190. Szkoła na wesoło (III)

IMG_9097

Dobry powód by nie kraść”

– To nieprawda, ja wcale nie kradłem kleju pijąc wodę! – tłumaczy się nauczycielce A. w odpowiedzi na skargę kolegi.

– Czyżby?

– Tak! Bo ja to w ogóle nawet do tej półki z klejem nie dosięgam.

***

Słucham cię, tylko nie dziś

– E., wyobraź sobie, że masz dziecko i ono nie wraca nocą do domu. Jak się czujesz? – kombinuję zdesperowana, by zmotywować chłopca do myślenia, bowiem pytany jak czuła się matka głównego bohatera książki, której to syn poszedł szukać pracy i wyruszył w rejs morski, patrzy na mnie jak na ufo.

W odpowiedzi otrzymuję twarz nieskalaną myśleniem i otwartą gębę.

– E., jest dorosły, ma małe dziecko, dziecko nie wraca, na dworze jest ciemno – tłumaczę na migi. – Co myślisz, E., jak się czujesz?

*Twarz nieskalana myśleniem i otwarta gęba.* Poddaję się.

– Nie miej nigdy dzieci. (Miał tego nie słyszeć).

– Tak jest psze pani.

***

Czasem słońce czasem syn”

Przygotowujemy się do odgrywania scenek z książki. Wczuwam się, opowiadając i gestykulując, żeby im trochę pomóc przełamać zawstydzenie w odgrywaniu emocji. Prowadzimy żywą dyskusję, dziewczynki łapią bakcyla, zaczyna im się podobać.

– Więc wyobrażamy sobie teraz sytuację, w której znalazła się matka Toba, wdowa z ośmioma synami. Jeden z nich wyszedł szukając pracy, którą też dostał, nie wróci zatem tego dnia do domu. Mówimy o czasach, w których nie było telefonów, nie mógł zadzwonić do matki i wyjaśnić sytuacji. Rodzina zasiada wieczorem do kolacji, Toba nadal nie ma. O czym mówią, jak się zachowują?

W., bez ostrzeżenia, z pełnym zaangażowaniem i gestykulacją, wznosząc ręce ku niebu:

– Tobie, o najdroższy! Czyż lwy cię pożarły, gdzież że się podziewasz?!

– W., nie prosiłyśmy o Bollywood, ale doceniam starania aktorskie. [Na tym etapie płaczę ze śmiechu]

– Ah. Przesadziłam?

***

Raz wyrobiona reputacja”

Uczennice prowadzą rozmowę w tym samym czasie co ja mój mini wykład, na co jestem absolutnie uczulona. Zarzucam minę obrażonego Hitlera, unoszę gniewne brwi powyżej poziomu sufitu i pytam retorycznie, po dłuższej chwili milczenia:

– Czy w ciągu dalszym nie zasługuję na waszą uwagę?

– Nie – rzuca z pełną powagą M., wszyscy w śmiech.

– M., poświęcenie komuś uwagi znaczy słuchanie go.

Dotarło do niej co powiedziała, robi wielkie oczy i blednie.

– OmójBożeniezabijaj.

– Spokojnie, nie mam na koncie żadnych martwych dzieci.

– … ale niektóre mdleją?

[Znów płaczę]

***

„Więcej niż chcesz wiedzieć”

– Psze pani, a u nas w domu był wczoraj policjant – mówi mi zadowolony z siebie D.

– Mam nadzieję że wszystko jest wporządku?

– Tak – macha ręką – Wziął nasze elektryczne sofy, bo mama nie miała siedmiu stów, żeby mu zapłacić.

 

Koniec.

 

Reklamy

176.Dzień bez imigrantów

img_645420 lutego na terenie całego kraju odbył się prostest pod szyldem One Day Without Us. Jest on odpowiedzią na rosnącą falę ksenofobii i różnic społecznych w pobrexitowej (jeszcze teoretycznie) Anglii. Co ciekawe, w kampanii Jeden Dzień Bez Nas brali udział nie tylko przyjedzni, ale też wielu rdzennych Brytyjczyków. Jak twierdzą, chcieli pokazać, że wciąż cenią wielokulturową Anglię, której potęga w dużej mierze zależna jest od wielu pokoleń migrantów z całego świata. Ludzie opuszczali tego dnia pracę, maszerowali, skandowali, słuchali przemówień, dekorowali miejsca pracy, tagowali zdjęcia i wpisy w Internetach. Wielu imigrantów nie poszło tego dnia do pracy celem podkreślenia swojego wkładu w gospodarkę i ogólnego dobrobytu państwa.img_6450Manchesterimg_6448Universytet w Cardiff

img_6443img_6455img_6447Muzeum po zdjęciu prac imigrantów

img_6452

img_6453York

img_6458Walia

Wszystkie zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z fanpage OneDayWithoutUs.

154. Wielokulturowość – za czy przeciw?

woman-789146_960_720 (Small)
Na wstępie tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że zamieszanie wokół wielokulturowości nie jest przypadłością wyłącznie polskiego społeczeństwa. Problem istnieje wszędzie. Problemem tu nazywam jednak nie samo zjawisko, a podejście ludzi do niego, to, jak sobie (nie) radzą. Do poniższych przemyśleń zainspirowało mnie spotkanie autorskie z wielokrotnie wspomnianą ostatnio E.S. Wypowiadała się ona o problemie społeczeństwa tureckiego, podzielonego na chrześcijan, muzułmanów i ateistów, na hidżabistki i niehidżabistki, wreszcie na Turków, Ormian, Kurdów, Rosjan i tak dalej. Nie jest to w owym kraju zjawisko świeże, a jednak wciąż, wczuwając się w rolę każdego z poszczególnych organów tej mieszanki, można powiedzieć, że „trudno jest”.

Trudno jest…

…być Ormianem lub Kurdem w Turcji. Chrześcijaninem lub ateistą w muzułmańskim kraju. Muzułmaninem w kraju chrześcijańskim lub świeckim. Bywa trudno kiedy jest się białą muzułmanką w społeczeństwie pakistańskim, a tymbardziej polskim. Trudno jest być. Tylko dlaczego? Czy ludzie naprawdę tak bardzo boją się wszystkiego co inne, by za wszelką cenę szykanować to i odrzucać?

Rozumiem, że słowo multikulturalność nie jest obecnie zbyt popularne. Ale nie znaleźliśmy nic społecznie lepszego, czym moglibyśmy to zjawisko zastąpić.

Mieszanka kultur nie zawsze bywa łatwa. Zdarzają się nieporozumienia, przykre incydenty, egoizm, brak otwartości wśród każdej ze stron. Wszystko to istnieje i nie powinno być lekceważone. Warto jednak nie być jednostronnym i widzieć też to, co można zyskać. Czego się można nauczyć. Na podstawie czego rosnąć w siłę jako państwo.

Tylko ktoś inny niż ja może mnie czegoś nauczyć, rzucić mi wyzwanie wobec samej siebie, zmotywować mnie lub zainspirować do spojrzenia na te same sprawy z innej perspektywy. Ktoś o takim samym sposobie myślenia i światopoglądzie nie wnosi w moje życie dużo więcej niż tylko zrozumienie. Powtarzamy się niczym echo.

Być może nie każdy będzie w stanie zrozumieć powyższą myśl, ze względu na brak doświadczenia w temacie. Ludzie, których poznałam i cenię, są odemnie bardzo różni. Są rzeczy, które nas łączą, to naturalne, że ludzie zawierają przyjaźnie na podstawie wzajemnego zrozumienia. Ale są też rzeczy, które nas dzielą, jak pochodzenie i spojrzenie na wiele spraw. Wynikają z tego wielogodzinne dyskusje i mnóstwo interesujących wniosków. O życiu codziennym, życiu w ogóle, wszystkim.

Multikulti na plus

Ja uważam tak jak mnie uczył mój dziadek. Najwięcej ciekawych i inspirujących rzeczy dzieje sią na styku, granicy kultur, religii, tradycji. Zawsze. Ale oczywiście nie każdy lubi takie inspiracje – mówi Agata. Paula przedstawia swoje odczucia następująco: Od czasu „kryzysu migracyjnego” i histerycznego wzrostu nacjonalizmu coraz częściej się nad tym zastanawiam. Kiedy miałam 18 lat i w Berlinie czy Dublinie widziałam te społeczenstwa wielokulturowe to mnie pociągało, było czymś w rodzaju niesamowitej energii, ta różnorodność była zupełnie inna niż szaro-biała i jednolita Polska. Dla mnie to było też coś więcej, jako serce lewicowe śledziłam z wielkim przejęciem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, przede wszystkim możliwości jakie to wszystko za sobą niosło i właśnie również multikulturowość, równość i wolność przemieszczania. I może to strasznie śmiesznie brzmi, ale dzisiaj bardzo przeżywam to, co dzieje się z Schengen. To wszystko pośrednio związane jest z tematem wielokulturowości. I potem stało się. Wyjechałam do Francji, do świata w którym jest misz masz. Pół roku byłam tym oszołomiona i zachwycona. Potem pojechałam na tydzień do Polski i białe, jednolite Wrocław i Katowice mnie przygniotły, wydając się nudnymi i bez życia. Po czasie jednak dostrzegam plusy i minusy tego społeczeństwa wielokulturowego. Tak jest ze wszystkim, każdy medal ma dwie strony. Przede wszystkim widzę trudności jakie stoją przed ludzmi w wielokulturowym społeczeństwie, widzę tych, którzy się nie potrafią odnaleźć. To społeczeństwo ma inne problemy niż monokulturowe, ale nie ma idealnego świata, narodu, społeczeństwa tak jak nie ma człowieka idealnego. Jednak w tym multikultorowym świecie jest mi całkiem fajnie. Lubię bardzo tanie hinduskie bary w których mogę kupić hinduskie potrawy za prawie grosze, lubię dołączyć w parku do grupy Chinek, które wykonują tai chi (nie wiem jak to napisać), jeść prawdziwe domowe sushi z moją tajlandzką koleżanką, pooglądać zdjecia z Iranu od dzieci uchodźców, które były naszymi sąsiadami, zapraszać moich francuskich znajomych na degustacje polskich potraw, lubię z nimi dyskutować o Solidarności i Wałesie, lubię różnorodność religii, lubię kiedy moja teściowa robi mi meluez i tajine. I może się wydawać, że pisanie o takich błachych sprawach nie ma nic wspólnego z tym tematem, ale to właśnie tak zaczyna się życie na styku wielu kultur. Bo to wszystko nie jest tak jak wciąż w Polsce, jednorazowy wypad do chińskiej restauracji, te wszystkie elementy stają się częścią naszego życia i chyba komuś kto tak nigdy nie żył, nie uda się tego zrozumieć. Oczywiście z takiego życia wynikają dziwne i straszne sytuacje czasami. Jest to taki moment, który też super obrazuje scena z moją teściową w kuchni, kiedy krzywimy się nazwajem na to co jemy. A potem wybuchamy śmiechem. Bo każdy chce forsować, ze to jego jest lepsze, to jego kultura jest lepsza. Na styku kultur naprawdę musimy w końcu postawić znak równości i to jest bardzo trudne, ale możliwe. Pomimo wszystko ja jestem dalej na tak dla wielokulturowości, ale także jestem bardzo za tym, że politycy powinni troszczyć się o taki typ społeczeństw w szczególny sposób, chociażby przez dostosowanie systemu edukacji itp. We Franci jest trochę sytuacja pełna hipokryzji, bo w większości imigranci zmuszeni są do wyrzekania się swojej kultury i akceptowania dominującej kultury francuskiej (inaczej widzę to w Anglii) i to rodzi wiele kompleksów. Więc gdzieś na styku tego wymieszania, rodzi się coś nowego, jakiś rodzaj nowej kultury? Jest to raczej jednak nisza, bo raczej dominującym trendem jest adaptacja, dążenie do zasymilowania, więc jednak odrzucenia wielokulturowości. No, a może jednak nie. Tak patrzę sobie na dekorację na naszej ścianie, wiszą dwaj Żydzi liczący pieniądze (tradycja ocierająca się o antysemityzm hihi ), marokańska mozaika, portret Napoleona i obraz Maciejewskiego. W wielokulturowości otwieramy się na świat, na innych ludzi, a co może nas bardziej ubogacić niż to ?

Wielokulturowość drugiego pokolenia przyjezdnych

Pytasz w Anglii faceta o imieniu Mohamed o narodowość, on odpowie Ci British. Zapytasz o pochodzenie – powie British. We Francji zapytasz faceta o imieniu Mohamed o narodowość to odpowie, że Francuz pochodzenia algierskiego. To bardzo pokazuje różnice w menalności, poziom kompleksu (lub dumy) i stopień asymilacji – mówi Paula.
To prawda. W Anglii o wiele łatwiej jest im czuć się Brytyjczykami – jakby nie patrzeć Brytyjczycy są miksem od zawsze – Anglosasi, Wikingowie, Rzymianie, mnóstwo różnych przyjezdnych. Agata dodaje: W Australii widziałam to samo. Łatwo się wpasować w otoczenie i tą mieszankę narodowości i ras, zwyczajów. Jest to nasze bogactwo. Jest to naprawdę piękne, ale to już jest mądra polityka państwa, że taka różnorodność współistniejąca jest możliwa.
W krajach emigrackich –
dodaje Piotr – takich jak Stany, Kanada czy Australia, przybysze z całego świata to rzecz normalna i bardzo wzbogacająca czy to naukę czy ekonomię. Na pewno nie jest to łatwe i wielokrotnie zdarzały się w historii przykre sprawy, ale ogólnie rzecz biorąc jest tolerancja dla religii czy kultur pod warunkiem, że przestrzegane jest prawo panujące w kraju. Np w Stanach w drugim pokoleniu każdy kogo znam mówi już, że jest ‚stąd’ niezależnie od pochodzenia rodzinnego czy wyglądu.

Uchodźca czy cwaniak, oto jest pytanie

Ohhh, pamiętam moją pierwszą podróż do Londynu! – wspomina Karolina – Tygiel kultur, religii, języków, kolorów, stylów życia. Te zapachy, gesty, inne oczy… To było jak bajka. Zupełnie inaczej niż dzisiejszy „koktajl Mołotowa” made in Sweden. Z całym szacunkiem dla potrzebujących, pragnących spokojnego życia, czasami się boję konsekwencji tej otwartości i tolerancji. Zaufanie od naiwności dzieli bardzo cienka linia, krucha i delikatna. Europa północna w imię poprawności politycznej otworzyła swoje wrota dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiego przychodzili kraju, niezależnie od tego czy mieli dokumenty czy nie, wpuścili o tak kilkanaście tysięcy osób o których nie mają żadnego pojęcia, osób – które wg informacji z tv miały być w większości dziećmi. Dzieci okazują się być rosłymi wąsatymi mężczyznami, którzy śmieją się władzy i innym obywatelom w twarz. Żądają mieszkań i kieszonkowego. Bo ktoś gdzieś obiecał. Codziennie czytam, słyszę, dowiaduję się o kolejnych atakach na dzieci w szkołach, o kradzieżach, bitwach w strefach no go, podpaleniach. To nie tak miało wyglądać. Szwedzi w swojej dobroduszności zapomnieli o jednej sprawie, mianowicie o tym że przyjmując do swojego kraju człowieka z innej kultury, nie można oczekiwać i brać za gwarant że ta osoba się natychmiastowo dostosuje do panujących standardów. To jest bardzo długi i złożony proces. Nie da się zasymilować na życzenie, często niestety tylko jednej ze stron.

Po części zgadzam się i z tymi obawami. Każda pomoc tego typu powinna być przeprowadzona z głową i kontrolowana. Nie mówię o czipowaniu uchodźcom tyłków, ale o ich rejestracji, o wyrobieniu im dokumentów choćby na granicy, o ich istnieniu w systemie i ograniczone panoszenie się – za złamanie prawa i brak szacunku do pomocy – odpowiednie konsekwencje. W ten sposób mielibyśmy doczynienia z uchodźcami a nie cwaniaczkami.

Sukces tkwi w szacunku

Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wielokulturowości – mówi Nina – w tym i uchodźcom, ale pod jednym warunkiem: że kultura w której kobiety są uznawane za nie mające podmiotowości prawnej (np. kraje muzułmańskie oparte o szariat) nie będzie mi narzucać swojej organizacji prawno-religijnej. Dopóki państwo jako takie pozostaje świeckie, a prawo w nim obowiązujące jest równe dla wszystkich – i wszyscy tego przestrzegają niezależnie z jakiej kultury są – jest ok. Anna dodaje: Mieszkałam w Tajlandii, mieszkam w Wietnamie i bardzo się staram dostosować do tego jak się tutaj żyje, ale spotkałam się z emigrantami, którzy tego nie chcą robić i często stawiają się wyżej od Azjatów, z takim podejściem „jestem biały, to mi się należy”, co jest bardzo niesprawiedliwe. Czasem traktują Azjatów jak ścierki do podłogi (widzę w pracy jak klienci emigranci odnoszą się do mnie, a jak do moich wietnamskich koleżanek – różnica bywa spora… Najgorsze jak coś zaczynają do mnie na nie narzekać, ‚bo tak’ , i co, myślą że one nie rozumieją angielskiego i nie jest im przykro?). Czasem zwyczajmnie ignorują tutajsze zwyczaje: na przykład wlażenie w ubłoconych butach do pomieszczeń, w Tajlandii. Mimo iż każdy tam buty zdejmuje przed wejściem gdziekolwiek. To są drobnostki, ale dla miejscowych wiele znaczą. Ja się uczę nowej kultury, poznaję i jestem tym zachwycona. A moi znajomi z chęcią mnie wypytują jak to jest inaczej w Europie, proszą o ugotowanie europejskich dań, o pokazanie czym się różnimy. 
Więc podsumowując – wielokulturowość jest piękna, jeśli wszystkie mniejszości szanują się i akceptują, nie wywyższają nad inne. Szczególnie trzeba szanować lokalną kulturę w miejscu, do którego się emigruje. Jeśli ktoś nie chce jej szanować i zaakceptować – powinien wracać skąd przyszedł. Musimy pamiętać, że to my jesteśmi gośćmi w nowym miejscu, a nie panami świata. 
Paula komentuje słowa Anny następująco:  Święte słowa. Niestety czasami spotykałam taki typ Polaków, którzy uważali się za lepszych niż ‚śmierdziele Angole’ czy ‚Żabojady’. Ja też uważam, że wyjazd do kraju nas zobowiązuje do szanowania tamtejszej kultury i zwyczajów. Właściwie ja bym poszła dalej: do zintegrowania się z tą nową kulturą (oczywiście zachowując także to, co moje). Bo jak widzę właśnie tych Polaków, którzy np w Szwecji napadają na uchodźcó, żyją x lat w Anglii a po angielsku dwa słowa (pracowałam w polskim sklepie, to widziałam), to uważam, że tacy ludzie powinni siedzieć tam, skąd przyszli.

Równość przyswajana od kołyski

Ja bardzo lubię podejście dzieci do wielokulturowości – mówi Kasia. Nie ogarniając całej filozofii tego zagadnienia, po prostu przyjmują różnorodność w społeczności jako coś normalnego. Będąc w Kanadzie mają szansę mieć kolegów o różnym kolorze skóry, w różnym stopniu mówiących po angielsku. Dla nich wielokulturowość to małe codzienne rzeczy, ot choćby dlaczego kolega zamiast kanapek przyniósł glony suszone. Nie łamią sobie nad tym głowy, ale to jest dla nich również punkt wyjścia do długich rozważań o Polsce i co to znaczy być Polakiem. Właśnie takie podejście chciałabym widzieć w dorosłych, ale nam jest już trudniej otworzyć się z dziecięcą ufnością na innych. Dlatego tak bardzo się cieszę, że moi synowie mają szansę na pełne zanurzenie w wielokulturowości. Dla nich i ich kanadyjskich rówieśników będzie to rzecz naturalna. Szacunek dla innych wśród dorosłych to efekt tego, jak dzieci postrzegają wielokulturowość. Fajnie by było, gdyby w Polsce działania na rzecz wielokulturowości były propagowane już od najmłodszych lat, ale niestety klimatu na to nie ma.

A więc co z tym multikulti?

Odpowiadając na Twoje pytanie to mi się wydaje, że nie ma odwrotu od społeczeństwa wielokulturowego, bo mamy globalizację i to jej następstwo – pisze Maja. Możemy dyskutować o plusach i minusach, ale najważniejsze jest, żeby zastanowić się, jak w tym tyglu żyć, jak wspomóc imigrantów w adaptacji (co jest trudne i każdy mieszkający za granicą o tym wie), jak uczyć tolerancji itp itd. Jeśli ktoś widzi same minusy i myśli, że uda mu się zamknąć w jakiejś jednokulturowej bańce, to jest to dla mnie myślenie kompletnie absurdalne i pokazujące niezrozumienie świata. Piotr dodaje:  Po prostu świat się dziś bardzo wymieszał poprzez łatwość podróży czy przez komunikację, przez Internet. Tak jest już w produktach, których używamy lub jemy, tak samo jest w wielu serwisach (np call centre). Nie da się zatrzymać masy ludzkiej – nawet jak ktoś myśli, że wymuruje mur i wykopie fosę, albo założy kolonię na jakieś wyspie 🙂 Ale zjawisko migracji to nic nowego, bo wszyscy nasi przodkowie wyemigrowali kiedyś z Afryki.

 

*Wpis powstał na podstawie wypowiedzi członków Klubu Polki Na Obczyźnie.

135. Szkoła na wesoło (II)

cz. II.

– S., czemu znowu nie masz okularów?
– Pani, bo ja nie rozumiem moich okularów.
– W sensie że zapomniałeś?
– Tak, właśnie to.

***

Dzieci ciężko pracowały, więc ostatnie 10 minut lekcji mogą spędzić na gadaniu.

– Pani, mogę napisać coś na tablicy? – pyta D.
– A pisz.
Bierze do ręki marker i udaje nauczyciela, sprawdzając znajomość tabliczki mnożenia koleżanek. 5 x 5 – pisze. Ktoś się zgłasza, wybrał, odpowiedziano, D. liczy na palcach, bo sam nie pamięta, wszyscy w śmiech.
– Panie D.! – wykrzykuje jedna z jego „uczennic” – Napisał pan piątki odwrotnie, co to za nauczyciel?
D. drapie się po głowie, przygląda, po czym oznajmia ze śmiechem:
– Nauczyciel jest dzisiaj bardzo zwariowany.

***

Wypełniamy papiery, więc muszę sprawdzić, czy rozumieją pytania w czasie przeszłym. Trzecia trzydzieści, mózg wyparowany.
– Czy byłeś wczoraj w… – zawieszam się, myśląc, o co zapytać mojego małego Włocha.
– … Toalecie? – dokończył i rechocze.
– I., tego nie chcę wiedzieć !

Następnego dnia piszą o tym, kim zostaną, gdy dorosną. I. chce zostać kucharzem. „I nauczę się gotować wszystkie jedzenie” – próbuje napisać. Niestety słowo wszystkie, „all”, zapisał „old”, czyli stare. Mówię mu – No, I., teraz to na pewno będziesz chodził do toalety, a my wszyscy razem z Tobą (jako że nas zaprosił).
Śmiechowi nie ma końca.

***

Jeden z dzieciaków nabija się z akcentu P. Chwilę później słyszę:
– Zamknij swoją mysz*, idiotas!

*( fon. małf = usta, małs = mysz).

***

Jedyne, co słyszę średnio co 10 sekund w mojej klasie, to „pożycz gumkę”. Tak mi zdziałali na nerwy któregoś dnia, że dostali zakaz używania słowa gumka jak i samego przedmiotu. Wymyślili sobie, że będą pytać ucinając na pierwszej literze.
-Czy mogę mieć g…?
– Nie, nikt nie może używać gumki. Dziś jest dzień bez gumowania. Ktokolwiek powie gumka, wyleci z klasy.
-Pani to powiedziała! – stwierdza K.
– To co, mam wyjść? Idę. Ale do którego nauczyciela? – żartuję
– Do Pana A. (Tam ich zawsze wysyłam).
– Nie! – wstawia się za mną S. – Pan A. ją ugryzie! **

** (fon. bajt = ugryźć, bit = uderzyć)

I jak ich nie kochać, pytam poraz kolejny? 😉

129. Kartki grudniowe.

Nastały czasy, w których czytelnicy proszą mnie o kolejne wpisy. Bo by poczytali. Trochę to sukces a trochę klęska, bo choć sadeemkowa produktywność osiąga wymiar, w którym szczyty stają się normą, nie na blogu to widać tym razem. I choć pisać byłoby o czym, nie ma na to czasu, kiedy trzeba cały świat zamknąć w przestrzeni między ramionami. Jestem trochę Matką Teresą, a trochę tą Margot od opieki nad dziećmi uchodźców. A było to tak.

Nastał grudzień. Nie żeby trwał zaledwie kilka dni, a człowiek już miał dosyć. Zmiany trwały przez cały listopad. Zmiany wewnętrzne, duchowe, zmiany, których kumulacja pod koniec miesiąca doprowadzała do stanu pragnienia ucieczki na księżyc. Ale pozbierałam się chwilowo w jeden kawałek ciepłej masy, bo skoro tyle osób na mnie liczy, to jak mogę dać ciała. I tak od niesienia na plecach współpracowników po nerwy związane z nawałem uczniów, idę sobie przez życie, udając, że jestem silna. Grudzień, styczeń i maj to taki czas, kiedy w ciągu tygodnia dostajesz średnio dwóch nowych podopiecznych. I niby nie tak źle, ale… No właśnie, ale. Bo jak jesteś tam, by ich uczyć angielskiego, to oni go kompletnie nie znają. I tak przeprogramowywujesz system z tygodnia na tydzień, a zamiast trzech grup robiących trzy różne rzeczy w tym samym czasie, nagle masz siedem. Dwadzieścia osiem sztuk, które trzeba nauczyć nie tylko języka, ale i jak radzić sobie z życiem. Dzieci uchodźców wojennych na włoskich i hiszpańskich paszportach. Dzieci uchodźców wojennych prosto z Syrii, których ból ukryty głęboko w oczach przykrywa pozorne zamiłowanie do nauki, napędzone rozpaczliwym pragnieniem normalnego, spokojnego życia. Dzieci wszelkich państw Afryki, mówiące biegle po hiszpańsku i w językach, których nie zna nawet wujek gugyl. Dzieci zachwycające włoszczyzną, będące w tym samym czasie oficjalnie z Arabii, a tak już mniej to jednak z Libanu czy innego równie ciekawego politycznie kraju. Dzieci uchodźców kryzysowych, prosto z Rumunii i Bułgarii, których los pokarał innym wymiarem wojny, tej chorej, wewnątrz domu, rodziny. Dwadzieścia osiem sztuk spragnionych uznania, uwagi i miłości. Dwadzieścia osiem dusz pragnących zapomnieć o okrutności świata dorosłych, choćby przez tych kilka godzin. Dwadzieścia osiem par oczu wpatrzonych we mnie, pragnących wyrzucić z siebie cały ten ból, bojących się odrzucenia. Dwadzieścia osiem kontra ja jedna. Przerażona i nieogarnięta. Ja sama niosę wciąż bagaż ran i żalu, nad którymi mam nieraz ochotę wypłakać się komuś w rękaw. Ale chyba dlatego właśnie je rozumiem, czuję i dzielę ich ból. I odnoszę sukcesy jako pedagog. Jako silna osobowość ponoć tak potrzebna w naszej szkole. Jako ponoć profesjonalistka ze sporą wiedzą i doświadczeniem na swoim polu, ponoć z jeszcze większym potencjałem.

Ja. Taka mała i przerażona. Te wszystkie tytuły, takie dumne i oficjalne, wirują wokół mnie niczym porzucone na wietrze wstęgi. Ludzie kochają tytuły i wyniosłe słowa. Rozpieszczają nimi swoje ego. Ja ich nie znoszę. Słowa wychodzące z ust ludzi są zdradliwe, zmienniejsze niż ich uczucia. Ja, to małe przerażone dziecko, niosę na plecach ciężki bagaż ludzkich łez, nadziei i oczekiwań. Czasem po prostu idę i jakoś to jest. Czasem zwyczajnie się boję i wtedy nie jest. Szczególnie wtedy, kiedy to starannie schowane obolałe ja zostaje wygrzebane na światło dzienne.

Czy można służyć światu nie radząc sobie z samą sobą? Nie wiem.

Można na pewno poszukiwać. Lustra dopełniającego te braki, których nikt nie chce widzieć. A kiedy już się znajdzie… To co wtedy?

Dwadzieścia osiem sztuk, z których każda ma moje serce, a które ja nazywam swoimi. Sprawia im to przyjemność. Łudzimy się razem przez te kilka godzin, że ten okrutny świat dorosłych nas nie dotyczy. Że ból, który na nas wylewają, próbując odreagować, nas nie dotknie. Bo mamy siebie i tę naiwną, dziecięcą miłość.

Ta praca to ogromny stres i medytacja w tym samym czasie. I tryb szaleńca. Wieczna karuzela emocjonalna.

123. Szkoła na wesoło

Życie szkolne pędzi w szalonym tempie. Nadmiar obowiązków i bycie w trzech miejscach naraz jest jednak przeplatane pewnymi perełkami. Dziś będzie o tym, jak nieznajomość języka poza uprzykrzaniem życia wnosi w nie odrobinę śmiechu.

 

Wycieczka szkolna do lasu. Zabawa w parach, jedna osoba ma opaskę na oczach, druga prowadzi ją za rękę przez polankę. Jestem w parze z małym S. z Bułgarii. Kochany dzieciak, ale trochę rozrabiaka, wszędzie go pełno. Mam opaskę na oczach i blednę, bo nie widzę dokąd mnie prowadzi, a on upewnia się, że nie podgląduję. „Pani się nie bać” – oznajmia radośnie, powtarzam jego słowa w myślach. Dwie minuty później zaliczam glebę. Opanowywuję śmiech i ściągam opaskę, a nademną ukazuje się przerażona twarz S. „Teraz pani się nie bać, ja się bać” – oznajmia zupełnie poważnie. „Mój papa walczyć w domu bo moje buty brudne, a pani walczyć mnie teraz bo pani brudna”.

***

Wypełniam papiery rozmawiając z jednym z moich pasztuńskich uczniów. Sprawdzam jego znajomość słówek oceniając czy rozumie słowo samo w sobie i w kontekście zdania. „Kim jest żona? Co to w ogóle znaczy: żona?” – pytam brnąc przez długą listę słówek ‚do zaliczenia’. Patrzy na mnie i z pełną powagą odpowiada : „żona to jest Jack z piątego roku”.

***

Hiszpanka D. pytana jak wygląda drzewo odpowiada : ma jedną nogę i zielone włosy.

***

S. siedzi obok M., który jest straszną beksą. W pewnym momencie pokazuje na niego palcem i skarży się: „to”, pokazując palcem na siebie „mnie” i puka się w czoło mówiąc „ghrrr”. Wtedy ja pokazuję mu palcem klasę pełną dzieci mówiąc „to”, palcem na siebie mówiąc „mnie” i pukam się w czoło powtarzając jego „ghrrr”. Oboje nie możemy przestać się śmiać.

***

Jedna z Hiszpanek, o czym wspominałam w którymś z ostatnich wpisów, pisząc przepis na kanapkę: „Na końcu wkładasz chleb do środka ludzi”.

***

I jak tu nie kochać swojej pracy? 🙂

121. Nauczyciel N2E

… czyli nauczyciel od wszystkiego. Tak bowiem wygląda moja nowa praca.

Mam w grupie 10 osób ze zróżnicowanymi umiejętnościami językowymi i ogólnymi. Nie każde dziecko w mojej grupie jest przyjezdne, niektóre mają problemy w nauce i ich umiejętności są o wiele bardziej ograniczone niż ich równieśników. Jako że przydzielono mi na pół dnia grupę szóstoklasistów, którzy są w Anglii od kilku miesięcy, a ja mam przygotować ich do majowych testów (SATS), dorzucono mi też tych, którzy są do tyłu z materiałem, by na owych przygotowaniach skorzystali. Mamy więc mieszankę wybuchową – dzieci, które są bardzo mądre lecz ograniczone nieznajomością języka oraz takie, których angielski jest dobrze rozwinięty, jako że mieszkają tu od urodzenia lub od kilku lat, a zdolności ogólne mocno ograniczone. O ile uczenie tych pierwszych jest frajdą i z tygodnia na tydzień widać postępy, mając przy tym trochę śmiechu (lekcja angielskiego, piszemy instrukcję/przepis, dziewczyna kończy swoją pracę o przygotowywaniu kanapek zdaniem „Na końcu wkładasz chleb do środka ludzi”), o tyle nauczanie tych drugich wymaga złóż cierpliwości, kreatywności i zdolności zarządzania ich rozpraszaniem, czasem kosztuje wyrywanie sobie włosów i walenie głową w ścianę, kiedy nikt nie patrzy. No bo uczenie w tym samym czasie ułamków (ci zdolniejsi), odejmowania w słupkach (ci średni) i odejmowania od dwudziestu kogoś, kto mi mówi, że 20-3=5, to trochę bycie trzema osobami przy trzech stolikach naraz, ogarniając w międzyczasie zachowanie. Radzę sobie, choć kosztuje mnie to sporo przygotowań i trzech planów jednej lekcji; kiedy przygotuję jeden, budzi się w nich geniusz i po pięciu minutach  kończą, kiedy mam gotowe dwa, w międzyczasie najbardziej problemowy postanawia próbować zabić kolegę krzesłem, bo na niego spojrzał, zaś kiedy mam trzy, każdy kto piśnie, kichnie lub oddycha zbyt głośno, dostaje natychmiast coś jeszcze do roboty, nim zorientuje się, że mógłby rozwalić mi pół lekcji.

Brzmi jak tryb wariata i faktycznie nim jest.

Uwielbiam złoszczącą się N., zaczynającą zrzędzić pod nosem po hiszpańsku gdy się zdenerwuje, pomagającą wszystkim we wszystkim R., której angielski wymaga jeszcze mnóstwo pracy, K., który zapytany o to jak się cośtam mówi w jego języku, odpowiada – Ale w którym, miss? Włoskim, pasztuńskim czy urdu? ( Pasztun wychowany we Włoszech trafił do Anglii. No i pyta się poważnie, bo dla niego te trzy języki są „jego” językami). D., która żyje na swojej planecie i nigdy nie ogarnia co się dzieje wokół, P., który choć ze względu na zachowanie będący postrachem nauczycieli, skradł moje serce i najchętniej to bym go adoptowała i dokarmiła, Z., marzącego o zostaniu taksówkarzem… Co do jednego uwielbiam.