka, bo tak i już.
-Skąd ta pewność? Zemdlałam i mnie trzęsło, a wcześniej często mdlałam. Musi być przyczyna?
-Jakaś jest, ale nie masz padaczki.
Zaczynam się gotować.
-A jakie są jej objawy?
-Utrata przytomności, ubytki w wizji, trzęsienie.
-Wszystkie pokolei przeszłam wczoraj.
-Mówiłem już, nie masz padaczki.
-A ja mówiłam już, że chyba mam! Dodatkowo zdrętwiała mi szczęka i drętwiały ręce i nogi! Czy to nie brzmi jak padaczka?! – krzyczę.
-To nic. A jakieś ubytki w wizji?
-Widziałam kolorowe kropki, zrobiło się czarno a potem padłam – powtarzam poraz x, myśląc, że zaraz mu przywalę. – Dodaję, że jeśli okaże się, że mam padaczkę, mam zamiar podać tą przychodnię do sądu, za wmawianie mi, że jej nie mam.
-Miałaś ubytki w wizji -wykrzykuje z przejęciem – ty chyba naprawdę masz padaczkę!
Po czym wypisuje mi skierowanie, jakieś papiery z którymi jak najszybciej mam się udać do szpitala i z wynikami natychmiast się do niego zgłosić. Dziękuję i wychodzę. Na zewnątrz mam ochotę coś rozwalić, ale się powstrzymuję. Głęboki wdech. Wygrałam. Dorobiłam się poszarpanych nerwów, ale wygrałam.

Żona nielepsza. Przepisała mi mniej już ważne cośtam, które powinnam brać codziennie. Jako, że zaszłam w ciążę, chciałam się upewnić, czy wciąż mogę. Oprócz tego przyszłam z kaszlem i katarem. Dr Khan w wydaniu żeńskim oczekuje, że po wejściu do jej gabinetu wyśpiewam wszystko w sekundę. Nie, jak dotąd w Polsce, rozwiążemy jedną sprawę, to przejdziemy do kolejnych pięciu. Ma być sześć naraz. Więc kiedy pyta mnie w czym może pomóc, mówię jej jednym tchem: przyszłam z bólem gardła i katarem, który nie schodzi drugi tydzień, bólem stopy po wypadku, który zgłosiłam przed miesiącem i pytaniem czy wciąż mogę brać to – po czym kładę jej „to” na biurko, żeby sobie poczytała, sprawdziła, cokolwiek. Następuje dwuminutowa cisza.
-Powiesz mi, po co przyszłaś? – wykrzykuje. Karp. Plum, plum.
-Przecież dopiero powiedziałam!
Łypie na mnie spod swoich okularów.
-To powiedz raz jeszcze – odpowiada spokojnie. Przepisała coś na kaszel, na stopę też, patrzy na tabletki na biurku. – A to co?
-Przepisała mi to pani jakiś czas temu, czy mogę to nadal brać będąc w ciąży?
Słyszę magiczne: I have no idea. Przychodzi baba do lekarza, a lekarz na to: nie wiem.

Pytanie, czy to znów z lenistwa, czy może ze strachu, bo ostatnimi czasy błędy lekarzy są wykrzykiwane w brukowcach a oni sami zostają pociągnięci do odpowiedzialności za szkody „niechceństwa” czy nieuwagi. Nie wiem. Ona też nie wie. Tak sobie żyjemy, obie nie wiedząc.

Morał: trzeba mieć „tupet jak taran” na styl Wojciecha Cejrowskiego. I uśmiech. I groźbę, sugerującą, że z oskarżaniem niezdolnych lekarzy jesteśmy na bakier. Wtedy można wygrać coś więcej niż paracetamol. Ale nie zawsze, bo lekarz może być po to, żeby nie wiedzieć, jak działa to, co Ci sam przepisał. Wtedy trzeba też mieć stalowe nerwy. I nie mieć noża w kieszeni. Ani niczego, czym można zabić. Sąd nie posłucha, że to było w odwecie. A jeszcze lepiej jest iść do recepcji i powiedzieć, że nie mogę się dogadać z małżeństwem Khanów ze względu na ich akcent i to, że oni mnie nie rozumieją. Proszę o angielskiego lekarza. Kiedy takowy przychodzi, nagle jakoś wie, że oskrzela odsłuchuje się po zdjęciu zimowej kurtki! Ale tak całkiem najlepiej to nie chorować. Jak w polskim serialu : „Daleko od noszy, od noszy najdalej, najlepiej n i e  c h o r u j, omijaj szpitale!”. Czy Czarno-Czarni wiedzieli, że śpiewają o angielskim NHS? Przypuszczam, że było inspiracją.

04. O kobietach, które bez faceta nie istnieją.

Ze względu na nieoczekiwaną rosnącą popularność bloga i zbyt osobisty charakter wpisu, został on usunięty. Notka, którą właśnie czytasz Drogi Czytelniku, zostaje tutaj ze względu na to, że numeruję tytuły wpisów i nie chce mi się ich przepisywać. Zapraszam do przeczytania „29. O kobietach, które bez faceta nie istnieją. Część druga” o tym samym motywie przewodnim.

Pozdrawiam,
Sadeem

03. Czerwona kraina.

Czerwone cegły w wyziębłych murach na szarej ulicy bez końca. Czerwone ramy w oknach drewnianych, za każdym kryje się historia odrobinę inna od poprzedniej. Za zimnymi szybami tęsknota i żal w czerwonych obolałych sercach. Gdzieś w tle komin z czerwonymi pasami – przyczyna wiecznej szarości. Nieco dalej tory po których toczą się leniwie czerwone tramwaje. A w środku zmarznięci ludzie o czerwonych policzkach, czasem twarzach. Obserwuje ich dziewczyna w zbyt czerwonej szmince na ustach. I pomyśleć – sama się dziwi – że kiedy opuściła to miejsce przed trzema laty, zostawiając za sobą łzy, żale i zgorszoną nadzieję jak i sporą część serca, wszystko zdawało się być szare. Pominęła intensywność czerwieni miłości i rozlanej krwi. I letniego nieba, gdy zachodzi słońce.
                                                                ****************
Odkąd tu przyjechałam, setki razy pytano mnie czy brakuje mi Polski. Nie – odpowiadam – brakuje mi Śląska. Zdziwionym należy się wyjaśnienie – krainy na południu, która jest sama w sobie małym światkiem. Czego brak ci najbardziej – pytają -Szczerych intencji. Bo w tym miejscu bardziej niż gdziekolwiek odczułam, że niezależnie od tego czy dzielą się z tobą obiadem czy może dostajesz w zęby – robią to z szczerej intencji. Nie istnieją wyuczone uśmiechy i „mam się znakomicie” mimo dramatu od wewnątrz. Mają wady i zalety, ale, co najważniejsze, mają twarze, nie maski. Tego mi czasem brak. I chleba z miejscowej piekarni !