175. Dzień z życia pedagoga – witamy w piekle

Praca to rutyna w życiu większości dorosłych ludzi. Codzienność. Czasem pracą chce się rzygać bardziej niż tęczą, czasem i ludźmi. W sumie to jednak jesteśmy w tym miejscu dość zgrani, a łączy nas wspólna pasja: przyszłość dzieci.

Tylko ta przyszłość dzieci, które już teraźniejszość mają naznaczone piętnem getta, nie jest zawsze taka oczywista. Szkoła uczy i wychowuje, wiemy to nie od dziś. A jednak ulica wychowuje skuteczniej.

***

Kumulacja naj. Samo serce najgorszej dzielnicy najgorszego miasta. Państwo w państwie. Po ulicach wypełnionych do granic możliwości szeregowymi domami walają się śmieci i meble. Stara dziurawa wanna stoi na tym samym trawniku od września, nawet Cyganie angielscy dorabiający na złomie się tu nie zapuszczają. Tu i ówdzie walają się strzykawki. Worki po ziele wyrastają z trawników zamiast kwiatków. Wszystko to pod przykrywką religijności – ojców modlących się całe dnie na starość, po całym życiu harówki, i synów, w odświętnych pobożnych ubrankach, uzależnionych od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. Handel, przekręty, Niche w głośnikach i drogie sportowe wozy.

Witamy w piekle.

My, na ile możemy, wychowujemy ich dzieci. Bo im nie zawsze chce się uczyć ich czegokolwiek, a jeśli już, to raczej mija się to z ogólnymi wartościami promowanymi przez szkołę. Zatem wychowywać jest co.

***

Czwartek, 10 minutowa przerwa. Dyżur na dworze. Tu, o ile nie leje, każda przerwa jest spędzana na podwórku. Rozwiązuję kłótnie i konflikty, 10 minut przerwy na pełnych obrotach, 120 dzieci i dwie dorosłe osoby. Dwóch piątoklasistów zaczyna się tłuc na pięści, wchodzę między nich. Jeden płacze ze złości, poniosło go. Drugi to lokalny cwaniaczek. „Uspokój się” – mówię do tego, który się szamocze i płacze, próbując usprawiedliwić. „Nikt cię nie obwinia, uspokój się. Zaraz o tym pogadamy, wyluzuj.” W tym samym czasie cwaniaczek stojąc dwa metry dalej prowokuje go, drząc się jak wariat. „Ucisz się” – mówię, ale chłopak wykrzykuje swoje racje, wiedząc, że ma przechlapane. Przekrzykuje mnie. „Cicho!” – wrzeszczę, „Nie i ch…!” odwrzaskuje. Podnosi butelkę i łup! Uderza nią z całej siły pół metra od mojej nogi. Butelka odbija się i przelatuje mi obok twarzy. Widzę na czerwono. „Do dyrektora, już!” – wrzasnęłam tak, że słyszeli mnie chyba nawet strażacy trzy kilometry dalej. „Nie pójdę!” – odwrzaskuje jeszcze głośniej i ucieka, przeskakując przez płot. Nie rzucam się za nim w pościg, pałeczkę przejmuje współpracownica i zatrzymuje go przy samym wyjściu. Ja ogarniam 4 klasy oczekujące na przyjście nauczycieli, którzy zabiorą ich do klas.

Tego dnia miałam ochotę połamać mu nogi. Upewniłam się, że jest zapisany na wszystkie zajęcia z szkolnym psychologiem, jakie udało mi się znaleźć. Na końcu przeprosił, płacząc, że nigdy nikt go nie słucha. Walczył ze mna nim jeszcze zdążyłam go oskarżyć o cokolwiek. Konkretne problemy emocjonalne. Rozmawiałam o nim z wychowawcą tego samego dnia. Ojciec sprzedaje narkotyki, a czas który spędza z synami wygląda następująco: przepustka z więzienia. Podjeżdża kradzionym samochodem, wrzuca ich do bagażnika, mają przejażdżkę. Rozrzucają pieniądze jak gdyby jutra nie było, no i tego jutra z ojcem nie ma. Albo wraca, albo znika. W międzyczasie wojuje z matką. Dzieciak jest skrzywdzony i skrzywiony emocjonalnie już na etapie piątej klasy.

To nie jedyny taki przypadek. Współpracownica, będąca w tej szkole od dwudziestu lat, wzdycha zrezygnowana. „Tyle bystrych dzieciaków uczyłam. Część z nich handluje, niektórzy są w więzieniu. Część sprzedaje kradzione samochody.” Niektórzy z nich aspirują do tego już w dzieciństwie. „Nie mów mi co mam robić” – stwierdzają do nauczyciela. „Mój ojciec zarabia w jeden dzień tyle co ty przez miesiąc.” Nie obce są mi też stwierdzenia typu „nie muszę się uczyć. Jak urosnę będę handlował dragami, jak moi starsi bracia.” W najlepszym wypadku – „jak urosnę zostanę taksówkarzem.” W wielu przypadkach dzieciak jest jeszcze nieświadomy, że na jedno wychodzi. Niedługo się dowie.

Są też dzieci uchodźców. Ciche, spokojne, wdzięczne za trochę radości, w głębi serca smutne. „Libia, o, wiem co to za kraj” – stwierdza jedna z dziewczynek podczas czytania tekstu. „Wielu ludzi umiera w wodzie próbując stamtąd wypłynąć. Jak brat mojego taty i jego rodzina.”

Jest też trochę dzieci z Europy – Polska, Słowacja, Rumunia, Bułgaria. 95% z niezdrowymi klimatami w rodzinie i – znowu – problemami emocjonalnymi.

Witamy w świecie, w którym dzieciństwo przestało istnieć.

Zdajemy sobie jako kadra pedagogiczna sprawę z codzienności tych dzieci. Rozumiemy doskonale, że pewnie i tak wychowa ich ulica, a życie będzie dalekie od usłanego różami. Ale jest coś, co możemy im dać, co poniosą z sobą całe życie. Ramię w ramię z surowym tłuczeniem dobrych manier i zasad funkcjonowania w społeczeństwie stawiamy na wspomnienia. Bo takich wspomnień jak uczeń naszej szkoły nie ma żaden inny dzieciak w okolicy.

img_6169

Raz na sześć tygodni szkoła funduje im kino/wycieczkę. Klasa, która ma najwięcej punktów na liście zachowania, wygrywa jedno wyjście dodatkowe, wybierają dokąd głosując. Przez cały tydzień prowadzimy coś na zasadzie świetlicy – po lekcjach dzieciaki uczęszczają na następujące zajęcia: robienia na drutach, sportowy, muzyczny, gier komputerowych. Uwielbiają je i na każdy z nich brakuje miejsc, lista jest zawsze pełna. Klub muzyczny to w ogóle osobna bajka. Uczą się gry na bębnach, perkusji, trąbkach, keybordzie, fortepianie. W wielu z tych dzieci zaszczepiliśmy miłość i pasję do muzyki. W społeczeństwie, które muzyką gardzi. Co piątek mamy w szkole koncert. Na zmianę – raz gra nauczyciel i dzieci, raz zaproszony artysta. Mieliśmy już szereg wspaniałych muzyków lokalnych grających wszelkie jej rodzaje, niektórzy byli szalenie utalentowani. Do tego przedstawienia kółka teatralnego raz w tygodniu, każdy poranek rozpoczęty 10 minutami tańca, raz na 6 tygodni pokazy artystyczne, moim ulubionym byli kaskaderzy na rowerach. Ich numerem popisowym było skoczenie z ciężarówki, na rowerze, na pustą puszkę położoną między nogami jednego z nauczycieli, któremu kazali się wcześniej położyć na ziemi. Co za emocje 😉 Nie muszę dodawać chyba, że modlił się jak nigdy w życiu. Często szkoła zaprasza też warsztaty artystyczne i dzieciaki mają okazję tworzyć/gotować/tańczyć/ćwiczyć/brać udział w szermierce itp  itd. W ciągu roku jest tego sporo i ma to ogromny wpływ na sukcesy dzieci w nauce, wyobraźnię, umiejętność wykorzystania zdobytych umiejętności w innych dziedzinach edukacji. Przede wszystkim na dobre samopoczucie. Większość z tych dzieci nigdy nie doświadczyłaby tego wszystkiego, gdyby ograniczyć to odkrywanie świata jedynie do czasu pozaszkolnego…

Oddajemy naszym uczniom część dzieciństwa. Słuchamy, wspieramy, uczymy pogody ducha.

Wreszcie – witamy w miejscu, w którym zwraca się dzieciom beztroskę.

img_6170

 

 

112. Warto skorzystać: darmowe placówki dla najmłodszych

Jakiś czas temu uchwalono ustawę, według której rząd finansuje 15 godzin placówek edukacyjnych dla dwulatków tygodniowo. Została wprowadzona w celu odciążenia rodziców finansowo w przypadku powrotu do pracy oraz by dać szansę dzieciom z biedniejszych środowisk dogonić rówieśników wiedzą i umiejętnościami. Ma to ogromne znaczenie biorąc pod uwagę fakt, że większość dzieci pochodzących z biednych rodzin jest ponad rok do tyłu z zasobem słownictwa oraz podstawowymi umiejętnościami w porównaniu do dzieci z bogatszych rodzin już w momencie rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie. Utrudnia im to możliwość rozwoju i naukę od samego początku. Powody tego zjawiska mogą być różne. Oficjalnie, jak też uczono mnie kiedy zdobywałam dyplom, rodzice zajęci wiązaniem końca z końcem są bardziej zestresowani i nie poświęcają swoim dzieciom tej samej ilości czasu, jaką mogliby wykorzystać lepiej mając spokojniejsze życie. Moim zdaniem to tylko jedna strona medalu. Mniej oficjalna wersja, oparta na mojej opinii i obserwacji, biedniejsze środowiska są często skłonniejsze do sięgania po używki, co powoduje na dłuższą metę brak produktywności w życiu codziennym, depresję i stan zawieszenia. Jednak, jak wiadomo nie od dziś, to nie dziecka wina, gdzie się urodziło. Według założeń kampanii Every Child Matters, na której opiera się angielski system edukacji (pisałam o tym tutaj), obowiązkiem państwa jest zapewnienie takich samych możliwości wszystkim dzieciom niezależnie od ich sytuacji finansowej i rodzinnej. Między innymi dlatego też tak ogromny wysiłek wkłada się w indywidualny rozwój dzieci imigrantów, którzy przyjeżdżają do kraju z reguły bez znajomości języka… No właśnie, imigranci.

Paradoksalnie, choć imigranci powinni korzystać z tego najchętniej, by ich dzieci oswoiły się z językiem angielskim jeszcze przed rozpoczęciem nauki obowiązkowej, to właśnie oni najczęściej trzymają dzieci przy sobie, w domu. Bywa to tłumaczone tym, że „Anglia jest taka zła, każe dzieciom chodzić do szkoły od piątego roku życia, więc nie mają dzieciństwa, a wysyłanie je tam tak wcześnie to krzywda”. Jednakże każdy, kto miał okazję pracować w angielskiej szkole lub obserwować przebieg lekcji wie, że nijak ma się to do znanego nam z Polski siedzenia w ławkach przez osiem godzin. Dwu i trzylatki nie chodzą do szkoły, a do przedszkola, gdzie się bawią, uczą kontaktów społecznych, rozwijają język i nabierają pewności siebie. Czterolatki chodzą do zerówki, gdzie zabawa jest przeplatana nauką pisania liter i liczenia do dziesięciu. Pięciolatki rozpoczynają pierwszą klasę, w której zajęcia są bardzo luźne, nauka pisania pierwszych zdań, bardzo podstawowej matematyki i wyrażania swojej opinii jest przeplatana zabawą, śpiewaniem, malowaniem farbami, wycieczkami na farmę, rysowaniem, wycinaniem itd. Jest to dla dzieci frajda, nie męka. Dlatego też gorąco zachęcam do zapisania do przedszkola swoich pociech wszystkie matki, które przedstawiają mi jakiekolwiek obawy. Dziecko przyjemnie spędza czas, a po powrocie do domu jest zrelaksowane, nie znudzone i marudne, jak to się zdarza, gdy całe dnie spędza w domu. Jako że polecam innym tylko to, do czego jestem przekonana, mój syn od momentu skończenia drugiego roku życia również będzie uczęszczał do przedszkola dwa pełne dni, by mieć okazję bawić się z innymi dziećmi i dać upust kreatywności i energii przez większą część dnia, w czym nie zawsze mogłabym mu bez przerwy towarzyszyć siedząc z nim w domu.

Od strony formalnej:

Na chwilę obecną ponad milion rodzin korzysta z darmowych placówek dla swoich 3 i 4 latków oraz około 160 000 rodzin załapało się na darmowe przedszkole dla 2 latków Aby dziecku w wieku dwóch lat należała się darmowa opieka, trzeba pobierać któryś z wymienionych dodatków lub zasiłków: Income Support, income-based Jobseeker’s Allowance (JSA), income-related Employment and Support Allowance (ESA), Wsparcie uregulowane w 6 części Aktu Imigracji i Azylu (Immigration and Asylum Act), Child Tax Credit i/lub Working Tax Credit oraz roczny dochód poniżej £16,190, Working Tax Credit 4-week run on (pieniądze które dostaje się przez miesiąc odkąd przestanie się kwalifikować do WTC), Universal Credit. Darmowe placówki należą się również dzieciom określonym jako SEN (Special Education Needs), dzieciom niepełnosprawnym, dzieciom które są pod opieką państwa i tym będącym w adopcji.

Obecny rząd planuje również zmienić 15 darmowych godzin tygodniowo na 30 od 2016 roku dla 3 i 4 latków.

Dane użyte we wpisie pochodzą ze strony rządowej (www.gov.uk).

85. Dzień z życia trzecioklasisty.

imageRok temu opisywałam dzień ucznia klasy szóstej. W tym roku pracuję w klasie piątej i trzeciej i to na tych młodszych skupimy się tym razem.

Dzień zaczyna się sprawdzaniem obecności. Dzieciaki zamiast „jestem” odpowiadają „yes, school dinner” albo „yes, packed lunch” – w czasie potwierdzania obecności określają czy mają na dziś zapłacony obiad, czy przyniosły kanapki. Asystent nauczyciela notuje odpowiedzi, które zostają później przekazane do szkolnej stołówki. Zaraz po sprawdzeniu obecności dzieci idą na 20-minutowe assembly, coś w rodzaju apelu. Czasem jest to przemowa dyrektora lub jego asystenta do uczniów, czasem dzieci przygotowują występ dla reszty szkoły lub rodziców. Po powrocie rozpoczyna się lekcja tematyczna, w zależności od tego, o czym się akurat uczą. Przez ostatnie kilka tygodni uczyliśmy się o religiach, więc każda lekcja tematyczna rozpoczynała się od prezentacji świątyni danej religii, jej nazwy, nazwy wierzących i kluczowych elementów. Tak na przykład dla Sikhizmu świątynią jest Gurudwara, religia to Sikhizm, wyznawcy Sikhowie, kluczowe elementy to guru w świątyni, zakaz spożywania alkoholu wśród wierzących, jedzenie rozdawane odwiedzającym świątynię itd. Po zapoznaniu się z tymi elementami dzieci rysowały świątynię i zaznaczały w niej poszczególnie miejsca i przedmioty. W ten sposób przerobiliśmy najpopularniejsze religie.

Po lekcji tematycznej następuje 15 minutowa przerwa, a po niej matematyka. Po matematyce pół godziny czytania, gdzie sprawdzany jest progres dzieci oraz odnotowywuje się czy przeczytały zadaną na ten tydzień książkę (biorą ją z klasy) i jak sobie z nią poradziły – czy tekst był zrozumiany, co sądzą o opowieści itd. Potem jest 45-minutowa przerwa obiadowa.

Po powrocie z przerwy sprawdzamy czy wszyscy są i mamy godzinną lekcję języka angielskiego. W zeszłym tygodniu zajmowaliśmy się limerykami. Dzieci osłuchiwały się z ich formą i treścią, a potem pisały własne. Było przy tym mnóstwo zabawy, szczególnie jeśli pisano je o nauczycielach lub kolegach z ławki.

There once was a boy named Harris

He missed his train to Paris

He ran after train

Then slipped on some grain

He must have felt really embarrassed

Takich mamy w klasie poetów! 🙂

Po lekcji angielskiego następuje pół godziny zabaw w grupie. Czasem, zamiast zabaw, kontynuuje się w tym czasie lekcję tematyczną. Kiedy tematem przewodnim była epoka kamienia, wykorzystaliśmy te pół godziny do wykonania naszyjników z kośćmi i zębami (z gliny i sznurka) albo formowaliśmy z gliny i słomy własną lepiankę. Ostatnie dziesięć minut przeznacza się na rozdanie prac domowych lub nowych książek i odprowadzenie dzieci do punktu odbioru przez rodziców.

82. Bezstresowe wychowanie po angielsku

imageW Wielkiej Brytanii bezstresowe wychowanie dzieci jest bardzo popularne. Nie jestem pewna czy jest to wynikiem panującej obecnie mody czy zwyczajnym brakiem przygotowania pewnej części społeczeństwa do rodzicielstwa. Wiem za to jaki jest tego efekt.

Pamiętam sytuację, kiedy czekając w samochodzie na zakupowiczów, miałam okazję zaobserwować walkę matki z Dzieckiem-Histerią. Matka wyszła ze sklepu, dziecko wrzeszczało „głupia krowo nie kupiłaś mi tych drugich czipsów”. Miał może z 5,6 lat. Matka, jak na Matkę-Angielkę przystało, udawała głuchą. Podniosła go kilkakrotnie z ziemi i próbowała prowadzić za rękę. Znowu się kładł i wrzeszczał. Wreszcie nie wytrzymała i wydarła się jeszcze głośniej niż on, na co dzieciak zareagował histerycznym płaczem. Ja nie wierzę, że tych matek, których to dzieci nie obowiązują żadne konsekwencje i wszystko im wolno „bo są dziećmi”, nie dopada kiedyś frustracja. I o ile nie zawsze wyładowują ją na dzieciach, to gdzieś ona uchodzi lub – gorzej – chowa się po kątach, powodując w przyszłości zaburzenia emocjonalne. Krzywda na własne życzenie.

Prawo być może nie pomaga, będąc zawsze po stronie dziecka. O ile jednak nastolatek w okresie buntu jest w stanie szantażować matkę emocjonalnie policją („powiem że mnie bijesz”) nieświadomy raczej konsekwencji napomknięcia zaledwie o przemocy w domu (żegna się z matką na dłużej niż oczekiwał), o tyle trzy czy czterolatek, postawiony przed faktem ponoszenia odpowiedzialności za na przykład uderzenie mamy, może sobie conajwyżej pohisteryzować. A uwierzcie mi, drogie mamy, „stresowe” wychowanie obejmujące słowa nie wolno i nie podoba mi się to zaowocuje pozytywnie nie tylko w relacji na linii matka-dziecko, ale też w kontaktach społecznych dziecka, a na końcu nawet w jego edukacji.

Mam w klasie dwóch takich małych cwaniaków wychowanych absolutnie bezstresowo. O ile jeden z nich faktycznie nie jest w stanie się skupić i słuchać kogokolwiek dłużej niż dwie minuty, drugi jest bezczelnym pępkiem świata, któremu porządny klaps wyszedłby tylko na dobre. Oboje są traktowani jako SEN (Special Education Needs – program ich nauczania jest odpowiednikiem tego w polskiej szkole specjalnej, tylko że wewnątrz normalnej klasy, nie osobno), a tylko jeden z nich faktycznie tego potrzebuje ze względu na spore problemy ze skupieniem. Drugi traci na ćwiczeniach grupowych i indywidualnych ze względu na swoje zachowanie. Posadzony obok biurka nauczyciela potrafi cały czas prześpiewać próbując go zagłuszyć. Dodatkowy asystent nauczyciela niewiele w jego przypadku pomaga próbując zająć go ćwiczeniami, bo albo śpiewa, albo nimi rzuca, albo się drze. Reszta dzieci go ignoruje uznając za typek klasowego błazna, traci później na kontaktach społecznych przykładowo podczas przerw. A wystarczyło go nauczyć co znaczy nie wolno i uniknąć tym samym wrzucenia do worka dzieci z dodatkowymi potrzebami ze względu na problemy z zachowaniem. Bo i tak można. Udowadniają to dla kontrastu te Matki-Angielki, które ze swoimi dziećmi prowadzą dyskusje pełne powagi i poświęcają im czas w zależności od ich potrzeb. Te, które mówią „nie wolno ci bo mamusi jest przykro kiedy tak robisz, tak jak tobie było przykro, gdy miałeś karę”, te, które potrafią dzieci wychować na przystosowanych do życia w społeczeństwie młodych ludzi. Jestem w stanie sobie wyobrazić, na co wyrosną oba typy, w kraju, w którym nastolatek terroryzujący własną matkę psychicznie i fizycznie potrafi być bezkarny.

68. Rolnik też człowiek!

Kiedy byłam mała, miałam zadatki na bycie feministką. Nienawidziłam chłopaków. Ciągle ich biłam, bo mnie wkurzali. Przeszło mi dopiero około pierwszej klasy gimnazjum, kiedy po stupięćdziesięciu przyjaciółkach na śmierć i życie odkryłam, że z chłopakami można grać w kosza, wygłupiać się i nie trzeba znosić fochów, obraz, scen zazdrości, słuchać smutów. Z moim jedynym i najlepszym przyjacielem Danielem, kiedy miał ogromnego doła, bo rodzice się rozwodzili i prowadzili wojnę domową, przemilczaliśmy jego smutek przy piwie w jednym z barów, jak na facetów przystało. Nie musiałam wycierać mu łez ani słuchać o depresji. Ale wracając do czasów gdy byłam mała, a każdy chłopak pojawiwszy się obok mnie dostawał trampkiem po głowie (a przedszkolanka dostawała kur…tej, no, nerwicy)…

Pani Beata, moja „pani” w zerówce, próbowała wszystkiego, żeby mnie ogarnąć. Pewnego dnia, kiedy zrezygnowana rozdzielaniem mnie i kolegów zaczęła nas uczyć kolejnej zabawy, odkryła, że to jest to. Mała Sadeemka przestała być potworem. Na chwilę. A jak to się liczy, taka chwila! Sukces pedagogiczny! Ową zabawą, moją ulubioną wtedy, był…

Rolnik Sam W Dolinie.
Kto z Was tego nie pamięta? Wybiera się Rolnika, chodzi w kółeczku, i śpiewa tak :
Rolnik sam w dolinie, rolnik sam w dolinie.
Hejże dzieci, hejże ha, rolnik sam w dolinie.
Rolnik bierze żonę, rolnik bierze żonę,
Hejże dzieci, hejże ha, rolnik bierze żonę.
Żona bierze dziecko, żona bierze dziecko.
Hejże dzieci, hejże ha, żona bierze dziecko.
Dziecko bierze kotka, dziecko bierze kotka.
Hejże dzieci, hejże ha, dziecko bierze kotka..
Kotek bierze myszkę, kotek bierze myszkę.
Hejże dzieci hejże ha, kotek bierze myszkę.
Myszka bierze serek, myszka bierze serek.
Hejże dzieci hejże ha, myszka bierze serek
Ser zostaje w kole, bo nie umiał w szkole
Tabliczki mnożenia, ani podzielenia
Koło się obraca, serek się przewraca,
Hejże hejże hejże ha, serek się przewraca.

Jaka była moja radość, jak uczyliśmy pierwszaki tej zabawy w zeszłym tygodniu. Wersja angielska jest prawie taka sama, leci to tak:
The farmer in the dell
The farmer in the dell
Hi-ho, the derry-o
The farmer in the dell
And the farmer takes a wife
The farmer takes a wife
Hi-ho, the derry-o
The farmer takes a wife
And the wife takes the child
The wife takes the child
Hi-ho, the derry-o
The wife takes the child
And the child takes the nurse
The child takes the nurse
Hi-ho, the derry-o
The child takes the nurse
And the nurse takes the dog
The nurse takes the dog
Hi-ho, the derry-o
The nurse takes the dog
And the dog takes the cat
The dog takes the cat
Hi-ho, the derry-o
The dog takes the cat
And the cat takes the mouse
The cat takes the mouse
Hi-ho, the derry-o
The cat takes the mouse
And the mouse takes the cheese
The mouse takes the cheese
Hi-ho, the derry-o
The mouse takes the cheese
And the cheese stands alone
The cheese stands alone
Hi-ho, the derry-o
The cheese stands alone

W zasadzie dodano jedynie nianię (w polskiej wersji też bywała), która bierze pieska i ten piesek bierze kotka. Ser zostaje sam, niezależnie od tego co umiał a czego nie, no bo cóż ten ser mógłby brać, jak nie ma kończyn. Mniejsza o to. Kiedy sobie porównywałam polską i angielską wersję, znalazłam jedną, która kończy się tak:
Ser zostaje w kole, bo nie umiał w szkole
Tabliczki mnożenia ani podzielenia,
Ser będzie rolnikiem, ser będzie rolnikiem,
Hejże hejże hejże ha, ser będzie rolnikiem.

No i stało się. Krew zawrała mi w żyłach, aż poczułam, że paruje. Co poeta miał na myśli?
Czyżby sugerował dzieciom, że każda osoba która się nie uczy, zostanie rolnikiem? Czy rolnik na początku był serem? Co było pierwsze, ser czy rolnik?! Czy poeta nie wie, że rolnicy kończą szkoły rolnicze? Że ich rodziny miewają więcej kasy niż mieszczuszki po studiach? W końcu – Poeto! A pomidorki i ziemniaczki smakują? A co, myślałeś że rosną w reklamówkach w Tesco?!
Rolnik też człowiek! Wcale nie ser!

Dziękuję za uwagę.

***

Jak byłam mała (znowu) i snułam swoje teorie, to mnie rodzice pytali czy nie mam innych problemów. Miałam. Teraz też mam. Trzeci kot uciekł mi z domu, Maleństwo sra co drugi dzień i jęczy że mu nie idzie, Luby potrzebuje wsparcia a ja jestem emocjonalnym facetem, zaraz wracam do pracy pełną gębą i nie mam się w co ubrać.
Ale ja tak bardzo lubię pisać! Czasem nawet ktoś to czyta!
Mamo, zobacz, wyszłam na ludzi, jestę blogerę.

63. Nieobecności w angielskiej szkole.

Rodzice, szczególnie imigranci, z różnych powodów miewają problemy z regularnym posyłaniem swoich dzieci do szkoły. Z jednej strony są przyzwyczajeni do praw rządzących szkolnictwem w swoim kraju, do tego że termin „wagary” odnosi się do urywania się z lekcji samego dzieciaka, a jeśli dużo choruje lub prosi wystarczająco przekonująco aby do szkoły nie iść, to wystarczy usprawiedliwienie. Z drugiej strony, dziecko nieznające języka czuje się w nowej szkole przez jakiś czas zagubione. Wcale mnie nie dziwi, że nie chce do niej chodzić. Wszyscy bełkoczą w nierozumiałym języku, mali rodacy zadzierają nosa, drażniąc je przyjaźniami z małymi Anglikami, mali Anglicy próbują nawiązać kontakt, ale nie wychodzi, wszyscy wychodzą z klasy i wracają o różnych porach, a dziecko nie ma pojęcia co jest grane i dokąd idą tym razem. Początki są trudne.

Szkoła angielska pozostaje tym faktem niewzruszona. Każde dziecko ma uczęszczać do szkoły mając mniej więcej 85%-ową frekwencję. Wszelkie nieusprawiedliwione obecności zaniżają procent i prowadzą do ostrzeżeń, ostrzeżenia do kary. Od 2012 roku funkcjonuje ustawa, wg której opuszczenie pięciu dni w okresie pięciu tygodni lub ta sama ilość spóźnień to powód, aby zapłacić karę (Fixed Penalty Fine) . Kara wynosi 60/70 funtów przez pierwsze 28 dni oraz 120 funtów jeśli czas ten przedłuży się do 42 dni . Tej samej ustawie podlega opcja zabierania dzieci na wakacje w czasie roku szkolnego bez przedyskutowania tego wcześniej z dyrekcją (o ile powodem nie jest np operacja rodzica w kraju pochodzenia, raczej nie będą zadowoleni). Osoby, które tak czynią, dostają karę i z reguły trafiają na pierwsze strony pismaków jako „bezczelne potwory zabierające dzieci na wczasy w ciągu roku szkolnego za pieniądze z zasiłków”- przykład znajdziecie TU.

Sam zamiar może nie był zły. Wyższa frekwencja = lepszy, szybszy progres. Tylko że czasem podchodzi to pod przesadę. Np szkoła dzwoni do rodzica, dlaczego dziecko zostało w domu. Rodzic na to, że jest chore. Prosimy więc o kartkę od lekarza. Rodzic na to, że od rana nie może się dodzwonić do przychodni (mają wiecznie zajęte), więc nie wie kiedy dostanie wizytę. Szkoła na to, proszę im powiedzieć żeby napisali zwolnienie od dzisiaj. Doktor na to, że skoro przyszło się na wizytę dwa dni od owej daty, to się nie dostanie zwolnienia wstecz, bo nie bierze odpowiedzialności. Rodzic ma więc spory stres i wykłócanie się w szkole. Jeśli kiepsko mówi po angielsku, to już całkiem. Na szczęście większość szkół akceptuje papierek z terminem wizyty nie marudząc o zwolnienie „wstecz”, ale i o takich przypadkach słyszałam.

A więc dzieciak uczęszczający do szkoły w UK ma marne szanse na „Mamo, proszę, tak mi się dziś nie chce” lub „Bo dzisiaj jest WF z tą wredną panią”. Rodzic przelicza ile rzeczy może kupić za ewentualną karę i… dziecko maszeruje na lekcje. Często z gorączką, bo przecież na Wyspach gorączka to nie choroba, w szkole dadzą paracetamol. Dopóki uczeń nie ma biegunki lub nie wymiotuje, ewentualnie mdleje z gorączki, ma śmigać do szkoły.

Zgodzicie się, że są zbyt surowi?

50. O tym, jak wygląda program nauczania N2E – New To English.

IMG_6772-1300x866Jako że rozpoczął się kolejny rok szkolny, wracamy do tematu angielskiego szkolnictwa.

Po przyjeździe na Wyspy rodzice czym prędzej wysyłają swoje dziecko do szkoły. Nowy kraj, język, pierwsze doświadczenia multi-kulti („Mamo! Mam w klasie dwa murzynki!” – wykrzyknęła z radością córka znajomej) – początki są trudne, ale dzieci mają jeszcze świeże umysły i w ciągu kilku miesięcy dramat pt. „nie chcę do tej głupiej angielskiej szkoły” odchodzi w zapomnienie – jest grupka dzieci, z którymi pociecha się bawi, język przestaje być zmorą, a zabawa, która w tutejszej szkole jest widziana jako podstawa nauki, jawi się ciekawiej niż nuda w domu.

Dziś o tym, jak to wygląda od środka, czyli przez co przechodzi dziecko imigrantów.

Jako że sporo ludzi przyjeżdża na Wyspy bez znajomości języka, a co się z tym wiąże, ich dzieci również go nie znają, każda szkoła ma nauczyciela wykwalifikowanego do tego, by uczył je angielskiego od podstaw. Przeszłam przez to jako nauczyciel N2E i muszę przyznać, że jest to nie lada wyzwanie. Mnie było łatwiej – znam polski i słowacki, więc nauka szła dzieciom szybciej. Ale większość tego typu nauczycieli to Anglicy, a więc porozumiewanie się z dziećmi, które nie znają słowa po angielsku, nie należy do najłatwiejszych. I mowa tu nie tylko o dzieciach Polaków, Słowaków czy Czechów – są też dzieci Hindusów, Afrykańczyków, a tak dokładniej to może się trafić przybysz z każdego zakątka świata.

Dziecko, które nie zna angielskiego, nie bardzo orientuje się co do tego, co dzieje się w klasie. Jak realizować program, skoro nie ma pojęcia o czym mowa, nie jest w stanie wyrazić swoich myśli, a nawet nie rozumie systemu i nie wie co się dzieje – gdzie wychodzą, po co, co jest grane? Taki uczeń ma kilka razy w tygodniu zajęcia indywidualne poza klasą, z nauczycielem do imigrantów właśnie. Nie za dużo naraz, poprzez zabawę, dziecko powoli uczy się podstaw. Oto przykładowa lista tematów dla „dzieci, których angielski nie jest pierwszym językiem” (tak się to tu określa):

1. Język społeczny – przywitanie, pożegnanie, proszę, dziękuję, skąd jestem, ile mam lat. Temu tematowi towarzyszą zdjęcia – dziecko drukuje zdjęcie miejscowości lub kraju, z którego pochodzi, inne dzieci w klasie uczą się słowa „cześć” w jego języku – jakiś drobny kontakt zostaje nawiązany i często inne dzieciaki biorą nowego imigranta pod swoje skrzydła – pokazują mu szkołę, zapraszają do zabawy w gonitwę itd. Pierwsze lody przełamane.
2. Szkoła – nazwy pomieszczeń, słówka typu nauczyciel, uczeń, chłopiec, dziewczynka itd. Wspomagane zdjęciami i ćwiczeniami, w których dziecko podpisuje obrazki.
3. Klasa/instrukcje – dziecko uczy się nazw przedmiotów w klasie, np długopis, stół itd. Kiedy opanuje słówka, uczy się podstawowych zwrotów – „Przygotujcie zeszyty”, ” Proszę usiądź”, „Będziemy rysować” itd. Wspomagane zdjęciami, jak każdy z tematów.
4. Dom/rodzina – dziecko rysuje swoją rodzinę, uczy się jak powiedzieć „mam siostrę/brata”, opowiada o zwierzątkach domowych, po opanowaniu tego uczy się o pomieszczeniach w domu, meblach, przedmiotach i rodzajach domów.
5. Uczucia – dziecko uczy się opisywać uczucia na podstawie zdjęć.
6. Części ciała/ciuchy – słówka.
7. Jedzenie- słówka + opis co lubi jeść, czego nie lubi, co jest zdrowe, piramida żywienia.
8. Kolory/kształty – słówka.
9. Liczby.
10. Czas – pory roku, miesiące, dni tygodnia, godziny.
11. Sklep/pieniądze – po opanowaniu liczb dziecko ćwiczy liczenie pieniędzy, orientację w cenach, nazwy produktów. W tym celu zabierane są kilkakrotnie do szkolnego sklepu, gdzie nazywają towary opanowanymi słówkami.
12. Transport – słówka.

Wszystkie tematy wspierane są zdjęciami i grami, w których trzeba np dopasować słowo do obrazka lub znaleźć jakiś przedmiot i odpowiednio go nazwać. Są też kolorowanki tematyczne, wydzieranki i masa innych rzeczy – każdy z tematów jest w naszej szkole spakowany w osobną, opisaną torbę tematyczną, w której zebrane są wszystkie materiały przydatne w prowadzeniu lekcji, nauczyciel może je sobie skopiować i rozdać dzieciom, by nie nudziły się gdy klasa realizuje program itd. Jest to bardzo pomocne, trudno by było wymagać od dzieci szybkiego progresu opartego jedynie na wkuwaniu słówek na pamięć. Przed każdą kolejną lekcją powtarza się słówka z poprzedniej, więc dziecko ma lepszą szansę na zapamiętanie.

Na dziś tyle. 🙂