177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

175. Dzień z życia pedagoga – witamy w piekle

Praca to rutyna w życiu większości dorosłych ludzi. Codzienność. Czasem pracą chce się rzygać bardziej niż tęczą, czasem i ludźmi. W sumie to jednak jesteśmy w tym miejscu dość zgrani, a łączy nas wspólna pasja: przyszłość dzieci.

Tylko ta przyszłość dzieci, które już teraźniejszość mają naznaczone piętnem getta, nie jest zawsze taka oczywista. Szkoła uczy i wychowuje, wiemy to nie od dziś. A jednak ulica wychowuje skuteczniej.

***

Kumulacja naj. Samo serce najgorszej dzielnicy najgorszego miasta. Państwo w państwie. Po ulicach wypełnionych do granic możliwości szeregowymi domami walają się śmieci i meble. Stara dziurawa wanna stoi na tym samym trawniku od września, nawet Cyganie angielscy dorabiający na złomie się tu nie zapuszczają. Tu i ówdzie walają się strzykawki. Worki po ziele wyrastają z trawników zamiast kwiatków. Wszystko to pod przykrywką religijności – ojców modlących się całe dnie na starość, po całym życiu harówki, i synów, w odświętnych pobożnych ubrankach, uzależnionych od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. Handel, przekręty, Niche w głośnikach i drogie sportowe wozy.

Witamy w piekle.

My, na ile możemy, wychowujemy ich dzieci. Bo im nie zawsze chce się uczyć ich czegokolwiek, a jeśli już, to raczej mija się to z ogólnymi wartościami promowanymi przez szkołę. Zatem wychowywać jest co.

***

Czwartek, 10 minutowa przerwa. Dyżur na dworze. Tu, o ile nie leje, każda przerwa jest spędzana na podwórku. Rozwiązuję kłótnie i konflikty, 10 minut przerwy na pełnych obrotach, 120 dzieci i dwie dorosłe osoby. Dwóch piątoklasistów zaczyna się tłuc na pięści, wchodzę między nich. Jeden płacze ze złości, poniosło go. Drugi to lokalny cwaniaczek. „Uspokój się” – mówię do tego, który się szamocze i płacze, próbując usprawiedliwić. „Nikt cię nie obwinia, uspokój się. Zaraz o tym pogadamy, wyluzuj.” W tym samym czasie cwaniaczek stojąc dwa metry dalej prowokuje go, drząc się jak wariat. „Ucisz się” – mówię, ale chłopak wykrzykuje swoje racje, wiedząc, że ma przechlapane. Przekrzykuje mnie. „Cicho!” – wrzeszczę, „Nie i ch…!” odwrzaskuje. Podnosi butelkę i łup! Uderza nią z całej siły pół metra od mojej nogi. Butelka odbija się i przelatuje mi obok twarzy. Widzę na czerwono. „Do dyrektora, już!” – wrzasnęłam tak, że słyszeli mnie chyba nawet strażacy trzy kilometry dalej. „Nie pójdę!” – odwrzaskuje jeszcze głośniej i ucieka, przeskakując przez płot. Nie rzucam się za nim w pościg, pałeczkę przejmuje współpracownica i zatrzymuje go przy samym wyjściu. Ja ogarniam 4 klasy oczekujące na przyjście nauczycieli, którzy zabiorą ich do klas.

Tego dnia miałam ochotę połamać mu nogi. Upewniłam się, że jest zapisany na wszystkie zajęcia z szkolnym psychologiem, jakie udało mi się znaleźć. Na końcu przeprosił, płacząc, że nigdy nikt go nie słucha. Walczył ze mna nim jeszcze zdążyłam go oskarżyć o cokolwiek. Konkretne problemy emocjonalne. Rozmawiałam o nim z wychowawcą tego samego dnia. Ojciec sprzedaje narkotyki, a czas który spędza z synami wygląda następująco: przepustka z więzienia. Podjeżdża kradzionym samochodem, wrzuca ich do bagażnika, mają przejażdżkę. Rozrzucają pieniądze jak gdyby jutra nie było, no i tego jutra z ojcem nie ma. Albo wraca, albo znika. W międzyczasie wojuje z matką. Dzieciak jest skrzywdzony i skrzywiony emocjonalnie już na etapie piątej klasy.

To nie jedyny taki przypadek. Współpracownica, będąca w tej szkole od dwudziestu lat, wzdycha zrezygnowana. „Tyle bystrych dzieciaków uczyłam. Część z nich handluje, niektórzy są w więzieniu. Część sprzedaje kradzione samochody.” Niektórzy z nich aspirują do tego już w dzieciństwie. „Nie mów mi co mam robić” – stwierdzają do nauczyciela. „Mój ojciec zarabia w jeden dzień tyle co ty przez miesiąc.” Nie obce są mi też stwierdzenia typu „nie muszę się uczyć. Jak urosnę będę handlował dragami, jak moi starsi bracia.” W najlepszym wypadku – „jak urosnę zostanę taksówkarzem.” W wielu przypadkach dzieciak jest jeszcze nieświadomy, że na jedno wychodzi. Niedługo się dowie.

Są też dzieci uchodźców. Ciche, spokojne, wdzięczne za trochę radości, w głębi serca smutne. „Libia, o, wiem co to za kraj” – stwierdza jedna z dziewczynek podczas czytania tekstu. „Wielu ludzi umiera w wodzie próbując stamtąd wypłynąć. Jak brat mojego taty i jego rodzina.”

Jest też trochę dzieci z Europy – Polska, Słowacja, Rumunia, Bułgaria. 95% z niezdrowymi klimatami w rodzinie i – znowu – problemami emocjonalnymi.

Witamy w świecie, w którym dzieciństwo przestało istnieć.

Zdajemy sobie jako kadra pedagogiczna sprawę z codzienności tych dzieci. Rozumiemy doskonale, że pewnie i tak wychowa ich ulica, a życie będzie dalekie od usłanego różami. Ale jest coś, co możemy im dać, co poniosą z sobą całe życie. Ramię w ramię z surowym tłuczeniem dobrych manier i zasad funkcjonowania w społeczeństwie stawiamy na wspomnienia. Bo takich wspomnień jak uczeń naszej szkoły nie ma żaden inny dzieciak w okolicy.

img_6169

Raz na sześć tygodni szkoła funduje im kino/wycieczkę. Klasa, która ma najwięcej punktów na liście zachowania, wygrywa jedno wyjście dodatkowe, wybierają dokąd głosując. Przez cały tydzień prowadzimy coś na zasadzie świetlicy – po lekcjach dzieciaki uczęszczają na następujące zajęcia: robienia na drutach, sportowy, muzyczny, gier komputerowych. Uwielbiają je i na każdy z nich brakuje miejsc, lista jest zawsze pełna. Klub muzyczny to w ogóle osobna bajka. Uczą się gry na bębnach, perkusji, trąbkach, keybordzie, fortepianie. W wielu z tych dzieci zaszczepiliśmy miłość i pasję do muzyki. W społeczeństwie, które muzyką gardzi. Co piątek mamy w szkole koncert. Na zmianę – raz gra nauczyciel i dzieci, raz zaproszony artysta. Mieliśmy już szereg wspaniałych muzyków lokalnych grających wszelkie jej rodzaje, niektórzy byli szalenie utalentowani. Do tego przedstawienia kółka teatralnego raz w tygodniu, każdy poranek rozpoczęty 10 minutami tańca, raz na 6 tygodni pokazy artystyczne, moim ulubionym byli kaskaderzy na rowerach. Ich numerem popisowym było skoczenie z ciężarówki, na rowerze, na pustą puszkę położoną między nogami jednego z nauczycieli, któremu kazali się wcześniej położyć na ziemi. Co za emocje 😉 Nie muszę dodawać chyba, że modlił się jak nigdy w życiu. Często szkoła zaprasza też warsztaty artystyczne i dzieciaki mają okazję tworzyć/gotować/tańczyć/ćwiczyć/brać udział w szermierce itp  itd. W ciągu roku jest tego sporo i ma to ogromny wpływ na sukcesy dzieci w nauce, wyobraźnię, umiejętność wykorzystania zdobytych umiejętności w innych dziedzinach edukacji. Przede wszystkim na dobre samopoczucie. Większość z tych dzieci nigdy nie doświadczyłaby tego wszystkiego, gdyby ograniczyć to odkrywanie świata jedynie do czasu pozaszkolnego…

Oddajemy naszym uczniom część dzieciństwa. Słuchamy, wspieramy, uczymy pogody ducha.

Wreszcie – witamy w miejscu, w którym zwraca się dzieciom beztroskę.

img_6170

 

 

174. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi

9:15

Niedziela, dzień idealny na poszukiwania kandydata na męża. Niech nie zabrzmi to nijak desperacko, punkt pierwszy: zaprawdę powiadam, że sama jestem od niemalże roku, punkt drugi, w stylu życia, który sobie obrałam, nie ma miejsca na narzeczeństwo i ja, o dziwo, absolutnie się z tym zgadzam. Zgodziłam się też na podróż pociągiem, by kandydata przybyłego z Londynu spotkać w miejscu ciekawszym niż to, w którym mieszkam. Czuję się czasem trochę jak stara panna pod presją wydania, z tym że to nie rodzina próbuje się mnie pozbyć, a ja sama. Z powodów nieco innych niż rzyganie tęczą, o tym jednak innym razem. Raczej w przestrzeni mniej publicznej. To nieprawda, że każda kobieta potrzebuje faceta by czuć się dobrze sama ze sobą. Powodem może być też czysta biologia w wersji dozwolonej, ale ciii. Nie będzie kontrowersji i fajerwerków już od pierwszej upublicznionej kartki pamiętnika.

11:05

Dom nie może być tam, gdzie automatyczne połączenie z wifi. Gdyby tak było, moim domem byłby każdy skrawek każdego miasta, pomimo zaleceń operatora, twórców aplikacji bankowej i mojej matki też. Łączy mnie wszędzie, a jednak bycie na peronie lub w pociągu nie wzbudza we mnie nostalgicznego poczucia przynależności. Tak się tylko tłumaczę, na wypadek gdyby czytali mnie jacyś miłośnicy pojęcia dom.

11:30

Kupiłam bilet, książkę i mentosy. Całość wyszła mnie £7. Miałam fobię dostania się na peron, a lęki tego typu miewam zawsze, jeśli przez długi czas nie miałam z czymś doczynienia. Poszło jednak gładko, zapominam zbyt często, że w tym kraju wszystko jest dostosowane do ludzi, którzy nie lubią dużo myśleć, w związku z czym myślenie nie jest ogólnie wymagane. A jak już ktoś myśli, to uchodzi za klasę inteligencji, lepszaka. Przez innych lepszaków rzecz jasna. Ci, którzy nie myślą, nie zaprzątają sobie umysłów czymś tak skomplikowanym jak segregacja ludzi. Może i lepiej. Fascynuje mnie jednak czasem, jak można przejść przez życie w ogóle nie używając mózgu?! Głowa boli od samego wyobrażenia, a jednak można. I chyba ma się wtedy mniej zmarszczek na czole, muszę to przedyskutować z moją kosmetyczką.

img_5983

12:34

W Leeds prószy śnieg, urocze. Wpasowałam się z moim futrem w tło, wyglądam jak przybysz z Syberii. Dla przeciwników futer – jest sztuczne, ale biorąc pod uwagę wydarzenia nie tak dalekiej przeszłości, prawdopodobne, że jest jednak zrobione z chińskiego kota. Jak żyć.

12:37

Dosiadłam się do grupy rudotwarzych dresów aka cyganów angielskich i przeżyłam. Nikt normalny będąc jedyną białą i samotnie podróżującą hidżabi na przestrzeni dwóch sporych miast nie przysiadłby się w przedziale do kiboli, ale wrodzona przekorność i ich głupkowate spojrzenia wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Było ich może z ośmiu, w wieku mniej więcej ja minus dziesięć lat, czyli nie za dużo. Śpiewali mi większość drogi zaczepliwie, potem się przyłączyłam i się zamknęli. Zepsułam im chyba repertuar. „As the reds go marching on… I wanna be in that number, as the reds are the ones who won” albo coś w ten deseń. Ich miny – bezcenne. Może to doświadczenie pracy z dziećmi autystycznymi wpoiło mi wpieprzanie się w czyjś świat pomimo braku zaproszenia. A może zwyczajnie lubię śpiewać.

13:07

Uwielbiam podróże pociągiem. Uspakajają mnie do tego stopnia, że chyba chciałabym zostać konduktorem. Trasa przez wzgórza daje Ci możliwość oglądania życia miasta z boku, z lotu kulawego ptaka. Kocham metropolie i z całą swoją architektoniczną obsesją gapię się na układy domów, wyobrażając sobie, jakby to było mieszkać akurat w miejscu, które mijam. Gapię się też w okna, z całą swoją wyrobioną bezczelnością. Robię to od dziecka, być może uzależnienie od nowych startów i przeprowadzek daje o sobie znać. W końcu to moja coroczna tradycja zmieniać miejsce zamieszkania i w kwietniu minie pierwszy rok na kolejnym adresie. Czuję we krwi nadchodzący zew, w kościach łupie mnie pakowanie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. No to szukam tego męża.

img_5980

13:21

Miejsce docelowe, gwarna restauracja. Brzmi nowobogacko, jednak brak mi w polskim języku określenia na restauracjo-knajpo-plotkarnię, z rzędu tych trzygwiazdkowych. 3 gwiazdki = nienajdroższe smaczne jadło + dużo zamieszania i sporo piwoszy wokół. Gość na fortepianie przygrywa melancholijną melodię, jak gdyby próbował dorobić ścieżkę dźwiękową do sceny picia gorącej czekolady. Kiedy rozpoczyna piosenkę Celine z Titanica, czuć miłość przez palce na klawiszach, gra z prawdziwą pasją. Zjawia się kandydat na męża, żartując, że to on ustawił romantyczną melodię na swoje wejście. Kilkanaście minut później stwierdzam, że nic z tego nie będzie, pomimo wyglądu, przy którym możnaby się zapomnieć (poza tą okropną koszulą, chyba, że zapomnieć o żelazku podłączonym do prądu i zostawionym na desce do prasowania), poczucia humoru, francuskiego akcentu i mieszkania w Londynie. Nazywają to intuicją, coś mnie odpycha. Chyba to wyczuł, bo stwiedził to samo tydzień później, kiedy przestaliśmy już wymieniać wiadomości. Chował gość porządną depresję za tym szerokim uśmiechem albo dręczyły go inne demony, coś wyczuwalnego z daleka. Też miewam nawroty depresji, dwóch zdołowanych to o conajmniej jednego za dużo. Albo poprostu się czepiam. Ostatnio na przykład uczepiłam się falbany na prześcieradle. Żeby było śmieszniej, była ona tłem zdjęcia, selfie w nie jego domu, nawet nie spotkałam go na żywo.

Chyba jednak zostanę starą rozwódką.

I nie, wcale nie myślę o sobie za dużo. Szczerze, to jednak wciąż chyba za mało.

16:07

Dochodzę do wniosku, że dzień i chęci nie zostały jednak zmarnowane. Dorobiłam się przecież podróży pociągiem i nowej książki.

img_5994

Tydzień później, 13:26

Napisał, że ma wrażenie, że zejdę się z byłym, a nie chce sobie robić nadziei na niepewnym gruncie. Jako że nie poruszaliśmy zabardzo tego tematu podczas naszej rozmowy, mam nadzieję, że nie wywróżył mi tego z fusów po kawie, bo zmienię miasto od zaraz, tak na wszelki wypadek!

173. Nic co angielskie nie jest mi obce

Mija mi już szósty rok na Zgniłym Lądzie i – jak mi deszcz niemiły – niewiele mnie już dziwi. Niewielu zdań nie rozumiem, niewielu dni wolnych nie przewiduję, a zachowań i zwyczajów jest w stanie mnie zaskoczyć. O czym tu pisać? Na blogu mym podziało się dokładnie to, co na niejednym już z wyspiarskich, które czytuję. Cisza. Wrócę zatem chwilowo do alfabetu emigracji, będzie dziś nindżarsko spod litery F. Zabiorę Was na momencik do najbardziej pokręconego miejsca, w które mogłam trafić. Imię jego pozostanie jednak słodką tajemnicą.

Budynek spod litery F to moje obecne miejsce pracy, wyrok od lat dwóch już. Miejsce, w którym w ciągu dwóch lat zyskałam doświadczenia jak za 10 wiosen gdziekolwiek indziej. Pod dostatkiem tam wariatów z pasją, dramatów bez popcornu i dzieci pseudogangsterów na paracetamolu. Miejsce zapomniane przez świat, do którego w dobie bezrobocia zgłaszają się dwie (!) na krzyż osoby po posadę nauczycielską. Nikt normalny nie chce pracować w samym sercu przegniłej społeczności, z renomą niegodną wspomnienia. Jest to jednak kraina kontrastów, bo wysoko postawiona poprzeczka dała miejsce do popisu i popisano się. Zaszczycono nas wizytą z departamentu edukacji, celem sprawdzenia… tego jak szkoła w TYM mieście i TEJ dzielnicy może sobie tak dobrze radzić. Byli w szoku, mamy być przykładem. Uwielbiam uczyć dzieci, radzę sobie niczego sobie. Wspominam to w swoim alfabecie jednak nie w dobie zachwytu nad skrzywioną rzeczywistością opisywanego miejsca, bo owy przeminął z pierwszym rokiem, a po to, by podkreślić wagę rozwoju osobistego. Ja, wczoraj cicha mysz i chodząca paranoja, że jak coś powiem niepoprawnie to się będą ze mnie nabijać, że nigdy się nie dogadamy, bo mają tak inne myślenie, że polegnę w gruzach na polu walki, gdyż zasoby słownictwa przeciętnego piątoklasisty piszącego wypracowanie o angielskiej wersji Drugiej Wojny Światowej (od tej polskiej nieco różnej momentami) wypalają mi czachę, a tu trzeba wyszukiwać mocnych i słabych stron tekstu, jak i wyrażeń z konkretnych kategorii gramatyki, o ortografii nie wspomnę. Przerażona ja, wczoraj, dziś prowadzę szkolenia, zarządzam programem nauki języka, nieoficjalnie i okazyjnie douczam nauczycieli oraz uchodzę za duszę nienormalnego towarzystwa. A wszystko to i więcej w języku angielskim, tym samym, w którym rozmowa telefoniczna z urzędnikiem około trzech lat wstecz była w stanie doprowadzić mnie do stanu nerwicowo-omdleniowego, zwał jak chciał, fobia. Z całą frustracją, jaka bez dyskusji należy się szkole spod litery F., wiele jej zawdzięczam. Wrzucili mnie na głęboką wodę z kotwicą przy nodze, wypłynęłam z żelaznym obuwiem. Nie poznaję się czasem, ale to dobrze. Czasem warto pozwolić sobie odżyć. Zakończę zwięźle cytatem  z Rumiego: Wydostałeś się z klatki. Teraz fruń.

Z klatki własnych ograniczeń, nieświadomie narzucanych  nam przez bliskich. Dlatego angielska metoda wmawiania dzieciom, że są mądre, zdolne i wyjątkowe, też mnie już nie zaskakuje. Wręcz zachęcam, zaoszczędzimy im czasu, lepiej by odkrywali siebie z tej strony tak wcześnie, jak to tylko możliwe.

166. Kobieta kobiecie wrogiem.

image

Im więcej się naczytałam o shafakowym ‚sisterhood’, tym bardziej dostrzegam, jak daleka jeszcze droga do tego, by owo zjawisko prężnie funkcjonowało w którymkolwiek ze społeczeństw. Żeby nie powiedzieć, że ono nie istnieje… Uwzględniam jednak rzadkie przypadki, tzw. ‚przebłyski’. Tak, przebłyski, bo tylko tyle dobroci i serdeczności otrzymuje jedna kobieta od drugiej. Kiedy się żmija czasem zapomni i jest miła, tak po prostu.

Bo tak się składa, że większość kobiet to żmije. Mówię tu o dorosłych, ponoć dojrzałych emocjonalnie stworzeniach. Żmije, jak to przystało na gady, są oślizgłe (plotkary), złośliwe (zawsze w swoim mniemaniu lepsze od otoczenia) i kąśliwe. Tego ostatniego nie oszczędzi Ci ani matka, ani siostra, ani babcia. Krytyka to jedyny sposób, w jaki potrafią tuszować własną nieporadność i porażki życiowie. Nagle zapominają, jak to było, kiedy przechodziły przez coś podobnego, albo pamiętają, ale koloryzują się dodając supermoce: „Ja mając piątkę małych dzieci pracowałam na nocki, nigdy nie chorowałam i byłam idealną panią domu. W międzyczasie chodziłam na dyskoteki, malowałam ściany i podróżowałam po świecie”. Znacie to skądś? Jeszcze usłyszycie, że z Was żałosna matka, że one wyglądały lepiej, nie miały żadnych problemów, a Wy użalacie się nad sobą leżąc z anginą i nie mogąc wyjść z łóżka. Witamy w świecie żmij.

Jest też inna kategoria gadów, gady zawistne. Gady te nie potrafią znieść żadnego śladu szczęścia. To takie przyjaciółki w niedoli – jak cierpisz, tak jak ona, to będzie do serca przyłóż. Jak jednak postanowisz złapać życie za nogi i kopnąć w dupę, nie żebyś od razu była szczęśliwa, może po prostu zdecydowałaś nie być dłużej ofiarą, nie mogą tego znieść. Odsuwają się i cierpią z innymi, naklejając na Ciebie nalepkę „tej trzeba zazdrościć bo miała tupet coś zmienić.” Mogą się też jednak odsunąć z samego faktu życia po swojemu. Podaruję sobie przykłady partnera z innej kultury, mniej drastycznie: facet też Polak, ale na przykład młodszy o powiedzmy dziesięć lat. Kobieta zostaje sama, bo nie gada z nią jej własna matka, koleżanki, jego rodzina. Albo kiedy facet jest starszy. Albo na przykład nie jest lekarzem. Czasami… czasami wystarczy nawet facet z innej wiochy. Koniec świata, jak śmiesz. Kobietom nie dogodzisz.

Kobiety kobietom podstawiają nogi, dokładają dołów, z zazdrości kąszą dla samej rozkoszy kąszenia. To nic, że same przeszły przez większość podobnych sytuacji i powinny wiedzieć jak to jest, jak Cię wszystko boli po porodzie, jak masz depresję albo jak nie układa Ci się w związku, a szefowa Cię nienawidzi, bo jesteś szczuplejsza. Nie. Lepiej jest kopać leżącego i samemu czuć się lepiej. Cała idea, którą Elif nazwała sisterhood, musiałaby się najpierw pozbyć chorej zawiści. Dopiero wtedy kobiety mogłyby jedna drugiej być ramieniem zamiast kosą. Kiedy ten przebłysk serdeczności zamieniłby się w codzienność, a nienawiść wynikająca z zazdrości była raczej motywacją niż trucizną. Żmijowatość istnieje nie tylko ściśle wokół nas, a wszędzie. Wystarczy zajrzeć na jakiekolwiek forum w Internetach, wyścig kto komu bardziej dowali. Długa droga, tak długa droga przed nami…

155. Blondynki w wielkim mieście

golden-gate-bridge-1030999_960_720 (Small)I

W poczekalni u okulisty.
Kasia: Widzicie te małe literki, tam na ścianie?
Sadeemka: Widzieć je widzę, ale raczej nie przeczytam.
Basia: Jakie literki???

II

Basia wybierała się w odwiedziny do Polski i postanowiła przywieźć cioci upominek. Wymyśliła sobie piżamę-tygryska, którą to widziała w którymś ze sklepów tydzień wcześniej. Jako że już ich nie było, postanowiłyśmy porozglądać się za czymś innym.
– Na piętrze jest mały sklepik z drobiazgami, może tam znajdziemy coś fajnego – stwierdziłam i podreptałyśmy w ciągu dalszym poszukiwań.
Sklepik miał różne ładne ozdoby do domu. Zatrzymałyśmy się przy stojakach na świeczki. Naszą uwagę zwrócił jeden ozdobny, naprawdę ładny stojak. Taki z napisem „Za Twój ładny uśmiech, kochana babciu”.
– Zobacz, to jest fajne, mogłabym jej to dać, że od mojej córki – stwierdziła Basia.
– Ładne, podoba mi się. Ale co to jest, ta pokrywka?
W miejscu, w którym wkłada się świeczkę, znajdowała się metalowa przykrywka z trzema dziurami.
– Nie wiem, że niby płomień tamtędy przenika czy jak?
– Może jak się dym unosi to da jakiś fajny efekt?
– Weź go zapytaj jak się tego używa – zasugerowała Basia.
– E tam, weź to i idziemy. Wykminisz sama.
– Weź zapytaj, bo może ma świeczki do tego w takim małym rozmiarze – nie dawała za wygraną. No więc zawołałam sprzedawcę i pytam o to to ładne, do czego służy.
– To się daje na nagrobek, wkładasz do tego kwiaty – odpowiedział.

Sklep opuściłyśmy w popłochu, bez wyprawki w zaświaty.

135. Szkoła na wesoło (II)

cz. II.

– S., czemu znowu nie masz okularów?
– Pani, bo ja nie rozumiem moich okularów.
– W sensie że zapomniałeś?
– Tak, właśnie to.

***

Dzieci ciężko pracowały, więc ostatnie 10 minut lekcji mogą spędzić na gadaniu.

– Pani, mogę napisać coś na tablicy? – pyta D.
– A pisz.
Bierze do ręki marker i udaje nauczyciela, sprawdzając znajomość tabliczki mnożenia koleżanek. 5 x 5 – pisze. Ktoś się zgłasza, wybrał, odpowiedziano, D. liczy na palcach, bo sam nie pamięta, wszyscy w śmiech.
– Panie D.! – wykrzykuje jedna z jego „uczennic” – Napisał pan piątki odwrotnie, co to za nauczyciel?
D. drapie się po głowie, przygląda, po czym oznajmia ze śmiechem:
– Nauczyciel jest dzisiaj bardzo zwariowany.

***

Wypełniamy papiery, więc muszę sprawdzić, czy rozumieją pytania w czasie przeszłym. Trzecia trzydzieści, mózg wyparowany.
– Czy byłeś wczoraj w… – zawieszam się, myśląc, o co zapytać mojego małego Włocha.
– … Toalecie? – dokończył i rechocze.
– I., tego nie chcę wiedzieć !

Następnego dnia piszą o tym, kim zostaną, gdy dorosną. I. chce zostać kucharzem. „I nauczę się gotować wszystkie jedzenie” – próbuje napisać. Niestety słowo wszystkie, „all”, zapisał „old”, czyli stare. Mówię mu – No, I., teraz to na pewno będziesz chodził do toalety, a my wszyscy razem z Tobą (jako że nas zaprosił).
Śmiechowi nie ma końca.

***

Jeden z dzieciaków nabija się z akcentu P. Chwilę później słyszę:
– Zamknij swoją mysz*, idiotas!

*( fon. małf = usta, małs = mysz).

***

Jedyne, co słyszę średnio co 10 sekund w mojej klasie, to „pożycz gumkę”. Tak mi zdziałali na nerwy któregoś dnia, że dostali zakaz używania słowa gumka jak i samego przedmiotu. Wymyślili sobie, że będą pytać ucinając na pierwszej literze.
-Czy mogę mieć g…?
– Nie, nikt nie może używać gumki. Dziś jest dzień bez gumowania. Ktokolwiek powie gumka, wyleci z klasy.
-Pani to powiedziała! – stwierdza K.
– To co, mam wyjść? Idę. Ale do którego nauczyciela? – żartuję
– Do Pana A. (Tam ich zawsze wysyłam).
– Nie! – wstawia się za mną S. – Pan A. ją ugryzie! **

** (fon. bajt = ugryźć, bit = uderzyć)

I jak ich nie kochać, pytam poraz kolejny? 😉