183. Bradford Literature Festival i inne cuda

W tym roku na Festiwal Literatury w Bradford przygotowałam się trochę bardziej selektywnie. Szukając inspiracji w pisaniu ogółem, nie tylko tym blogowym, wybrałam się na dość nietypowe spotkanie autorskie z trzema pisarzami, na przedziwną debatę zatytułowaną „Pisząc radykalizację”. Na co liczyłam, nie wiem, chyba na jakieś wyjaśnienia co do obrania dziwacznego tematu na tło ich książek. Wyjaśnień było wiele, przerodziły się w przynudnawą debatę polityczną, potrzebną, a jednak dla mnie przegadaną. Ale pokolei.

Pisarze obecni na wspomnianym spotkaniu to kolejno: Tariq Mehmood, Johannes Anyuru i Tabish Khair. Książki wokół których kręciła się dyskusja – „Song of Gulzarina”i „Just another jihadi Jane”. Była jeszcze książka Anyuru cytowana przez prowadzącą, nie wyszła do końca w języku angielskim, jedynie szwedzkim, nie jestem więc w stanie przytoczyć tytułu. Poza faktem, że wszyscy trzej to muzułmanie, dwóch z przymusu i jeden z wyboru, łączyło ich coś o wiele bardziej kontrowersyjnego (tak, można): każdy z nich, mniej lub więcej, wplótł w swoją powieść motyw terroryzmu. A mnie bardzo ciekawiło dlaczego. Czy w dzisiejszym klimacie politycznym, w czasach wciąż świeżych i, co gorsze, regularnych ataków terrorystycznych, zbyt mało im się obrywa jako muzułmanom, że zachciało im się jeszcze o tym pisać? Po co? Zadaję to pytanie, bo sama miałam dodać tu kilka słów w tym temacie, ale zrezygnowałam. To jak grochem o ścianę, tłumaczenie się za coś, czego się nie zrobiło. Jakie jeszcze mogły być powody ich wyboru? Szybki dorobek na kontrowersji, temat na czasie? Odpieranie piórem ataku na zasadzie „to nie my”? Do granicy wymiotów przegadane tłumaczenie różnicy między religią a brudną polityką? Pewnie wszystkiego po trochu. Jak wspominałam, angielska widownia wdała się z autorami w wyczerpującą dyskusję polityczną na temat kolonizacji, wyzysku, frustracji i braku religii w terroryźmie. Jedyną świeżą (dla mnie, bo w powyższych tematach tkwię nie mając na to ochoty przy okazji każdego kolejnego zamachu, kiedy ludzie chcą odpowiedzi i wymagają tłumaczenia się) wypowiedzią, która faktycznie coś wniosła, była gra na przemyśleniach Johannesa Anyuru, pragnącego podkreślić w swojej książce temat podziałów społeczeństwa, wojny nowej generacji: nie tyle rasowej lub religijnej, a politycznej, poglądowej. Pozatym dowiedziałam się tyle, że mam ochotę przeczytać książkę Mehmooda z czystej ciekawości, bo ma zachęcające recenzje.

IMG_8041

(od lewej: Mehmood, Anyuru i Khair)

IMG_8054

Wiktoriańska architektura miasta

IMG_8055

Czerwono-biały namiocik to istna skarbnica książek. Zbankrutowałam.

IMG_8040

Nie byłabym sobą. Wybrać miałam zamiar „Dream of a refugee” Mostafy Salameha i, z całą miłością do Rumiego, żałuję, że odstawiłam ją na potem. Kilka dni później miałam zupełnym przypadkiem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Mostafą, cóż powiem, urzekła mnie jego historia. Urodzony w obozie dla uchodźców, obecnie jeden z 15 na świecie ludzi, którzy zdobyli 7 najwyższych szczytów górskich, w planach na przyszłość wycieczka w kosmos. Bardzo inspirujący życiorys i książka, która znalazła się na mojej półce do przeczytania z lekkim opóźnieniem.

Bardzo przykro mi stwierdzić, że żadnego z opisywanych w dzisiejszym wpisie tytułów nie znalazłam jeszcze w polskim tłumaczeniu, pewnie dlatego, że każda z książek wydana była tego roku. Gorąco zachęcam jednak do wersji angielskiej wszystkich tych, którzy czują się o siłach. Myślę, że warto.

W ramach podsumowania produktywnego intelektualnie tygodnia, sobotę spędziliśmy w parku na festiwalu Eidowym. Było całkiem sympatycznie, coś na zasadzie dużego festynu. Zdjęć mam niewiele, bo był straszny tłok i trzylatek też był. Pod moją pachą.

IMG_8106

IMG_8108

 

 

182. Hej, wciąż żyję.

Zwalniam, czasem śpię, żyję o wiele więcej, wracam do siebie. Po bardzo produktywnym Ramadanie następuje przejście do życia codziennego. Wciąż jest naznaczone pozostałościami po tym niezwykłym czasie, bardziej niż dotąd, bardzo mnie to cieszy. Powoli odnajduję się w rzeczywistości i więcej uśmiecham. Witaj ponownie, o życie. Nawet mam ochotę się z Tobą widzieć.

Dużo przemyśleń i zmian, tak, jak lubię. Zanim skupię się na drugim już sprawodzaniu z corocznego Festiwalu Literatury, wyrzucam z siebie kilka linii z pamiętnika, dla oczyszczenia atmosfery i miejsca.

‚Przyszedł taki czas, kiedy rozumiem wreszcie, że nic tutaj nie należy do nas. Więzy tworzą się i sypią z podobną prędkością, niezależnie od barwy i intensywności. Nic co przede mną nie zdaje się bajecznie proste, ale czy kiedykolwiek takim było? Za wszystko to, co bezcenne – o ironio – płacimy w życiu słono. Na końcu tylko spojrzeć na jaśniejszą stronę rzeczy i stwierdzić, że było warto, mimo wszystko.’

Do usłyszenia.

181. Bezsenność

IMG_7076

Zasiadłyśmy do rozmowy przy stole niczym stare dobre znajome, atmosferze jednak daleko było do pozytywnej. W istocie, znamy się od dawna. Konkurencja pozostawia między nami chłodny dystans, jak mawiają Anglicy, trzymaj przyjaciół blisko i wrogów jeszcze bliżej. Gramy o jedną duszę, stawka jest zatem wysoka.

– Nie sypiasz zbyt dobrze – stwierdziła z drwiącym uśmieszkiem. Ciekawe po czym wnioskuje. Być może zdradzają mnie wory pod oczami. – Zbyt piękna noc, by ją przegapić?

Nie ma dziś pełni, nie sądzę. Niech myśli, że ma przewagę. Wszyscy normalni ludzie w okolicach drugiej nad ranem śpią. Mnie dręczy chaos, ten zaś objawia się bezsennością. Choć czuję też intensywność jego myśli, ego wciąż boli go bardziej niż mnie serce. Wiele jest powodów, dla których nie śpię. Księżyc do nich nie należy, nie dziś. Obudziłam się w środku nocy z myślą, że moje życie nie ma sensu. Wiem, że mi to podszeptywała, wiem też, mniej lub bardziej wyraźnie, że tak nie jest. Ale chaos w głowie działa swoje. Zaczyna się kołowrot wniosków. Od tego czym jest sens życia, czym jest dla mnie, przez to czy podjęłam słuszne decyzje, skoro tak, to dlaczego tyle kosztują, czy kiedyś będę czuła się inaczej, czy kiedyś się czułam i czy w ogóle można, czy gdybym wiedziała, jak to będzie wyglądać, zdecydowałabym się mimo wszystko. Można oszaleć z samotności lub braku nadziei i bezsenność bardzo temu sprzyja. Łapię myśli za ogon i próbuję porządkować. Idzie mi opornie, uciekają gdzie popadnie speszone jej przenikliwym spojrzeniem. Zaczynam już nawet powątpiewać w sens jej wizyty, taki to ze mnie beznadziejny przypadek. Dni zlewają mi się znów w niewyraźną masę, izoluję się od ludzi. Rzygać się chce na samą myśl o obecności ich samych i niekończących się problemów, którymi są pochłonięci. Stoję z boku, wypalona. Dzień jak codzień, nicość. Noc jak każda, pełna szeptów. Jej wielkomość nieprędko mnie opuści, odwiedza mnie za każdym razem, kiedy myślę, że staję na prostej. Przywykłam już do jej wizyt, serwuję herbatę, by osłodzić jej zmianę. Nie poświęcam jej wiele uwagi, ignoruję z premedytacją podczas nocnych wizyt. Nie znosi tego, najbardziej nienawidzi cukru. Zresztą, widział ktoś kiedy posłodzoną depresję? Oby zgniły wiedźmie zęby. Cisza przerasta po czasie nawet ją, powoli szykuje się do wyjścia. Jest mi lżej w okolicach klatki piersiowej, ale wróci, wiem to. Przede wszystkim dlatego, że wciąż nie mam swoich odpowiedzi. I pewnie jeszcze długo nie będę miała. Obserwuję senny świat aż do świtu, wciąż z boku, nie jest mój. Lubię patrzeć, szczególnie na ciszę. To usypia chaos, zmęczony nocnymi igraszkami. Ukołysany do snu daje ciału odczuć, że jest zmęczone. Wszystko powoli wraca do normy… na teraz.

180. Przemyślenia skoro świt

Jak spędzisz dwa tygodnie? Odpoczniesz? – Na typowe dyskusje tuż przed dwutygodniową przerwą w pracy odpowiadałam niewyraźnym uśmiechem. ‚Moja dupa’, przemknęło mi w zangielszczonej odpowiedzi przez myśl, ale ugryzłam się w język, uczę się bowiem, że nie wszyscy ludzie są gotowi na czołowe zderzenie z moimi myślami. Czym jest odpoczynek matki autyka? Odpocznę jak wyrzucę podopiecznego oknem, siebie zaś poowijam taśmą dźwiękoszczelną, włożę do czarnego worka i schowam między trocinami w skrzydle na poddaszu. Piszę ten tekst o 4.26, wstał z wrzaskiem, bo przecież spał od 23, to już długo. Najgorsze w tym wrzasku jest to, że jest „bez powodu” i ciężko mu zapobiec, będzie się drzeć/zrzędzić niezależnie od tego, co zrobisz. Czy można zatem funkcjonować bez snu? Zapytaj rodzica autyka. Czuję się jak gówno, wyglądam nielepiej, przez 3/4 tygodnia. Dziś 4:26, wczoraj 5:01, dzień przedtem druga nad ranem. Nie znasz dnia ani godziny, kiedy trafi Ci się luksus snu przez 6 godzin pod rząd. Mnie się trafił. Raz w ciągu 10 ostatnich dni.

„SZACUJE się, że od 50 do 80% dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu ma problemy związane ze snem” – mówi jedna z mądrych stron – „Dla porównania, wśród dzieci rozwijających się typowo występują one u 11 – 37% dzieci.”

No świetnie.

„Wśród dzieci z autyzmem często obserwuje się również zespół niespokojnych nóg oraz okresowe ruchy kończyn podczas snu.”

Chodzi. Wokół własnej osi, całą noc. Jak się budzi, to kopie. Wbija pięty w nerki i jedyne o czym marzysz to odrąbać je piłą mechaniczną.

„Bardziej powszechnym problemem niż u typowo rozwijających się równieśników są też parasomnie, czyli nieprawidłowe objawy lub zachowania w trakcie snu. Zalicza się do nich somnambulizm (potocznie: lunatykowanie), lęki nocne (zrywanie się ze snu z KRZYKIEM, płaczem, objawami silnego lęku), koszmary nocne, upojenie senne (chwilowa dezorientacja po przebudzeniu) i bruksizm nocny (zgrzytanie zębami).”

Co w związku z tym? Najlepiej się rozwiedź, rzuć pracę, resztę rodziny, skocz po tira by stracić słuch i żyj o kokainie. Funkcjonować raczej nie będziesz. Zawsze możesz jeszcze żyć nadzieją na poprawę, według autora jednej z biografii autyków, czasem im przechodzi z wiekiem.

Idę po kawę, wszak kto rano wstaje, ten ma krzywy ryj aż do południa.

IMG_6722

PS Matki dzieci chorych kochają mocniej. Ilość razy kiedy całkiem słusznie ma się ochotę je udusić,  a mimo to przytula, nie może być tłumaczona niczym innym. Ta mądrość to już znad pierwszej kawy.

178. Autyzm-oto sen, który odmienił Twoje życie

27 marca – 2 kwietnia – Światowy Tydzień Autyzmu

IMG_6804

***

‚ASC mi wybacz, już mnie tylko kochaj’

mam
24 godziny odurzenia
częstotliwością dźwięków tła
niczym złośliwie dudniące echo
powtarzanych głośniej
niż w ramach granicy wytrzymałości

mam
7 dni lęku
kalejdoskop przerysowanych kolorów
tęczowy zalew mózgu obrzydliwie szeleszczących najdrobniejszych przedmiotów
codziennego użytku

zdaje się być mi wrogiem
świat cały

nie potrafię się odnaleźć zbyt dobrze
w tym terrorze zmysłów
świat i ja zdajemy się być
z zupełnie różnych planet

raz dwa trzy cztery pięć
zginam palce lewej dłoni
w każdej minucie dnia

mam jeszcze matkę z jednym sercem takim
pękniętym na mak drobniuteńki
co je dla mnie poskładała
udając że nie płacze

tylko mnie kochaj

***

Być może podejrzenia krążące po Twoim umyśle zebrały się wreszcie w spójną układankę. Być może martwiłaś się o zachowanie swojego biegającego w kółko dziecka od dawna i lekarze dopiero zaczynają podzielać owe spostrzeżenia. A może jest to już stwierdzone bardzo oficjalnie i na papierze. Jedno jest pewne – dzień, w którym słowo autyzm wkroczyło uroczyście w Twój wszechświat odmienił Twoje życie raz na zawsze. Najpierw słowo to zawisło w powietrzu niczym werdykt, roztaczając wokół czarną dziurę rozpaczy. Przerażenie, zamartwianie się. Potem, już oswojone, wniosło w codzienność pokłady cierpliwości, współczucia i zrozumienia. Odkryłaś, że za okropnym zachowaniem kryje się zagubienie i bezradność, nie złośliwość. Na końcu spory zapas sił do walki zagościł w Twoim sercu na dobre, koniec końców jesteś kobietą i każdy ból potrafisz zamienić w jeszcze więcej miłości, by Twoje dziecko czuło się akceptowane takim, jakim jest.

Dzień z życia autyka

Odtwarzam ową scenę w umyśle niczym w filmie dokumentalnym, jest pełna zwolnionego tempa i przypadkowych wtrąceń i zbliżeń. Trzymamy się za rękę, wchodzimy na teren placu zabaw. W mojej głowie jest piękny ciepły dzień, promienie słoneczne grzeją mi twarz. W jego głowie panuje chaos. Najpierw zwraca uwagę na szarawy tartan, po którym stąpamy, liczy nasze kroki. Chwilę później, gdy dociera do niego powtarzający się zgrzyt karuzeli, sztywnieje. W jego uszach brzmi jakby dochodził z rozregulowanego głośnika. Do tego szum od nadmiaru głosów bawiących się dzieci, szelest dochodzący spod kół hulajnogi, szczekający pies i odgłosy przejeżdżających niedaleko samochodów. Wszystko to brzmi w jego uszach mniej więcej jednakowo, ustawione na najwyższy szczebel gamy dźwiękowej. Życie w wiecznym koncercie rockowym może być męczące, myślę sobie. Ściska mocniej moją rękę i powtarza kilkakrotnie kurczenie i rozluźnianie palców dłoni, jak zawsze, gdy nie radzi sobie z nadmiarem bodźców.

Mój syn jest autykiem. Jest nim w Anglii statystycznie 1 na 100 osób.  Bycie autykiem oznacza mniej więcej tyle, że świat jest przerysowany, jak gdyby nosiło się okulary z filtrem clarendon. Przerysowane są też dźwięki. Mózg wyłapuje szczegóły i zwalnia obrazy w nieoczekiwanych momentach, przywołuje niepowiązane z niczym wspomnienia. Panuje chaos i wieczny brak stabilności.

Właśnie ten brak połączenia teraźniejszości z przyszłością, brak logiki na której umysł mógłby oprzeć centrum dowodzenia, jest powodem lęków. Jedni autycy mają napady paniki, inni zdają się być mniej lub bardziej nieobecni. W zależności od stopnia zaawansowania mają wiele różnych trudności z wyrażaniem siebie słownie i emocjonalnie, z reagowaniem na wszystko, co nieprzewidziane. Niektórzy twierdzą, że to tak, jak gdyby mózg po złości przyciskał inny guzik niż ten, o który prosili. Zawsze. Ten sam brak stabilności jest powodem obsesji mojego syna na tle kół, bębna pralki i okrągłych kubeczków, ustawiania ich w określonym porządku. Obserwowanie obrotu pozostawia ich w poczuciu kontroli, choćby chwilowej, wyjątkowo potrafią przewidzieć co dalej.

Mój syn poznaje świat przez dotyk, jak gdyby jego zmysł odczuwania był o wiele bardziej zaawansowany niż ten, który znamy. Dotyka wyciętych kształtów w ścianie domku na placu zabaw, powoli przesuwa dłonie wokół pnia drzewa, przepuszcza między palcami źdźbła trawy. Wszystko to trwa dłuższą chwilę i bardzo go fascynuje. Lubię go wtedy obserwować. Kocha naturę i uwielbia móc dać się jej porwać. Ogromne, soczystozielone angielskie parki, są w sam raz. Może w nich biec przed siebie ile sił w nogach i czuć niczym nieograniczoną przestrzeń. Zdaje się posiadać jakąś niezwykłą więź z naturą. Ma też obsesję na tle numerów i liter. Najbardziej fascynujące w filmach Disneya są dla niego napisy końcowe, witane piskami radości. W tym małym świecie nie zawsze jest miejsce dla ludzi, ale pracujemy nad tym. Socjalna strona autyzmu potrafi być bardzo mroczna, pomimo szczerych chęci chorego.

Wierzę, że autykom jest w życiu bardzo ciężko, kiedy są nieustannie oceniani przez pryzmat niewiedzy i niezrozumienia. Ich świat jest jednak ciekawy i niesamowity, spróbujmy ich poznać. Albo chociaż zrozumieć. Dajmy im szansę.

169. D jak Droga

IMG_4638.JPG

Droga, Depresja, Dragi, Darling.

D #1. Droga

Emigracja, szczególnie w tak młodym wieku (18), była dla mnie początkiem nowej drogi do odkrywania samej siebie. Im więcej razy się potykałam i gubiłam, tym lepiej poznawałam, kim naprawdę jestem. Zmierzyłam się z własnymi lękami, słabościami, marzeniami, pragnieniami, ciemnymi oraz słabymi stronami mojej osobowości. Jestem o wiele bardziej zadowolona z dzisiejszej siebie niż wtedy, choć długa droga nadal przede mną. Wszak emigracja to szkoła życia.

D # 2. Depresja

Depresja. Słowo nadużywane, lekceważone, nierozumiane. Potocznie weszło w użycie jako określenie braku humoru czy też entuzjazmu. Do niedawna było mi odległe, też je lekceważyłam. Dopóki nie zaczęło mi wywracać codzienności wedle swoich własnych kaprysów, niekoniecznie związanych z moją wolą.

Zaczęło się niewinnie. Wieloletnie doświadczenie z nie do końca normalnymi osobnikami wokół mnie od zawsze odbijało się na humorze. Są tacy, co depresję przeżywają śmiejąc się najgłośniej z całego otoczenia i tacy, którzy tłamszą ją w sobie. Jedni ani drudzy nie są szczęśliwi. Byłam twarda dość długo, przymykając oczy i idąc dalej przed siebie. Nie użalałam się nad sobą, zaś negatywne uczucia przelewałam na papier. To właśnie mój pamiętnik jest doskonałym zbiorem stanów depresyjnych pod przykrywką sztuki. Najlepiej tworzy się przecież na smutno.

W pewnym momencie doszła bezenność. Jak zaklęta budziłam się każdej nocy o drugiej nad ranem i nie mogłam już spać. Nieważne czy spałam od godziny czy czterech ani jak bardzo byłam wykończona. Kręciłam się z boku na bok licząc minuty najdłuższych nocy w moim życiu. Wściekła z bezradności i zmęczona. I tak przez pół roku. Kiedy już zaczęłam sypiać, przestałam jeść. Z porcji dla faceta przerzuciłam się na porcję dla wróbla. Brakowało mi apetytu. Nadal lekceważyłam swoje stany. Ciągle coś nie działało, ale wciąż miałam jakąś kontrolę nad rzeczywistością. Potem doszła izolacja, brak ochoty na kontakty społeczne, na końcu całkowita niemożność koncentracji. Łapałam się na tym, że kiedy nauczycielka tłumaczyła mi, czego uczę tego popołudnia na zastępstwie, w połowie zdania nie rejestrowałam już tego co mówi, czułam się jak przygłup. Mój świat wymknął mi się spod kontroli, dni uciekały mi jakby za mgłą, nie kontaktowałam, co się wokół mnie dzieje. Byłam wyłączona z życia, stałam z boku, a ono toczyło się bez mojej ingerencji. Jak na wiecznym haju. Od momentu włączenia budzika marzyłam przez cały dzień tylko o tym, by znowu pójść spać, by po ponad godzinie snu kręcić się z boku na bok przez siedem godzin i walczyć z frustracją, kiedy znów trzeba zmierzyć czoło z kolejnym dniem. Czasem wyjście z łóżka było niemal ponad moje siły. Frustracja kończąca się zawsze potokami łez, samotność w tym stanie i poczucie braku zrozumienia. Depresji w całej swej okazałości nie życzę nikomu.

D # 3. Dragi

Narkotyki są w Anglii zbyt łatwo dostępne. Swojego czasu pierwszy diler mieszkał na końcu mojej ulicy, drugi za pierwszym zakrętem a trzeci przesiadywał pod restrauracją 500 metrów od moich drzwi. W Polsce wszyscy chleją, w Anglii wszyscy ćpają – od bezrobotnych po właścicieli korporacji, każdej rasy i pochodzenia. Trawę palą zamiast papierosów, dowożona jest do domu niczym pizza. Naćpany taksówkarz, najprawdopodobniej pod wpływem kokainy lub czegoś w tym stylu, odwozi cię w miejsce docelowe i nawet Cię jego stan nie dziwi, chyba nawet bawi w swojej żałosności. Nie wiem nadal, jak ochronić przed tym dzieciaka. Nie wypuszczać z domu? Pokręcony świat.

D # 4. Darling

Słowo, które choć w znaczeniu powinno być ciepłe i czułe, służy ludziom, zamiennie z ‚love’, jako kropka kończąca zdanie. Tu każdy nazwie Cię kochaniem, od sprzedawczyni w sklepie, przez kelnera w restauracji po stuletniego sąsiada. I nikt nie będzie miał na myśli nic poza kropką, oto wyznanie miłości chłodne niczym angielski poranek.

PS Na myśl przychodzi też deszcz, ale poświęciłam mu conajmniej 3 osobne wpisy, wystarczy mu tej sławy. No i drogi. Przyjeżdżając z Polski już w drodze z lotniska na terenie Anglii zauważasz, że samochód jedzie, nie skacze. Ale to się tyczy większości wyjazdów poza Polskę – nagle na drogach jest beton.

166. Kobieta kobiecie wrogiem.

image

Im więcej się naczytałam o shafakowym ‚sisterhood’, tym bardziej dostrzegam, jak daleka jeszcze droga do tego, by owo zjawisko prężnie funkcjonowało w którymkolwiek ze społeczeństw. Żeby nie powiedzieć, że ono nie istnieje… Uwzględniam jednak rzadkie przypadki, tzw. ‚przebłyski’. Tak, przebłyski, bo tylko tyle dobroci i serdeczności otrzymuje jedna kobieta od drugiej. Kiedy się żmija czasem zapomni i jest miła, tak po prostu.

Bo tak się składa, że większość kobiet to żmije. Mówię tu o dorosłych, ponoć dojrzałych emocjonalnie stworzeniach. Żmije, jak to przystało na gady, są oślizgłe (plotkary), złośliwe (zawsze w swoim mniemaniu lepsze od otoczenia) i kąśliwe. Tego ostatniego nie oszczędzi Ci ani matka, ani siostra, ani babcia. Krytyka to jedyny sposób, w jaki potrafią tuszować własną nieporadność i porażki życiowie. Nagle zapominają, jak to było, kiedy przechodziły przez coś podobnego, albo pamiętają, ale koloryzują się dodając supermoce: „Ja mając piątkę małych dzieci pracowałam na nocki, nigdy nie chorowałam i byłam idealną panią domu. W międzyczasie chodziłam na dyskoteki, malowałam ściany i podróżowałam po świecie”. Znacie to skądś? Jeszcze usłyszycie, że z Was żałosna matka, że one wyglądały lepiej, nie miały żadnych problemów, a Wy użalacie się nad sobą leżąc z anginą i nie mogąc wyjść z łóżka. Witamy w świecie żmij.

Jest też inna kategoria gadów, gady zawistne. Gady te nie potrafią znieść żadnego śladu szczęścia. To takie przyjaciółki w niedoli – jak cierpisz, tak jak ona, to będzie do serca przyłóż. Jak jednak postanowisz złapać życie za nogi i kopnąć w dupę, nie żebyś od razu była szczęśliwa, może po prostu zdecydowałaś nie być dłużej ofiarą, nie mogą tego znieść. Odsuwają się i cierpią z innymi, naklejając na Ciebie nalepkę „tej trzeba zazdrościć bo miała tupet coś zmienić.” Mogą się też jednak odsunąć z samego faktu życia po swojemu. Podaruję sobie przykłady partnera z innej kultury, mniej drastycznie: facet też Polak, ale na przykład młodszy o powiedzmy dziesięć lat. Kobieta zostaje sama, bo nie gada z nią jej własna matka, koleżanki, jego rodzina. Albo kiedy facet jest starszy. Albo na przykład nie jest lekarzem. Czasami… czasami wystarczy nawet facet z innej wiochy. Koniec świata, jak śmiesz. Kobietom nie dogodzisz.

Kobiety kobietom podstawiają nogi, dokładają dołów, z zazdrości kąszą dla samej rozkoszy kąszenia. To nic, że same przeszły przez większość podobnych sytuacji i powinny wiedzieć jak to jest, jak Cię wszystko boli po porodzie, jak masz depresję albo jak nie układa Ci się w związku, a szefowa Cię nienawidzi, bo jesteś szczuplejsza. Nie. Lepiej jest kopać leżącego i samemu czuć się lepiej. Cała idea, którą Elif nazwała sisterhood, musiałaby się najpierw pozbyć chorej zawiści. Dopiero wtedy kobiety mogłyby jedna drugiej być ramieniem zamiast kosą. Kiedy ten przebłysk serdeczności zamieniłby się w codzienność, a nienawiść wynikająca z zazdrości była raczej motywacją niż trucizną. Żmijowatość istnieje nie tylko ściśle wokół nas, a wszędzie. Wystarczy zajrzeć na jakiekolwiek forum w Internetach, wyścig kto komu bardziej dowali. Długa droga, tak długa droga przed nami…