01. Rzecz o ucieczce.

Każda ucieczka jest nam pisana, choć dostrzegamy to dopiero po latach. Gdybyśmy o tym wiedzieli od razu, nie byłoby wątpliwości ani strachu, choć może lepiej jest kiedy podchodzimy do tego z dystansem. Przez te lata zdążyłam naprawdę pokochać ucieczki na zasadzie podobnej do tego jak można pokochać podróże. Uczucie spokoju następujące tuż po jest jak medytacja. Albo modlitwa.

Uciekałam już od dzieciństwa. Przed samą sobą, tworząc świat dostępny tylko w mojej głowie. Przed ojczymem narkomanem i alkoholikiem -tysiące razy, aż skumulowały się one do jednej dużej ucieczki tam, gdzie by sobie nie poradził. Tak znalazłam się w Zjednoczonym Królestwie. Uciekałam też od związku z rakiem, który pożerał moją duszę. I od kraju, który nie pozwolił mi spełnić drobnych nawet marzeń. I od wszystkich tych demonów, które niszczyły moje ja.
Dziś mogę wreszcie odetchnąć spokojnie i pomyśleć nad tym ile razy trzeba uciec aby odnaleźć siebie?

Droga jest długa i wyboista, pełna smutku i chwili zwątpienia. Ale tu gdzie jestem nie ma rzeczy niemożliwych, przy odpowiedniej motywacji. Mam 21 lat i przestałam się bać – mówię głośno. I czasem mnie to gubi. Dla kogoś, kto całe życie ucieka, „trwać w bezruchu, znaczy umrzeć”. Tak mówi lektura „Zmartwychwstania”. Więc nie uciekając można się poczuć zawieszonym między życiem a śmiercią. Bo dziecko, które nie wie jak to jest normalnie żyć, będzie się potykać jeszcze długo po odebraniu dowodu. Nie biegnę, uczę się chodzić.

Szkoła okazała się moją terapią. Sama czuję się dzieckiem, więc odnajduję się wśród nich doskonale. Dają mi energię i poczucie satysfakcji. Każdy ich drobny sukces daje szczęście, porażki tworzą łezki w kącikach naszych oczu. I staramy się to ukryć, choć po naszych minach nietrudno jest zgadnąć. „Następnym razem się uda, dość tego” – mówi dziesięciolatek, a ja nie wybucham śmiechem. Całe popołudnie kombinuję jak nauczyć ich lepiej. Studiuję po słowacku wszelkie słowa mogące się przydać. I kiedy następnym razem postęp jest widoczny na tyle, że zachwala nas dyrektorka, szerokie uśmiechy nie schodzą nam z twarzy. Zaprzyjaźniliśmy się, ja i sześcioro dzieci o szczególnych wymaganiach. Dwoje niepełnosprawnych, dwoje z świetnym angielskim mówionym i tragicznym pisanym, dwoje z dobre dwa lata do tyłu za poziomem grupy. Tutaj dzieci nie powtarzają roku więc w 30-osobowej klasie mamy dzieci ogarniające materiał w 10%, takie które uczą się na 50% jak i takie, które już dawno go wyprzedziły. Te ostatnie są bezczelne i nieznośne, swoim zachowaniem próbujące podkreślić, że ta szkoła jest dla nich za głupia, nauczyciele też. Grupa środkowa to miłe dzieci, cieszące się sukcesami i ubiegające się o wytłumaczenie po stokroć co zrobili źle. Grupa najsłabsza to moi ulubieńcy. Poświęcenie uwagi daje im tyle radości, że motywacja natychmiast wzrasta o conajmniej połowę i postęp widoczny jest dość szybko. Są w tyle, bo są dziećmi ludzi, którzy uciekali. Od problemów, kryzysu, biedy. Są dziećmi słowackich Cyganów lub mieszkanek indyjskich wiosek. Rodzice uciekali by zapewnić im lepsze życie i sami uczą się chodzić w nowej rzeczywistości, tak jak ja. Nie mogą dać swoim dzieciom wsparcia w edukacji, bo sami ledwo mówią po angielsku, nie piszą wcale. Często jest tak, że nawet nie chodzili do szkoły. Dlatego jestem ogromnie wdzięczna, że dostałam szansę pracy właśnie z nimi. Z dziećmi bystrymi, zawsze uśmiechniętymi, przy których czas płynie niesamowicie szybko. Z dziećmi, którym odrobina wsparcia i pochwał rozpościera skrzydła, daje radość. Jestem szczęśliwa uzupełniając wysiłek rodziców. Przestałam uciekać i znalazłam coś, co daje mi mnóstwo pozytywnej energii. Bo każda ucieczka jest nam pisana, choć doceniamy to dopiero po latach.