176.Dzień bez imigrantów

img_645420 lutego na terenie całego kraju odbył się prostest pod szyldem One Day Without Us. Jest on odpowiedzią na rosnącą falę ksenofobii i różnic społecznych w pobrexitowej (jeszcze teoretycznie) Anglii. Co ciekawe, w kampanii Jeden Dzień Bez Nas brali udział nie tylko przyjedzni, ale też wielu rdzennych Brytyjczyków. Jak twierdzą, chcieli pokazać, że wciąż cenią wielokulturową Anglię, której potęga w dużej mierze zależna jest od wielu pokoleń migrantów z całego świata. Ludzie opuszczali tego dnia pracę, maszerowali, skandowali, słuchali przemówień, dekorowali miejsca pracy, tagowali zdjęcia i wpisy w Internetach. Wielu imigrantów nie poszło tego dnia do pracy celem podkreślenia swojego wkładu w gospodarkę i ogólnego dobrobytu państwa.img_6450Manchesterimg_6448Universytet w Cardiff

img_6443img_6455img_6447Muzeum po zdjęciu prac imigrantów

img_6452

img_6453York

img_6458Walia

Wszystkie zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z fanpage OneDayWithoutUs.

175. Dzień z życia pedagoga – witamy w piekle

Praca to rutyna w życiu większości dorosłych ludzi. Codzienność. Czasem pracą chce się rzygać bardziej niż tęczą, czasem i ludźmi. W sumie to jednak jesteśmy w tym miejscu dość zgrani, a łączy nas wspólna pasja: przyszłość dzieci.

Tylko ta przyszłość dzieci, które już teraźniejszość mają naznaczone piętnem getta, nie jest zawsze taka oczywista. Szkoła uczy i wychowuje, wiemy to nie od dziś. A jednak ulica wychowuje skuteczniej.

***

Kumulacja naj. Samo serce najgorszej dzielnicy najgorszego miasta. Państwo w państwie. Po ulicach wypełnionych do granic możliwości szeregowymi domami walają się śmieci i meble. Stara dziurawa wanna stoi na tym samym trawniku od września, nawet Cyganie angielscy dorabiający na złomie się tu nie zapuszczają. Tu i ówdzie walają się strzykawki. Worki po ziele wyrastają z trawników zamiast kwiatków. Wszystko to pod przykrywką religijności – ojców modlących się całe dnie na starość, po całym życiu harówki, i synów, w odświętnych pobożnych ubrankach, uzależnionych od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. Handel, przekręty, Niche w głośnikach i drogie sportowe wozy.

Witamy w piekle.

My, na ile możemy, wychowujemy ich dzieci. Bo im nie zawsze chce się uczyć ich czegokolwiek, a jeśli już, to raczej mija się to z ogólnymi wartościami promowanymi przez szkołę. Zatem wychowywać jest co.

***

Czwartek, 10 minutowa przerwa. Dyżur na dworze. Tu, o ile nie leje, każda przerwa jest spędzana na podwórku. Rozwiązuję kłótnie i konflikty, 10 minut przerwy na pełnych obrotach, 120 dzieci i dwie dorosłe osoby. Dwóch piątoklasistów zaczyna się tłuc na pięści, wchodzę między nich. Jeden płacze ze złości, poniosło go. Drugi to lokalny cwaniaczek. „Uspokój się” – mówię do tego, który się szamocze i płacze, próbując usprawiedliwić. „Nikt cię nie obwinia, uspokój się. Zaraz o tym pogadamy, wyluzuj.” W tym samym czasie cwaniaczek stojąc dwa metry dalej prowokuje go, drząc się jak wariat. „Ucisz się” – mówię, ale chłopak wykrzykuje swoje racje, wiedząc, że ma przechlapane. Przekrzykuje mnie. „Cicho!” – wrzeszczę, „Nie i ch…!” odwrzaskuje. Podnosi butelkę i łup! Uderza nią z całej siły pół metra od mojej nogi. Butelka odbija się i przelatuje mi obok twarzy. Widzę na czerwono. „Do dyrektora, już!” – wrzasnęłam tak, że słyszeli mnie chyba nawet strażacy trzy kilometry dalej. „Nie pójdę!” – odwrzaskuje jeszcze głośniej i ucieka, przeskakując przez płot. Nie rzucam się za nim w pościg, pałeczkę przejmuje współpracownica i zatrzymuje go przy samym wyjściu. Ja ogarniam 4 klasy oczekujące na przyjście nauczycieli, którzy zabiorą ich do klas.

Tego dnia miałam ochotę połamać mu nogi. Upewniłam się, że jest zapisany na wszystkie zajęcia z szkolnym psychologiem, jakie udało mi się znaleźć. Na końcu przeprosił, płacząc, że nigdy nikt go nie słucha. Walczył ze mna nim jeszcze zdążyłam go oskarżyć o cokolwiek. Konkretne problemy emocjonalne. Rozmawiałam o nim z wychowawcą tego samego dnia. Ojciec sprzedaje narkotyki, a czas który spędza z synami wygląda następująco: przepustka z więzienia. Podjeżdża kradzionym samochodem, wrzuca ich do bagażnika, mają przejażdżkę. Rozrzucają pieniądze jak gdyby jutra nie było, no i tego jutra z ojcem nie ma. Albo wraca, albo znika. W międzyczasie wojuje z matką. Dzieciak jest skrzywdzony i skrzywiony emocjonalnie już na etapie piątej klasy.

To nie jedyny taki przypadek. Współpracownica, będąca w tej szkole od dwudziestu lat, wzdycha zrezygnowana. „Tyle bystrych dzieciaków uczyłam. Część z nich handluje, niektórzy są w więzieniu. Część sprzedaje kradzione samochody.” Niektórzy z nich aspirują do tego już w dzieciństwie. „Nie mów mi co mam robić” – stwierdzają do nauczyciela. „Mój ojciec zarabia w jeden dzień tyle co ty przez miesiąc.” Nie obce są mi też stwierdzenia typu „nie muszę się uczyć. Jak urosnę będę handlował dragami, jak moi starsi bracia.” W najlepszym wypadku – „jak urosnę zostanę taksówkarzem.” W wielu przypadkach dzieciak jest jeszcze nieświadomy, że na jedno wychodzi. Niedługo się dowie.

Są też dzieci uchodźców. Ciche, spokojne, wdzięczne za trochę radości, w głębi serca smutne. „Libia, o, wiem co to za kraj” – stwierdza jedna z dziewczynek podczas czytania tekstu. „Wielu ludzi umiera w wodzie próbując stamtąd wypłynąć. Jak brat mojego taty i jego rodzina.”

Jest też trochę dzieci z Europy – Polska, Słowacja, Rumunia, Bułgaria. 95% z niezdrowymi klimatami w rodzinie i – znowu – problemami emocjonalnymi.

Witamy w świecie, w którym dzieciństwo przestało istnieć.

Zdajemy sobie jako kadra pedagogiczna sprawę z codzienności tych dzieci. Rozumiemy doskonale, że pewnie i tak wychowa ich ulica, a życie będzie dalekie od usłanego różami. Ale jest coś, co możemy im dać, co poniosą z sobą całe życie. Ramię w ramię z surowym tłuczeniem dobrych manier i zasad funkcjonowania w społeczeństwie stawiamy na wspomnienia. Bo takich wspomnień jak uczeń naszej szkoły nie ma żaden inny dzieciak w okolicy.

img_6169

Raz na sześć tygodni szkoła funduje im kino/wycieczkę. Klasa, która ma najwięcej punktów na liście zachowania, wygrywa jedno wyjście dodatkowe, wybierają dokąd głosując. Przez cały tydzień prowadzimy coś na zasadzie świetlicy – po lekcjach dzieciaki uczęszczają na następujące zajęcia: robienia na drutach, sportowy, muzyczny, gier komputerowych. Uwielbiają je i na każdy z nich brakuje miejsc, lista jest zawsze pełna. Klub muzyczny to w ogóle osobna bajka. Uczą się gry na bębnach, perkusji, trąbkach, keybordzie, fortepianie. W wielu z tych dzieci zaszczepiliśmy miłość i pasję do muzyki. W społeczeństwie, które muzyką gardzi. Co piątek mamy w szkole koncert. Na zmianę – raz gra nauczyciel i dzieci, raz zaproszony artysta. Mieliśmy już szereg wspaniałych muzyków lokalnych grających wszelkie jej rodzaje, niektórzy byli szalenie utalentowani. Do tego przedstawienia kółka teatralnego raz w tygodniu, każdy poranek rozpoczęty 10 minutami tańca, raz na 6 tygodni pokazy artystyczne, moim ulubionym byli kaskaderzy na rowerach. Ich numerem popisowym było skoczenie z ciężarówki, na rowerze, na pustą puszkę położoną między nogami jednego z nauczycieli, któremu kazali się wcześniej położyć na ziemi. Co za emocje 😉 Nie muszę dodawać chyba, że modlił się jak nigdy w życiu. Często szkoła zaprasza też warsztaty artystyczne i dzieciaki mają okazję tworzyć/gotować/tańczyć/ćwiczyć/brać udział w szermierce itp  itd. W ciągu roku jest tego sporo i ma to ogromny wpływ na sukcesy dzieci w nauce, wyobraźnię, umiejętność wykorzystania zdobytych umiejętności w innych dziedzinach edukacji. Przede wszystkim na dobre samopoczucie. Większość z tych dzieci nigdy nie doświadczyłaby tego wszystkiego, gdyby ograniczyć to odkrywanie świata jedynie do czasu pozaszkolnego…

Oddajemy naszym uczniom część dzieciństwa. Słuchamy, wspieramy, uczymy pogody ducha.

Wreszcie – witamy w miejscu, w którym zwraca się dzieciom beztroskę.

img_6170

 

 

174. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi

9:15

Niedziela, dzień idealny na poszukiwania kandydata na męża. Niech nie zabrzmi to nijak desperacko, punkt pierwszy: zaprawdę powiadam, że sama jestem od niemalże roku, punkt drugi, w stylu życia, który sobie obrałam, nie ma miejsca na narzeczeństwo i ja, o dziwo, absolutnie się z tym zgadzam. Zgodziłam się też na podróż pociągiem, by kandydata przybyłego z Londynu spotkać w miejscu ciekawszym niż to, w którym mieszkam. Czuję się czasem trochę jak stara panna pod presją wydania, z tym że to nie rodzina próbuje się mnie pozbyć, a ja sama. Z powodów nieco innych niż rzyganie tęczą, o tym jednak innym razem. Raczej w przestrzeni mniej publicznej. To nieprawda, że każda kobieta potrzebuje faceta by czuć się dobrze sama ze sobą. Powodem może być też czysta biologia w wersji dozwolonej, ale ciii. Nie będzie kontrowersji i fajerwerków już od pierwszej upublicznionej kartki pamiętnika.

11:05

Dom nie może być tam, gdzie automatyczne połączenie z wifi. Gdyby tak było, moim domem byłby każdy skrawek każdego miasta, pomimo zaleceń operatora, twórców aplikacji bankowej i mojej matki też. Łączy mnie wszędzie, a jednak bycie na peronie lub w pociągu nie wzbudza we mnie nostalgicznego poczucia przynależności. Tak się tylko tłumaczę, na wypadek gdyby czytali mnie jacyś miłośnicy pojęcia dom.

11:30

Kupiłam bilet, książkę i mentosy. Całość wyszła mnie £7. Miałam fobię dostania się na peron, a lęki tego typu miewam zawsze, jeśli przez długi czas nie miałam z czymś doczynienia. Poszło jednak gładko, zapominam zbyt często, że w tym kraju wszystko jest dostosowane do ludzi, którzy nie lubią dużo myśleć, w związku z czym myślenie nie jest ogólnie wymagane. A jak już ktoś myśli, to uchodzi za klasę inteligencji, lepszaka. Przez innych lepszaków rzecz jasna. Ci, którzy nie myślą, nie zaprzątają sobie umysłów czymś tak skomplikowanym jak segregacja ludzi. Może i lepiej. Fascynuje mnie jednak czasem, jak można przejść przez życie w ogóle nie używając mózgu?! Głowa boli od samego wyobrażenia, a jednak można. I chyba ma się wtedy mniej zmarszczek na czole, muszę to przedyskutować z moją kosmetyczką.

img_5983

12:34

W Leeds prószy śnieg, urocze. Wpasowałam się z moim futrem w tło, wyglądam jak przybysz z Syberii. Dla przeciwników futer – jest sztuczne, ale biorąc pod uwagę wydarzenia nie tak dalekiej przeszłości, prawdopodobne, że jest jednak zrobione z chińskiego kota. Jak żyć.

12:37

Dosiadłam się do grupy rudotwarzych dresów aka cyganów angielskich i przeżyłam. Nikt normalny będąc jedyną białą i samotnie podróżującą hidżabi na przestrzeni dwóch sporych miast nie przysiadłby się w przedziale do kiboli, ale wrodzona przekorność i ich głupkowate spojrzenia wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Było ich może z ośmiu, w wieku mniej więcej ja minus dziesięć lat, czyli nie za dużo. Śpiewali mi większość drogi zaczepliwie, potem się przyłączyłam i się zamknęli. Zepsułam im chyba repertuar. „As the reds go marching on… I wanna be in that number, as the reds are the ones who won” albo coś w ten deseń. Ich miny – bezcenne. Może to doświadczenie pracy z dziećmi autystycznymi wpoiło mi wpieprzanie się w czyjś świat pomimo braku zaproszenia. A może zwyczajnie lubię śpiewać.

13:07

Uwielbiam podróże pociągiem. Uspakajają mnie do tego stopnia, że chyba chciałabym zostać konduktorem. Trasa przez wzgórza daje Ci możliwość oglądania życia miasta z boku, z lotu kulawego ptaka. Kocham metropolie i z całą swoją architektoniczną obsesją gapię się na układy domów, wyobrażając sobie, jakby to było mieszkać akurat w miejscu, które mijam. Gapię się też w okna, z całą swoją wyrobioną bezczelnością. Robię to od dziecka, być może uzależnienie od nowych startów i przeprowadzek daje o sobie znać. W końcu to moja coroczna tradycja zmieniać miejsce zamieszkania i w kwietniu minie pierwszy rok na kolejnym adresie. Czuję we krwi nadchodzący zew, w kościach łupie mnie pakowanie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. No to szukam tego męża.

img_5980

13:21

Miejsce docelowe, gwarna restauracja. Brzmi nowobogacko, jednak brak mi w polskim języku określenia na restauracjo-knajpo-plotkarnię, z rzędu tych trzygwiazdkowych. 3 gwiazdki = nienajdroższe smaczne jadło + dużo zamieszania i sporo piwoszy wokół. Gość na fortepianie przygrywa melancholijną melodię, jak gdyby próbował dorobić ścieżkę dźwiękową do sceny picia gorącej czekolady. Kiedy rozpoczyna piosenkę Celine z Titanica, czuć miłość przez palce na klawiszach, gra z prawdziwą pasją. Zjawia się kandydat na męża, żartując, że to on ustawił romantyczną melodię na swoje wejście. Kilkanaście minut później stwierdzam, że nic z tego nie będzie, pomimo wyglądu, przy którym możnaby się zapomnieć (poza tą okropną koszulą, chyba, że zapomnieć o żelazku podłączonym do prądu i zostawionym na desce do prasowania), poczucia humoru, francuskiego akcentu i mieszkania w Londynie. Nazywają to intuicją, coś mnie odpycha. Chyba to wyczuł, bo stwiedził to samo tydzień później, kiedy przestaliśmy już wymieniać wiadomości. Chował gość porządną depresję za tym szerokim uśmiechem albo dręczyły go inne demony, coś wyczuwalnego z daleka. Też miewam nawroty depresji, dwóch zdołowanych to o conajmniej jednego za dużo. Albo poprostu się czepiam. Ostatnio na przykład uczepiłam się falbany na prześcieradle. Żeby było śmieszniej, była ona tłem zdjęcia, selfie w nie jego domu, nawet nie spotkałam go na żywo.

Chyba jednak zostanę starą rozwódką.

I nie, wcale nie myślę o sobie za dużo. Szczerze, to jednak wciąż chyba za mało.

16:07

Dochodzę do wniosku, że dzień i chęci nie zostały jednak zmarnowane. Dorobiłam się przecież podróży pociągiem i nowej książki.

img_5994

Tydzień później, 13:26

Napisał, że ma wrażenie, że zejdę się z byłym, a nie chce sobie robić nadziei na niepewnym gruncie. Jako że nie poruszaliśmy zabardzo tego tematu podczas naszej rozmowy, mam nadzieję, że nie wywróżył mi tego z fusów po kawie, bo zmienię miasto od zaraz, tak na wszelki wypadek!

173. Nic co angielskie nie jest mi obce

Mija mi już szósty rok na Zgniłym Lądzie i – jak mi deszcz niemiły – niewiele mnie już dziwi. Niewielu zdań nie rozumiem, niewielu dni wolnych nie przewiduję, a zachowań i zwyczajów jest w stanie mnie zaskoczyć. O czym tu pisać? Na blogu mym podziało się dokładnie to, co na niejednym już z wyspiarskich, które czytuję. Cisza. Wrócę zatem chwilowo do alfabetu emigracji, będzie dziś nindżarsko spod litery F. Zabiorę Was na momencik do najbardziej pokręconego miejsca, w które mogłam trafić. Imię jego pozostanie jednak słodką tajemnicą.

Budynek spod litery F to moje obecne miejsce pracy, wyrok od lat dwóch już. Miejsce, w którym w ciągu dwóch lat zyskałam doświadczenia jak za 10 wiosen gdziekolwiek indziej. Pod dostatkiem tam wariatów z pasją, dramatów bez popcornu i dzieci pseudogangsterów na paracetamolu. Miejsce zapomniane przez świat, do którego w dobie bezrobocia zgłaszają się dwie (!) na krzyż osoby po posadę nauczycielską. Nikt normalny nie chce pracować w samym sercu przegniłej społeczności, z renomą niegodną wspomnienia. Jest to jednak kraina kontrastów, bo wysoko postawiona poprzeczka dała miejsce do popisu i popisano się. Zaszczycono nas wizytą z departamentu edukacji, celem sprawdzenia… tego jak szkoła w TYM mieście i TEJ dzielnicy może sobie tak dobrze radzić. Byli w szoku, mamy być przykładem. Uwielbiam uczyć dzieci, radzę sobie niczego sobie. Wspominam to w swoim alfabecie jednak nie w dobie zachwytu nad skrzywioną rzeczywistością opisywanego miejsca, bo owy przeminął z pierwszym rokiem, a po to, by podkreślić wagę rozwoju osobistego. Ja, wczoraj cicha mysz i chodząca paranoja, że jak coś powiem niepoprawnie to się będą ze mnie nabijać, że nigdy się nie dogadamy, bo mają tak inne myślenie, że polegnę w gruzach na polu walki, gdyż zasoby słownictwa przeciętnego piątoklasisty piszącego wypracowanie o angielskiej wersji Drugiej Wojny Światowej (od tej polskiej nieco różnej momentami) wypalają mi czachę, a tu trzeba wyszukiwać mocnych i słabych stron tekstu, jak i wyrażeń z konkretnych kategorii gramatyki, o ortografii nie wspomnę. Przerażona ja, wczoraj, dziś prowadzę szkolenia, zarządzam programem nauki języka, nieoficjalnie i okazyjnie douczam nauczycieli oraz uchodzę za duszę nienormalnego towarzystwa. A wszystko to i więcej w języku angielskim, tym samym, w którym rozmowa telefoniczna z urzędnikiem około trzech lat wstecz była w stanie doprowadzić mnie do stanu nerwicowo-omdleniowego, zwał jak chciał, fobia. Z całą frustracją, jaka bez dyskusji należy się szkole spod litery F., wiele jej zawdzięczam. Wrzucili mnie na głęboką wodę z kotwicą przy nodze, wypłynęłam z żelaznym obuwiem. Nie poznaję się czasem, ale to dobrze. Czasem warto pozwolić sobie odżyć. Zakończę zwięźle cytatem  z Rumiego: Wydostałeś się z klatki. Teraz fruń.

Z klatki własnych ograniczeń, nieświadomie narzucanych  nam przez bliskich. Dlatego angielska metoda wmawiania dzieciom, że są mądre, zdolne i wyjątkowe, też mnie już nie zaskakuje. Wręcz zachęcam, zaoszczędzimy im czasu, lepiej by odkrywali siebie z tej strony tak wcześnie, jak to tylko możliwe.

172. Wzgórza mają oczy

img_5658Kasia i Nieznajomy wybrali się na romantyczny spacer o zachodzie słońca. Korzystając z uroków yorkiszowskiej flory, udali się na okoliczne strome wzgórza, które to nie tylko miały oczy, ale i wiele kamiennych schodków, każdy w innym rozmiarze i ułożony w innym kierunku, by na szczycie samym uraczyć ławeczką z widokiem na dolinkę. Romantyczny zew natury, ma się rozumieć. Być może nie wypada wspomnieć, że Kasia zasuwała tam w szpilkach, ale to ja tu jestem narratorem, więc dowiecie się nieco więcej, niż sama ofiara wzgórz by sobie tego życzyła. Było ich zatem dwoje, cisza i spokój odczuwalne w tym miejscu sprzyjałyby medytacji. Gołąbki rozmawiały podziwiając zachód słońca, potem już tylko światełka z domostw, ledwo widoczne zza delikatnej mgły otulającej powoli i niepozornie dolinę pod ich stopami. Tak, był to rodzaj klifu, a przynajmniej tak lubię to urwisko nazywać, krok i latasz. Dosłownie.

Młoda para zdecydowała, że widok czarnej doliny i miliona drobnych światełek porusza ich dusze tak bardzo, iż pragną zobaczyć je z jeszcze większej wysokości. Zdobyli więc kolejny szczyt, jeszcze wyższy, nadal w szpilkach, po ciemku i z poczuciem, że jeden nieodpowiedni krok zatraci ich w czeluściach beznadziei. Przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Towarzysz, niczym prawdziwy dżentelmen, puścił naszą Kasię przodem, co by ją w razie czego łapać, wszak owe genialne pomysły były oczywiście jej. Szła więc w ciemno i przed siebie, podekscytowana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez kilkanaście minut spaceru. Do momentu, kiedy przy samym szczycie, jej twarz poczuła nagle ciepły i śmierdzący oddech, a Kasia niemalże zderzyła się z tajemniczym futrzastym potworem. ‚Cholera, niedźwiedź’ – pomyślała i to też próbowała przekazać Towarzyszowi stojącemu kilka stopni niżej. Swoim angielskim. ‚Beer’ – szepnęła. ‚Piwo? Skąd ja ci tu teraz wezmę piwo kobieto?’ – oburzył się. ‚Nie piwo! Beer, zwierzę…’ – nim zdążyli się dogadadać, postanowiła chociaż spojrzeć śmierci w oczy i poświeciła telefonem prosto w twarz bestii. Przed nią, a raczej czoło w czoło, a jeszcze ściślej czoło w rogi, stał baran. Lepsze to niż niedźwiedź, choć i tak nie idealnie. To nie z baranem chciała się całować tej nocy, pozatym baran ma wspomniane już rogi, a wystrzelenie w przepaść nie należało do planów samobójczych ani Kasi, ani też jej Towarzysza. ‚Uciekamy’ – stwierdziła, po czym w komicznym zwolnionym tępie pospieszyli przez strome schodki, w stronę samochodu. Na obcasach, w długiej sukni, z telefonową latarką w ręku i z baranem za plecami, który to postanowił się nawrócić i najspokojniej w świecie podążać w stronę światła. Kaś jego pasterzem, nie było mu brak niczego.

W międzyczasie na parking pod wzgórzem podjechały dwa samochody brytyjskiej poimprezowej młodzieży, pełne młodych i podpitych, ewentualnie pod wpływem marihuany, chłopaków. Coś tam się wykłócali, wykrzykując to i owo od samochodu do samochodu. Nagle zamarli. Ze wzgórza, w ciemnościach, wolno i majestatycznie posuwała się drobna postać kobiety w długiej sukni, a za nią baran. Wokół postaci roztaczała się dziwna poświata. Sunęła powoli, ale w ich kierunku, a zwierzę posłusznie i w ciszy za nią. Zemsta ducha pasterki?! ‚Shit!’ – wykrzyknął jeden z chłopaków, wskazując palcem na zjawę. Poświecili telefonową latarką i ujrzeli poważną, bladą twarz, choć wciąż w oddali. Stali tak, w kompletnej ciszy, z dobrą minutę, obserwując sunącą w ich kierunku duszę.

Kolejną rzeczą, którą usłyszeli Kasia i Towarzysz, były piski opon dwóch samochodów i cisza, raz po raz przerywana nieśmiałym beczeniem barana, poraz drugi zgubionego tej nocy w ciemnościach. Teraz poza nimi była tu tylko ciemność, wzgórza i milczenie owiec. I dużo śmiechu, na który odważyli się dopiero w samochodzie.

171. Jak przeżyć angielską jesień i nie zwariować

Angielska jesień trwa od końca września do końca kwietnia, z przerwami. O ile radziłam Wam już, jak to przeżyć samemu we wpisie 8 sposobów na nudę w Anglii, pytanie brzmi, jak to przeżyć z dwulatkiem. Zakładając, że znajomych z dziećmi w podobnym wieku brak, opcje mam dwie:

1. Spacerować. Bo spacerować to się męczyć, brudzić i mieć frajdę. Nie marudź, że nie ma pogody, bo jej nie będzie, wskakujcie z dzieciakiem w kalosze, ewentualnie w zasłonkę przeciwdeszczową do wózka – Ty się przewietrzysz, dziecko zaparuje i pomaże palcem po parze na plastikowej osłonce. Wytarzaj dziecko w liściach, moje było wniebowzięte. Może i jest chłodno, ale nieczęsto tak naprawdę pada przez calutki dzień, więc da się wpasować w szał pogodowy. My obserwujemy pranie starszej sąsiadki, która to deszcz potrafi chyba wywąchać, jak wisi jej pranie oznacza to, że deszczu nie będzie, choćby chmury były czarne. Jak wywiesimy własne bez konsultacji z jej sznurem, choćby świeciło słońce, padać będzie niedługo. Ufaj tubylcom.

img_4433

IMG_4425.JPG

img_4426

2. Play centres, bawialnie. Grzebiąc w Internetach za najbliższą, odkryłam wczoraj jedną w odległości 10 minut spacerem. Będziemy stałymi bywalcami rzecz jasna. Z dzieciakiem można skakać w basenie z piłkami i pokonywać tunele albo siedzieć z kawą za ogrodzeniem i pozwolić im szaleć na własną rękę. Cena to między £2-£4 na godzinę, w zależności od miasta.

img_5072

3. Jak już pospacerujemy i się wybawimy, zgapiamy pomysły innych matek z ich blogów. Rysujemy, wymyślami zabawy. Z reguły działa za trzecim dniem, bo moje dziecko jest uparte i przemądrzałe, nie będzie mu nikt mówił, że ma teraz rysować.

Jak znosicie angielską jesień ze swoimi dziećmi?

170. Co warto zobaczyć w Yorkshire: 6. Saltaire

img_4832

Saltaire jest wioską wybudowaną w Epoce Wiktoriańskiej, powstałą w celu zaakomodowania pracowników lokalnej fabryki wyrobów wełnianych. Mieści się w Shipley, Bradford i położona jest nad rzeką Aire, kanałem łączącym Liverpool i Leeds. Wybudowana w 1851 r. przez Titusa Salta, który chciał zapewnić pracownikom swojej fabryki lepsze warunki mieszkalne niż dotychczas (mieszkali w przeludnionych domach bez kanalizacji), zabiera nas w małą podróż w czasie. Podobnie jak Thornton, które również było wioską robotniczą, utrzymano je w jednakowym stylu opartym na użyciu yorkstone. Znakomita gratka dla architekturomaniaków (fotografowanie i podziwianie architektury to moja obsesja, ku zdziwieniu mieszkańców dlaczego fotografuję ich drzwi). Większość wykończeń utrzymana była we włoskim stylu, będącym w ówczesnej Anglii bardzo popularnym.

img_4828

img_4829

img_4831

img_4804

Sama fabryka znajduje się na liście UNESCO Światowego Dziedzictwa i można ją zwiedzać. Poza elementami muzealnymi znajduje się tam również galeria Davida Hockney’a, lokalnego malarza pięknych krajobrazów. Budynek fabryki przedstawiony poniżej jest jednym z wielu w West Yorkshire, w samym Bradford funkcjonowało ich swojego czasu 56, czyniąc je tym samym międzynarodowym przywódcą w produkcji tekstyliów i wełny. W dniu dzisiejszym większości z nich używa się jako biura i apartamenty, część stoi opustoszała.

img_4816

img_4827

img_4802

img_4797

Nad kanałem znajduje się też duży park, w którym można odpocząć. Poza samym parkiem warto jednak wybrać się na spacer po uliczkach Saltaire w poszukiwaniu sekretów czasów panowania Królowej Wiktorii. Duch miejsca pozostał bez zmian, polecam Saltaire jako pomysł na sympatyczną lekcję historii.

img_4826

img_4811

img_4830

img_4812