168. C jak czas

Fullscreen capture 30082014 153744.bmp (Large)

Czas. Coventry. Cena.

C # 1

Odkąd przyjechałam do Anglii, pojęcie czasu przepływa mi przez palce. Nigdy go nie ma. Wir pracy i klimat pogodowy nie sprzyjają tej zwariowanej karuzeli, w której dni lecą jak szalone, a nim się obejrzysz, lecą i lata. Nagle mam 24 lata i zaczynam się zastanawiać, gdzie sprzedałam swoją młodość. Zmarszczek jeszcze nie ma, na jak długo tak pozostanie – nie wiem. A zaledwie tu przyjechałam, jako przerażona 18stka. Wszyscy pędzą. Ja wiem, że tak jest wszędzie, że takie jest dorosłe życie. A jednak rówieśnicy w kraju zdają się sobie z tym pojęciem radzić lepiej niż ja. Dochodzi tu kwestia cennych wyborów życiowych rzecz jasna i czas staje się złotem, którego tak trudno mi zaczerpnąć w wirze codzienności. Nie mam czasu. A jak mam, to go źle organizuję, bo tak przywykłam że nie mam, że potrafię w wolnej chwili rozkoszować się oddychaniem. Tu nikt nie ma czasu.

C # 2

Coventry to pierwsze angielskie miasto, w którym zamieszkałam. Architektura, ludzie, parki, pierwsze starcia z codziennością, pierwsze prace, niepewność, znajomi, trudności ze zrozumieniem języka, senność. Spędziłam tam trzy miesiące. Mnóstwo pozytywnych wspomnień,   śliczna pogoda i odkrywanie nowej rzeczywistości. To był miły czas.

C # 3

Cena. Ceną jest poczucie odosobnienia. Nie nazwę tego samotnością, jest raczej poczucie braku przynależności. Gdziekolwiek. Cena za moje wybory, które się nikomu nie podobały i podobać nie będą. Jednak wiem, że wielu przyjezdnych płaci cenę samotności, będąc daleko od rodziny. Wszystko w życiu ma swoją cenę, emigracja nie jest wyjątkiem.

Reklamy

163. Podróże z Sindbadem

DSC02591
Witamy Państwa na pokładzie autokaru firmy Sindbad. Do naszych usług należy wydzieranie się na pasażerów, gubienie bagaży i nie informowanie podróżnych o fakcie przesiadania się w ogóle, a także miejscu przesiadki czy też możliwości oczekiwania na kolejny autokar na dworcu nocą i w deszcz, po to by usłyszeć od obsługi, że „jak autokar przyjedzie, to będzie”. Poza tym życzymy Państwu miłej i bezpiecznej podróży.
***
Jeśli prowadzisz nudne, zwyczajne życie, pozbawione emocji i wrażeń, polecam Ci niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju atrakcje podczas podróży z Sindbadem. Z zachodniego Yorkshire na Śląsk, przez 2 dni wspólnej podróży zdążysz poznać od poszewki wszystkie angielskie fabryki i rodzaje sałatek.

Po 5 latach nieobecności w Polsce wybrałam się do niej autokarem. Wyjazd planowany na ostatnią chwilę, samolot odpadał. Ciekawa byłam też eurotunnelu, jak to wygląda, wybierałam się bowiem na francuski roadtrip w niedalekiej przyszłości. Pełna entuzjazmu rozsiadłam się więc na przydzielonym mi siedzeniu, z książką w ręku, gotowa na długą podróż. Gdzieś po czterech rozdziałach przysnęłam. Ze słodkiej drzemki wyrwał mnie głos pilotki: „Pani się przesiada”. Że ja? Jaka przesiadka? Nie zdążyłam nawet poskarżyć jej, że przy zakupie biletu nikt mnie o przesiadkach nie informował. W biegu zgarnęłam koc, ubrałam buty i nim się zorientowałam, szukałam po numerze kolejnego autokaru. Torby przenieśli, upewniłam się.
Rozsiadłam się na kolejnym wyznaczonym miejscu i nie zasnęłam porządniej już do końca podróży, by nie przespać ewentualnej przesiadki na ostatnią chwilę niczym mój współpasażer, który zamiast nad polskie morze zajechałby do Czech, ale im się w porę o nim przypomniało, co przypłaciliśmy kolejnym postojem. Kolejny raz autokar zmieniałam w Słubicach. Ten ostatni, pełen Ukraińców i Rosjan, też nie był pozbawiony atrakcji. Jechały z nami dwie Włoszki, na spotkanie z papieżem. Jedna z nich wiozła krzyż wielkości dorosłej osoby na siedzeniu obok siebie, wynikiem czego każdy przechodzień odbywał drogę krzyżową. Moja matka oberwała z krzyża już na wejściu. Nikt z obsługi nie mówił też po angielsku, jak na firmę od międzynarodowych przewozów przystało, w związku z czym Włoszki nie miały zielonego pojęcia co się wokół dzieje, jak długo trwają postoje itd. Pilot skomentował ich próby komunikacji szyderczym uśmiechem i „gdybym ja cię kobieto rozumiał”. Kiedy wreszcie dojechałyśmy na Śląsk, szczęśliwe że wyprostujemy nogi, które to zdążyły podwoić już swoją objętość, czekała nas kolejna niespodzianka. „Mamy mały problem” – rzekł kierowca z głupkowatym uśmiechem, kiedy czekałyśmy, by wydano nam bagaże. „Mieliśmy telefon, że wasze torby są na granicy z Ukrainą, pomylili autokary przy przenoszeniu ich”. Teraz to trzymałam już matkę, by nie zostać opisaną w międzynarodowych brukowcach świadkiem ataku maczetą na dworcu w Bytomiu. Przyjechać do Polski na tydzień i nie mieć przy sobie nic – kluczy, ubrań ani ochoty na dalszy pobyt – takie wrażenia gwarantuje jedynie Sindbad. Przemiła pani z infolinii poinformowała mnie, że biuro obsługi klienta będzie otwarte w poniedziałek, proszę zadzwonić wtedy, po czym się rozłączyła. Sobota, a ja stoję w deszczu na dworcu, bez niczego, mam czekać do poniedziałku, a co mi szkodzi. Kolejna pani była już nieco bardziej skłonna do pomocy, po namierzeniu bagaży zorganizowała ich powrót do miasta obok w niedzielę wieczorem.

W drodze powrotnej, bom z rozmachu wykupiła bilety w dwie strony, nie dziwili mnie już ludzie pilnujący swoich bagaży w sposób widziany przez obsługę jako natrętny. Prawie każdy, z kim rozmawiałam, miał w rękawie choć jedną opowieść o zgubionej torbie. Nie dziwiły mnie już też pilotki drące się na ludzi, zdążyłam przywyknąć. Ani to, że przesiadka polegała na staniu nocą w szczerym polu przez dwie godziny, kiedy to poprzedni autokar odjechał, a kolejny się spóźniał. Punktu informacyjnego brak, nikt nam nie powiedział, że się spóźni, odstawiono nas z numerem autokaru, którego nie było i dowidzenia. Próbowawszy dowiedzieć się czegokolwiek od jednego z kierowców, usłyszałam, że „jak przyjedzie to będzie, zobaczy go pani”. Gościu miał ubaw, ja scyzoryk w kieszeni. A tak poważnie – jego szczęście, że nie miałam. Chłopak czekający na ten sam autokar, podróżujący z Mazur, stał tam już od 3 godzin. „Co tam- rzucił obojętnie – ostatnio czekałem sześć”. Matrix. Na tym samym postoju zgubiono Afrykańczyka, kierowca go później szukał. Prawdopodobnie wsiadł do złego autokaru, modlitwy z nim, by nie dojechał przypadkiem w środek jakiejś demonstracji nacjonalistycznej, w państwie nieco innym od zamierzonego.

Dla kogoś, kto podróżuje poraz pierwszy, pozostaje ogromny niesmak i rozczarowanie. Żeby nie było, cena biletu to nie jakieś grosze, by móc w imię taniochy znosić niedogodności, bo była to równowartość dwóch biletów samolotowych poza sezonem. Jeśli koniecznie musicie przemieścić się lądem, proponuję minibus. Jak dla mnie – Sindbada nigdy więcej, nawet za darmo.

DSC02581.JPG

160. Telegram z podróży

Czy dom jest tam, gdzie mieszkamy? Czy tam gdzie czujemy się dobrze? Dla kogoś dom może być tam gdzie rodzina lub ukochany. Wsiąkam miejsca niczym gąbka i w każdym z nich zostawiam jakąś cząstkę siebie, by mieć do czego wracać i czuć się jak w domu. Z miejscami mam jak z ludźmi – albo to czuję, albo nic z tego nie będzie.

Opuszczam Anglię na rzecz odwiedzin w Polsce. Jadę zobaczyć ‚już nie dom’. Pozostawiam za sobą zwariowane miasto, w którym nic już nie dziwi. Choć kocham podróżować, będę tęsknić. Zostawiam za sobą swój angielski dom, bo na emigracji pojęcie domu mieści się w czasie potrzebnym do spakowania plecaka. Tak ładnie ktoś to kiedyś nazwał.

STOP

Calais. Miejsce, w którym udowodniliśmy brak człowieczeństwa. Podwójne kolczaste ogrodzenie, podłączone do prądu, klatka. Tysiące namiotów ustawionych wzdłuż plaży to już chyba ‚dobudówka’ do oryginalnej Dżungli. Odgrodziliśmy się nie tylko od niej, głównie od jej mieszkańców. Uczucie podobne do tego podczas wizyty w obozach zagłady. Smutek i niesmak. To się jednak dzieje tu i teraz. Niewiele możemy z tym zrobić, to jeszcze gorsze.

STOP

Niemcy jawią się surowiej. Za oknem więcej lasów iglastych, ludzie bardzo poważni. Nie uśmiechają się, ale to nic, porównując do polskich serwujących, krzyczących na ludzi, że się nie rozmnożą. Gościu też jedzie już dwa dni, mamy trochę litości. My, z tyłu. Skrzyczeni – niekoniecznie.

STOP

Fakt, że przekroczyłeś granicę, oznajmia Ci ilość wybojów na drodze. Pierwsze wrażenia po 5 latach nieobecności w Polsce – dziurawe drogi, audycja radiowa o spotkaniu młodzieży z Papieżem i przepiękne pole słonecznikowe. Taka może być Polska oczami ekspata. Bez krytyki, obserwuję. Taki mamy klimat. Zachwycam się słonecznikami, które niczym pole tysiąca maleńkich słońc, ciekawe świata, wychylają swoje główki oparte na cienkich łodygach. Lato czuć w powietrzu.

STOP

Przesiadka w Słubowicach. Włoszka z trzymetrowym krzyżem prawie zabiła mi nim matkę. Siostra dostała ataku paniki na widok komara. „Komary są najgorsze, mogą Cię zabić”, rzecze. Niech żyją wakacje. Jest też z nami wycieczka ukraińska, mój bagaż pojedzie z nimi aż do ich granicy, ale jeszcze tego nie wiem. Rozkoszuję się upałem. Zjeżdżamy cały Dolny Śląsk nim dojedziemy na Górny. Architektura i ilość zieleni jest niemal identyczna. W 31 godzin przez 4 kraje nie pozostawia śladów zmęczenia, to trening przed nadchodzącym. Kiedy wreszcie znajduję się w miejscu docelowym, tydzień mija mi bardzo szybko, po brzegi wypełniony ulubionymi miejscami i przede wszystkim twarzami. Tęskniłam, więc korzystam. Duszne, gorące śląskie lato to dla mnie czysta przyjemność. Przynajmniej na tydzień. To był udany wypad.

Bez odbioru.

(Więcej o wrażeniach z Polski tutaj, jeśli komuś umknęło).

157. Felietony: hymn ekspatów.

old-1130731_960_720.jpg
Przywykłam do zmiany i ruchu do tego stopnia, że wierzę w śmierć na skutek spoczynku. Nie siadam w metrze, ani autobusie. Kiedy prowadzę samochód, zawsze łamię prędkość. Nie chodzę na spacery, biegam. Czasami biegam też bez powodu. Postęp jest w ruchu. Nienawidzę latać samolotami. Setki kilometrów pokonanych w zawieszeniu i spokoju nie dają mi satysfakcji ruchu. Przypięta pasem i zmuszna do bezruchu, nieświadomie poruszam nogami, tylko to mnie ocali. Nie wierzę, że podróż ma wartość jeśli nie czuje się drogi. Wszystko to co między punktem A i punktem B, przepada. Moja mapa na Facebooku w smartphonie nigdy nie pokazuje trasy. Tylko: S. była w miejscu X. S. jest w miejscu Y. Teleportuję się. Brakuje mi szlaku. Obsesyjnie kupuję mapy by zaznaczać na nich trasy przejazdu. Robię to bardzo dokładnie. Nie wiem tylko jak rysować lot. Bo zawsze kiedy widzę kawałek ziemi, to bardzo, bardzo chcę wiedzieć jaki to już kraj, jaka część świata i co to za rzeka tam w dolinie. Kiedy siadam w fotelu zawsze myślę, że umrę. Trwać w bezruchu znaczy umrzeć. Nigdy jednak tak naprawdę nie umieram. Pozostawiam po sobie jedynie dziury. Dziura Paryż, dziura Barcelona, Dziura Knossos, Dziura Muzeum Picassa, Dziura Z., Dziura siostra, Dziura Zgoda, Dziura dom matki. I tak w nieskończoność. Jestem wszędzie i nigdzie a miejsce z którego wyszłam, nie ma już znaczenia. Dwie książki, rękopis, laptop i sterty dokumentów. Dokładnie tyle mieści bagaż podręczny. Dziesięć kilogramów jest naprawdę podręczne. Już czuję jak robi się dziura. Obiecuję, że wrócę. To tylko dwa tygodnie, szybko całuję w policzek i biegnę słysząc za sobą beznamiętnie wypowiedziane – nie masz biletu powrotnego. Wiem, że nie mam wyjścia, muszę jechać.”
P.Sauer, „Zmartwychwstanie”

Kiedyś myślałam, że to choroba. Że attachment disorder, zaburzenia przywiązania, będzie niczym magiczne zaklęcie, które rzucone na wiatr powstały po moim biegu w kolejne już miejsce wymaże wszystkie żale i wybaczy mi to, czego nie potrafiłam. A nie potrafię zostawać. Nie wyznaję związków i rodzin, nie potrafię. Opanowałam sztukę bezgranicznej akceptacji do pierwszego litra krwi, którym skazisz moje serce. Potem droga prowadzi już tylko w jedną stronę, następuje zresetowanie systemu. Bezdomne dziecko nie potrafi kochać, powiadają. Ja potrafię kochać, nie wiem jak zostawać. Nie wiem też, czy taka choroba naprawdę została oficjalnie ogłoszona przez kogoś z doktorem przed nazwiskiem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że właśnie na to cierpię i przyjęłam to niczym moje motto życiowe, „trwać w bezruchu znaczy umrzeć”. Nie afiszując się, akceptując. To trudna sztuka akceptować siebie, zawsze warta próbowania. Długo więc myślałam, że to choroba, potem ktoś dodał, że może jednak depresja poporodowa. Nieco później odkryłam globetrotting i derwiszy, okazało się, że można porzucać wszystko i żyć zawsze w biegu, że można tak wbrew światu krzyczącemu, że to nienormalne. Że można być sobą, wciąż w drodze, zawsze czuć, że powinno się zajechać jeszcze indziej. Jeszcze tylko trochę, kolejny zakręt, szczyt, miasto, dolina, pagórek i las. Jeszcze tylko sprawdzę, co jest tam, za rogiem, co opowiadają tam, gdzie mnie nie ma. Mój dom mieści się i tak w czasie potrzebnym do spakowania torby podręcznej. Cienka jest granica między chorobą zbiorową a wolnością, pojęcia zlewają się ze sobą. A jednak ci ludzie mają ten spokój, za którym tak tęsknię teraz, który mnie opuścił wraz z nadejściem podskórnej śmierci. Napady euforii przeplatane dołem stulecia potrafią wykańczać i leczy je jedynie podróż. Pakuję się, jak zawsze wtedy, kiedy słyszę wołanie. To silniejsze niż ja, instynkt. Zew.

„(…) wiem też że można zostawić wszystko (…)
Zapomniała zapisać nam tylko miejsc, skąd nie trzeba uciekać. Nie nauczyła nie tracić domu i niczego nie żałować”.

156. Pamiętniki z emigracji (XI)

Pierwsza wielka fala niesmaku nie tyle opadła, co dała się oswoić. A może to dlatego, że nie miałam czasu nawet przejmować się tym, że gdzieś mnie ponoć nie chcą. Tak naprawdę nigdy nie chcieli. Wyjdą, nie wyjdą, co i dokąd teraz, tym razem, dobiega do mnie zza mgły. Choć przywykłam do deszczu, pokazuje od kilku dni nowe oblicze. Niebo pękło w połowie, serce już dawno, świat się jeszcze nie zawalił, ale czasem ciężko mi go nieść. Brakuje mi cierpliwości, spokoju. Brakuje mi czasów, w których nie bywałam rozczarowana tak często. Mimo to wciąż zbieram kawałki rzeczywistości z podłogi i z podniesioną głową maszeruję do przodu. Bo przecież co to dla mnie.

Gdzieś tam wołają o polskim robactwie, słyszy się dużo o nasilonych przejawach pogardy i chamstwa. Nagle okazuje się, że buraków jest dużo i nie boją się mówić. Czar prysł? Nie. Nigdy Polaków na Wyspach ani nie kochano, jak chcieliby wierzyć, ani nie doceniano. Była zazdrość, obojętność, politowanie lub miłość – wszak Polki serc łamią wiele. Ale żeby nagle odkryć, że nie jesteśmy ulubionym sortem przyjezdnych? Nigdy nie byliśmy. Niewidzialni, a szkodliwi. Czasem uchodzący za nazistów, szkodzący innym nawet nie u siebie. W swoim mniemaniu lepszy gatunek uchodźców, jedyny wybrany. Przykro mi za takich ludzi tak jak i przykro mi za buractwo angielskie i ich przejawy ksenofobii. Świat byłby piękniejszy bez buractwa ogółem.

Świat. Który aktualnie powariował. Podziały ponad podziałami. Europejskie dzikusy z pamięcią ameby.  Dziwne, niesmaczne czasy. Ostatni niech zgasi światło.

134. Z pamiętnika muzułmanki.

– Mogę zadać ci osobiste pytanie? – zerknął na mnie zza swoich nerdowskich okularów, obejmując kubek z kawą obiema dłońmi, jak gdyby nagle poczuł potrzebę ogrzania rąk. W ostatnim tygodniu lipca. Cóż, jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, raczej się tego spodziewałam – myślę sobie.
– Mhm – otrzymał przyzwolenie. Założę się, że zapyta o TO. Sto procent. Jak zapyta o to, o czym myślę, stawiam sobie dużą gorącą czekoladę w drodze do domu. No już, pytaj, ciekawam…
– Tak się tylko zastanawiałem… Dlaczego chusta?

Czekolada była pyszna.

***
– Wcale mi się to nie podoba – powiedział, marszcząc brwi, próbując włączyć minę osoby, która nie znosi sprzeciwu.
– To strasznie dziwne masz problemy – odpowiedziałam znudzona, wciąż poprawiając wystające spod chusty kosmyki – bo wielu by się ucieszyło na twoim miejscu. Wielu nakazuje, wymaga ponoć… A tobie się nie podoba.
– Narażasz się na straszne niewygody, wiesz. I założę się, że wyrzucą cię za to z pracy.
– To niech wyrzucą, ich strata.
– Będą myśleli, że dołączyłaś do terrorystów.
– Powiedział muzułmanin.
– Wiem jacy są ludzie!
– Zdecydowałam – odpowiedziałam tonem osoby, która nie znosi sprzeciwu. Zaśmiał się i życzył mi powodzenia. Tak złośliwie, jak tylko on potrafi. Szczerze.

***

Przeszła obok mnie, jak gdybym była duchem. Nie rozpoznała mnie. Spędziłyśmy razem większość weekendów w ciągu ostatnich dwóch lat, a ona mnie nie poznała! Bo miałam na głowie kawałek materiału. O, a tam czeka na mnie matka. Lepiej jej pomacham, bo też mnie nie pozna. Ten kolor cię postarza – stwierdziła. No i teraz to dopiero się wszyscy na nas gapią.

***

– Po co to? Czy to dlatego, że teraz jesteś mężatką?
– Czy on ci kazał?
– Czemu akurat teraz?
– Czy to tylko na czas Ramadanu?
– Czy starasz się wtopić w tłum?
Tylko kobiety potrafią zadawać piętnaście pytań w ciągu minuty. Niemniej, uwielbiałam je, tolerując tym samym ciekawość i drobne złośliwości. Nie podobało mi się jedynie, kiedy dyrektor parsknął perfidnym śmiechem na mój widok. Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni – pomyślałam, mam przecież cztery rozmowy kwalifikacyjne w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Jeszcze będziesz za mną płakał.
Nieustannie dziwiło mnie zdziwienie tych, którzy powinni to rozumieć. Nie rozumieli. Oni uciekali do Europejskości, powszechnie uznawanej za wolność i nowoczesność, a ja, biała, mająca wszystko to, co kusi, wpakowałam sobie na głowę szmatę, bo tak mi się podobało. Confused – idealne określenie na ich miny.

***

Poznałam go trzy lata temu, kiedy przygniótł mnie drzwiami. Jakkolwiek żałośnie to brzmi, bycie wciśniętą między drzwi a jego tłuste półdupki na sali pełnej dzieci i nauczycieli doprowadziło mnie do odstawienia na bok myśli, że pierwszy dzień pracy zakończony pobiciem jednego z pracowników nie zagwarantuje mi długiej kariery w tym miejscu. Typowy żebrak o bycie w centrum uwagi, prowokator. Diabelnie arogancki. Nie przypadł mi do gustu przez to pierwsze wrażenie.
– Przepraszam, sir – szepnęłam mu na ucho, wsuwając się między niego a jego, jak się później okazało, kochankę. – Jeśli w trybie natychmiastowym nie przestaniesz prezentować mi kształtu swoich półdupków, to zasadzę ci takiego kopa, że pofruniesz na drugą stronę sali.
– Zawsze masz taki cięty język? – roześmiał się.
– Tylko wtedy, kiedy ktoś celowo jest chamem, starając się poznać moją ciemną stronę – odparłam, poprawiając swoją chustę.
– Owszem, zrobiłem to celowo.  Żebyś się zsunęła gdzieś na bok – odpowiedział, kontynuując gierkę o to, kto ma większe mniemanie o sobie.

– Stałam tu przed tobą.

– Wiem. Ale widziałem cię w tej twojej chuście i stwierdziłem, że nie lubię zakonnic. Mylne pierwsze wrażenie. Poznać taki charakterek to sama przyjemność. Czemu ją nosisz?

– A czemu ty jesteś TAKI?
– Wyrażam siebie.
– Otóż to, mój drogi.

Mylne pierwsze wrażenie to zdanie, które oboje powtarzamy wielokrotnie, wracając do tego, jak się poznaliśmy. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale wyśmialiśmy się razem za wszystkie czasy. W sumie kontakt się urwał, odkąd zmieniłam szkołę. Brakuje mi czasem jego towarzystwa.

***

– Nie układa się wam, rozumiem – odparła smutno, stukając paznokciami o blat stołu – ale masz Boga po swojej stronie, dasz radę. Gdyby nie był po twojej stronie, gdybyś wątpiła, nie przyszłabyś tu dziś do mnie tak jak przyszłaś. Zrzuciłabyś to – powiedziała, zerkając na moją abaję.
– I ty nadal myślisz, że wyglądam jak wyglądam dla męża – roześmiałam się, niedowierzając. Chyba nigdy tego nie pojmę, jak można tak myśleć, znając mnie lub jego, a tymbardziej znając nas oboje.
– Ja musiałam nosić abaje i chustę – odparła – Kiedy się rozwiedliśmy, ściągnęłam hidżab na znak protestu. Założyłam znowu, sama z siebie, dopiero pięć lat temu. Musiałam dojrzeć do tego, by przestać się przejmować tym, jak widzą mnie inni. Zakrywam się dla Boga, więc przyjemnie jest to robić. Naprawdę lubię swoje chusty. No i mogę mieć inny kolor każdego dnia, z włosami tego nie dokonasz – dodała ze śmiechem.

***

– Uwielbiam moją chustę. Daje mi ogromne poczucie wolności.
– Nie rozumiem, to znaczy, że nikt ci nie kazał jej nosić? – nerdowskie okulary w połączeniu z uniesionymi brwiami sprawiły, że wyglądał bardziej jak prawnik, niż dyrektor. Dyrektorzy, których dotąd poznałam, wyglądali bardzo stanowczo. Ten był jakiś taki… pocieszny. Brakuje mi słowa na ten wyraz twarzy.
– W sumie to niemal mi zabronił, jeśli jego masz na myśli – odparłam – Poczucie wolności ponad oczekiwaniami innych ludzi, wolność w wyrażaniu siebie tak, jak chcę, pomimo ogólnego sprzeciwu społeczeństwa, pomimo tego, że nikt tego nie uznaje za fajne, nawet będąc urodzonym w muzułmańskiej rodzinie, wreszcie wolność od obsesji w kwestii wyglądu, totalna samoakceptacja. Coś na zasadzie, że w tym czymś na głowie i tak wyglądam beznadziejnie, więc kto by sobie głowę zawracał makijażem na przykład, tym co pomyślą inni… Ogromna zmiana dla kogoś, kto jeszcze niedawno nie wyszedłby nieumalowany do sklepu. Człowiek jest uwiązany tą obsesją jak nas odbiorą inni, wkręca się nam ją od dziecka. Trzeba się dobrze prezentować, sprawiać wrażenie… Zrzucenie tych łańcuchów to ogromna ulga. Jestem wyjątkowa będąc sobą, właśnie NIE sprawiając wrażenia by zadowolić innych. Albo mnie kupują taką, jaka jestem, albo nie zawracam sobie nimi głowy. To tylko kawałek materiału, a jednak psychologia robi swoje. Nosząc swoją chustę czuję się szczęśliwa, wolna i w zgodzie z samą sobą. Nikt nie ocenia mnie przez to, jak wyglądam, a przez to, co robię. Docenia się moją pracę, nie figurę i fryzurę. Nigdy nie lubiłam zbędnej uwagi i nie sprawiało mi przyjemności liczenie, na ilu osobach wywarłam wrażenie tym, jak wyglądam. Teraz jestem ponad tym, chusta na głowie jest niczym znak „nie jestem zainteresowana”. Liczy się to, kim jestem, co potrafię.
– Witamy w naszym gronie nauczycielskim – odpowiedział z uśmiechem – Niecodzień się zdarza, żeby ktoś mnie zagadał na śmierć jeszcze podczas rozmowy o pracę. Dobra praktyka, dobra gadana, oto cechy efektywnego nauczyciela.

A wszystko przez chustę.

133. Styczniowy niemróz i lekcja pozytywnego egoizmu.

Oto i jest, styczeń. Choć sama nie mam postanowień noworocznych, obserwuję uważnie, jak świat rozpryskuje się na setki tysięcy drobnych kawałeczków w wyniku działań ludzi, którzy wywracają swoje życie do góry nogami wbrew wszelkim regułom. Nie sądzę, by to planowali, a jednak pozwalają na to. To takie wbrew temu ubzduranemu porządkowi, rutynie, przez wielu widzianej jako szczęście, takie przeciwne normom społecznym, szczególnie tutaj. Wariactwo i głupota – rzekłabym kiedyś, bo był taki czas, że ta stabilność była dla mnie synonimem spełnienia, w końcu osiągnęłam ją poraz pierwszy. Dziś nazywam to odwagą. Ci ludzie mają odwagę być sobą i czerpać z życia dla siebie. Nie każdy tak może, bo wmawiamy sobie, że nasze szczęście jest zależne od innych ludzi. Tak, zmieniam się. Na łeb na szyję wciąż jednak przedemną, niedługo. Dojrzewam do tego, by pozwolić sobie być sobą na codzień, ciągle, bez przerw na spełnianie oczekiwań innych. Świadomie rozkładam skrzydła poraz pierwszy od bardzo długiego czasu.

Mieliśmy dziś szkolenie. O tyle różne od poprzednich, że wniosło zmiany w życie prywatne każdej jednostki obecnej na sali. Szkolenie mówiące jak akceptować siebie, jak sobie z sobą radzić, jak uczyć tego dzieci, jak żyć. Było mocne i pozytywne, dużo z niego wyniosłam.

Zasada nr 1: Nie dołuj się. Nie mów, że nie potrafisz. Nie panikuj, kiedy czegoś nie wiesz. Nie nakręcaj się negatywnie.

Wstałeś rano obolały, a przed Tobą 10 godzin zasuwania jak motorek – fizycznie, intelektualnie, a może oba naraz. Pierwsza myśl? „Nie chce mi się, chcę do łóżka, dzień będzie do bani”. Błąd. A gdyby tak zapytać siebie – „Co jeśli to będzie najlepszy dzień, jaki kiedykolwiek miałem?”. Możesz w to nie wierzyć, ale wewnętrzny dialog tego typu rozchmurzy Cię szybciej, niż się tego spodziewasz. Pójdziesz do pracy z pozytywniejszym podejściem, a nikt nie jest tak produktywny, jak osoba, która wierzy, że wszystko, co dobre, może się zdarzyć już teraz, zaraz, tutaj i dziś.

Spotyka Cię nowa sytuacja i czegoś zwyczajnie nie wiesz, nie potrafisz. Pierwsza myśl – „Jestem głupi. Nie wiem/ nie potrafię, co teraz?”. A teraz jajco. Nie jesteś głupi i owszem, potrafisz. A gdyby wewnętrzny dialog zamienić na „Hmm… interesujące, ciekawe jak się z tym uporać? Jak radzą sobie z tym inni?” i tym samym nauczyć się czegoś nowego czerpiąc z tego przyjemność? To niesamowite, jak bardzo ograniczamy swoje możliwości każdego dnia tylko dlatego, że wmawiamy sobie rzeczy, które mają miejsce w naszej głowie i nigdzie poza nią.

Tym samym lekcja nr 1 brzmi : Dzień będzie super, a Ty możesz i potrafisz. A jeśli nie, to wciąż… możesz i potrafisz. Nauczyć się!

Zasada nr 2: Nie wiń innych. Weź na siebie odpowiedzialność za relacje z ludźmi, jeśli chcesz je zmienić.

Każdy miewa zły dzień. Ktoś źle Cię potraktował, a Ty przewijasz tą sytuację setki razy w kółko niczym starą taśmę, przeklinając ród potwora do siódmego pokolenia i złoszcząc się na siebie, jak w danym konkretnym momencie mogłeś wziąć odwet i zniszczyć tą osobę, ale Cię zatkało. Po co to komu? Odstaw emocje na bok. Zacznij ponownie i bądź profesjonalny.  Pokaż swoją siłę nie słowotokiem powodującym zniszczenia na miarę tornada, ale dobrą praktyką i serdecznością. Chowając urazę krzywdzisz przede wszystkim siebie. Naucz się zapominać, zamiast tracić pozytywne doświadczenia tylko dlatego, że „on zaczął”. On zaczął, Ty skończ, wybujałe ego jeszcze nikogo jak dotąd nie uszczęśliwiło. „Jestem świetny w tym co robię i nikt ani nic mnie nie ruszy” – oto lepsze podejście. A jak podbuduje pewność siebie!

Zasada nr 3: Marzenia nie są dla innych. Są dla Ciebie.

Marzenia nie są dla innych – bogatszych, z lepszych rodzin, piękniejszych, bezdzietnych i urodzonych w czerwcu. Marzenia są dla Ciebie. Ale żeby pozwolić sobie marzyć, musisz mieć cel. Jeśli z jakiegoś powodu termin jego realizacji się przesunie albo zmienisz zdanie – nie szkodzi. Po drodze zdobędziesz mnóstwo pięknych doświadczeń i poznasz ciekawych ludzi, a może nawet znajdziesz lepszy cel, bardziej odpowiedni i satysfakcjonujący. Najważniejsze to wiedzieć, dokąd się zmierza, nawet jeśli tylko dzisiaj. Ludzie, którzy nie zakładają sobie różnych celów, nie pozwalają sobie marzyć. Ktoś, kto boi się marzyć, nie osiągnie satysfakcji, bo będzie się bał myśleć o tym, czego chce. Jak zatem mógłby tego dokonać? Będzie trwał w obecnej sytuacji latami, bojąc się spróbować. Marzenia są dla Ciebie, byś mógł znaleźć to, co Cię uszczęśliwi. Byś mógł spróbować to zdobyć i by mogło Ci się udać. Możesz i uda Ci się. Inni mogą i Ty też!

Nie jest zbrodnią dobrze się traktować, słuchać głosu serca i wreszcie – zrobić coś dla siebie. Małe kroki powtarzane każdego dnia potrafią zmienić naszą rzeczywistość wzbogacając ją o niezapomniane doświadczenia. Pokochaj siebie i pozwól sobie być sobą – oto główne przesłanie dzisiejszego treningu. Biorę to. A Ty?