183. Bradford Literature Festival i inne cuda

W tym roku na Festiwal Literatury w Bradford przygotowałam się trochę bardziej selektywnie. Szukając inspiracji w pisaniu ogółem, nie tylko tym blogowym, wybrałam się na dość nietypowe spotkanie autorskie z trzema pisarzami, na przedziwną debatę zatytułowaną „Pisząc radykalizację”. Na co liczyłam, nie wiem, chyba na jakieś wyjaśnienia co do obrania dziwacznego tematu na tło ich książek. Wyjaśnień było wiele, przerodziły się w przynudnawą debatę polityczną, potrzebną, a jednak dla mnie przegadaną. Ale pokolei.

Pisarze obecni na wspomnianym spotkaniu to kolejno: Tariq Mehmood, Johannes Anyuru i Tabish Khair. Książki wokół których kręciła się dyskusja – „Song of Gulzarina”i „Just another jihadi Jane”. Była jeszcze książka Anyuru cytowana przez prowadzącą, nie wyszła do końca w języku angielskim, jedynie szwedzkim, nie jestem więc w stanie przytoczyć tytułu. Poza faktem, że wszyscy trzej to muzułmanie, dwóch z przymusu i jeden z wyboru, łączyło ich coś o wiele bardziej kontrowersyjnego (tak, można): każdy z nich, mniej lub więcej, wplótł w swoją powieść motyw terroryzmu. A mnie bardzo ciekawiło dlaczego. Czy w dzisiejszym klimacie politycznym, w czasach wciąż świeżych i, co gorsze, regularnych ataków terrorystycznych, zbyt mało im się obrywa jako muzułmanom, że zachciało im się jeszcze o tym pisać? Po co? Zadaję to pytanie, bo sama miałam dodać tu kilka słów w tym temacie, ale zrezygnowałam. To jak grochem o ścianę, tłumaczenie się za coś, czego się nie zrobiło. Jakie jeszcze mogły być powody ich wyboru? Szybki dorobek na kontrowersji, temat na czasie? Odpieranie piórem ataku na zasadzie „to nie my”? Do granicy wymiotów przegadane tłumaczenie różnicy między religią a brudną polityką? Pewnie wszystkiego po trochu. Jak wspominałam, angielska widownia wdała się z autorami w wyczerpującą dyskusję polityczną na temat kolonizacji, wyzysku, frustracji i braku religii w terroryźmie. Jedyną świeżą (dla mnie, bo w powyższych tematach tkwię nie mając na to ochoty przy okazji każdego kolejnego zamachu, kiedy ludzie chcą odpowiedzi i wymagają tłumaczenia się) wypowiedzią, która faktycznie coś wniosła, była gra na przemyśleniach Johannesa Anyuru, pragnącego podkreślić w swojej książce temat podziałów społeczeństwa, wojny nowej generacji: nie tyle rasowej lub religijnej, a politycznej, poglądowej. Pozatym dowiedziałam się tyle, że mam ochotę przeczytać książkę Mehmooda z czystej ciekawości, bo ma zachęcające recenzje.

IMG_8041

(od lewej: Mehmood, Anyuru i Khair)

IMG_8054

Wiktoriańska architektura miasta

IMG_8055

Czerwono-biały namiocik to istna skarbnica książek. Zbankrutowałam.

IMG_8040

Nie byłabym sobą. Wybrać miałam zamiar „Dream of a refugee” Mostafy Salameha i, z całą miłością do Rumiego, żałuję, że odstawiłam ją na potem. Kilka dni później miałam zupełnym przypadkiem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Mostafą, cóż powiem, urzekła mnie jego historia. Urodzony w obozie dla uchodźców, obecnie jeden z 15 na świecie ludzi, którzy zdobyli 7 najwyższych szczytów górskich, w planach na przyszłość wycieczka w kosmos. Bardzo inspirujący życiorys i książka, która znalazła się na mojej półce do przeczytania z lekkim opóźnieniem.

Bardzo przykro mi stwierdzić, że żadnego z opisywanych w dzisiejszym wpisie tytułów nie znalazłam jeszcze w polskim tłumaczeniu, pewnie dlatego, że każda z książek wydana była tego roku. Gorąco zachęcam jednak do wersji angielskiej wszystkich tych, którzy czują się o siłach. Myślę, że warto.

W ramach podsumowania produktywnego intelektualnie tygodnia, sobotę spędziliśmy w parku na festiwalu Eidowym. Było całkiem sympatycznie, coś na zasadzie dużego festynu. Zdjęć mam niewiele, bo był straszny tłok i trzylatek też był. Pod moją pachą.

IMG_8106

IMG_8108

 

 

153. Bradford Literature Festival

park-002 (Medium)Drugi w tym roku Festiwal Literatury w Bradford jest genialny. Ilość wartościowych warsztatów, spotkań autorskich, koncertów, wieczorków poetyckich, jest zawrotna. Chciałabym być conajmniej na połowie z nich!

Jako wielka fanka twórczości Elif Shafak byłam zachwycona możliwością uczestnictwa w spotkaniu autorskim. To wspaniałe doświadczenie poznać autora swoich ulubionych powieści. Elif zdaje się być bardzo otwartą na świat, wrażliwą i inteligentną osobą. Poza przybliżeniem swojego życiorysu i tym samym wyjaśnienia jak ważną rolę w jej życiu pełni mistycyzm, który miał ogromny wpływ na powstanie jednej z jej książek, podzieliła się kilkoma trikami dobrego pisarza. Pisarz nie ocenia, nie narzuca. Pisarz przekazuje i opowiada, zostawiając spore pole do interpretacji. Jako twórca zadaję pytania, to czytelnik musi znaleźć odpowiedzi, poszukać ich wewnątrz siebie – mówi.

Festiwal ma miejsce między 20 a 29 maja. W ciągu tych dziewięciu dni zaproszono 350 specjalnych gości, w tym autorów, poetów, artystów, reżyserów, tworząc tym samym 200 różnych wydarzeń skupionych wokół słowa pisanego, jednak nie tylko w jego tradycyjnej formie, a tak naprawdę w każdej  możliwej – od odgrywania poezji, przez klasyczne utwory przedstawione w komiksach, po debaty na tematy kulturalno-polityczne zainspirowane problemami lokalnych (i nie tylko) społeczności oraz prezentacje filmowe.

Program obejmował mnóstwo interesujących tematów, od debaty o tym jak być feministką, przez koncert bollywoodzkiego jazzu, warsztaty z pisania krótkich utworów i wierszy, porady jak wydać książkę, wykłady na temat historii Bradford, zajęcia z chińskiej i arabskiej kaligrafii, wycinanek rosyjskich, rysowania mangi, wystawy artystycznej odpowiedzi na kryzys syryjski, debaty na temat seksu i śmierci w dziełach Szekspira, malowanie na szkle, debaty na tematy obecnych problemów politycznych, po darmowe zajęcia dla dzieci i spotkania z superbohaterami oraz postaciami literackimi (Harry Potter chociażby).

Cała akcja na ogromny plus – świetnie zorganizowane wydarzenie łączące wielokulturowe społeczeństwo Bradford w magicznym świecie słowa. Jedynym minusem była katastroficznie słaba promocja, większość ludzi, z którymi rozmawiałam, dowiedziała się o owych wydarzeniach zupełnie przypadkiem. Z jednej strony – dobrze, zachowało to kameralny klimat i wyselekcjonowane towarzystwo dało szansę poznania naprawdę ciekawych, nietypowych ludzi. Z drugiej strony – przegapiłam tyle wykładów i zajęć w tematyce sufizmu, że w kolejnym wydaniu festiwalu nie ominie mnie nic, będę uparcie śledzić rozkład każdego dnia. A jeśli w międzyczasie będziecie w okolicach West Yorkshire – dołączcie do mnie!

149. Gatunek Brytyjczyk.

london-1018629_960_720Jacy są Brytyjczycy?
Klasa średnia – sztywni, z dziwnym poczuciem humoru, pijący dużo, ale i bez kultury, uważający się za lepszy gatunek.
Klasa robotnicza – ograniczony światopogląd, pijący na potęgę, chamscy, aroganccy, uważający się za pępki świata.
Takie są stereotypy. Jacy są naprawdę?

Prawda jest taka, że nie istnieje rodzaj ludzi, który możnaby określić „typowym Brytyjczykiem”. Zaczynając od kolosalnych różnic w podejściu do życia, głównie pomiędzy ludźmi z południa i północy kraju, poprzez mieszankę Szkotów, Walijczyków, Irlandczyków, po wszelkich przybyszy z krajów Afryki, Azji i Europy, należy zwrócić uwagę na różnorodność społeczeństwa brytyjskiego. Różnice te widać nawet pomiędzy kolejnymi pokoleniami przyjezdnych – zupełnie inne myślenie i podejście do życia ma pierwsza fala emigracji a ich dzieci, urodzone i wychowane już na Zgniłym Lądzie.

Istnieje w brytyjskim społeczeństwie podział na klasy, do których przynależność jest raczej dziedziczna. Są ludzie mający obsesję na punkcie swoich pozycji w tej zwariowanej piramidzie, harujący przez całe życie by wspiąć się na szczebel wyżej, są ci urodzeni jako szlachta, którzy się z nich śmieją i jest cała reszta, udająca klasę wyższą niż w rzeczywistości. Dla kogoś z zewnątrz cały ten wyścig i system jest bardzo skomplikowany. Wyróżnia się klasy A do E w zależności od profesji plus szlachtę od pokoleń i rodzinę królewską. W zasadzie to wydaje mi się, że jedyną rzeczą, która łączy wszystkich Brytyjczyków, jest picie herbaty z mlekiem – szacuje się około 200 milionów kubków wypitych każdego dnia. Są szaleni na punkcie sportu i można powiedzieć, że cierpliwi, patrząc na to jak prowadzą i ustawiają się w kolejkach. I w temacie generalizowania to by było na tyle.

147. Deszcz ma zawsze rację

524647_435956656421427_1580776011_n (Large)
Jak na kraj w którym deszcz jest elementem krajobrazu przystało, Anglia ma sporo powiedzeń związanych z tym jakże uroczym zjawiskiem atmosferycznym. Przyjrzymy się dziś tym najpopularniejszym:

1. Be as right as rain – mieć absolutną rację (niczym deszcz).
2. Rained out – odwołane (ze względu na deszcz). Na przykład: I really wanted to watch this match, but it was rained out. Odpłynęło z deszczem 😉
3. Come rain or shine – bez względu na wszystko (a więc i pogodę).
4. It’s raining cats and dogs! – U nas leje jak z cebra, u nich leje kotami i psami.
5. Charge it to the dust and let the rain settle it – nie oczekuj zapłaty.
6. I’ll take a rain check – Chętnie przyjmę zaproszenie innym razem (jak będzie padało? 😛 )
7. It never rains but it pours – nieszczęścia (i szczęścia) chodzą parami.
8. Not know enough to come in out of the rain – być głupim jak but.
9. Rain on parade – rujnować komuś plany.
10. Save for a rainy day – oszczędzić na czarną (mokrą) godzinę.

139. Przysłowia angielskie i ich polskie odpowiedniki

Flag, United Kingdom, England, Banner, Union Jack
Przysłowia, ze względu na często stosowaną w nich przenośnię, nie powinny być tłumaczone dosłownie. Niestety łatwiej powiedzieć niż zrobić, w związku z czym zdarzyło mi się podnosić Anglików z podłogi po zasłyszeniu tekstu „no my circus, no my monkeys” (nie mój cyrk, nie moje małpy), „don’t shit yourself” (nie zesraj się) czy też „don’t say hop before you jump” (nie mów hop nim nie przeskoczysz) – polska kadra bywa bardzo twórcza w swoich tłumaczeniach. Aby uniknąć nieporozumień, warto poznać co popularniejsze przysłowia angielskie. Obok dodaję tłumaczenia dosłowne, by można sobie wyobrazić komizm sytuacji, w której są one są tłumaczone dosłownie na język angielski.

1. Don’t count your chickens before they’re hatched – nie mów hop zanim nie przeskoczysz (dosłownie: nie licz swoich kurczaków zanim się wyklują)
2. A bird in hand is worth two in the bush – lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu (dosłownie: ptak w ręce jest wart tyle co dwa na krzaku)
3. A woman, an ass, a walnut tree, the more you beat them, the better they will be –  Kochaj żonę całą duszą, a trzęś ją jak gruszą (dosłownie: kobieta, tyłek i orzech są tym lepsze im więcej je tłuczesz 😮 )
4. No pain, no gain – bez pracy nie ma kołaczy (dosłownie: nie ma bólu, nie ma zysku)
5. Apple of your eye – oczko w głowie (dosłownie: jabłko w oku)
6. Born with a silver spoon in the mouth – w czepku urodzony (dosłownie: urodzony z srebrną łyżką w ustach)
7. Curiosity killed the cat – ciekawość to pierwszy stopień do piekła (dosłownie: ciekawość zabiła kota)
8. Loose lips sink ships – długi język, krótkie życie (dosłownie: luźne usta topią statki)
9. The early bird gets the worm – kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje (dosłownie: poranny ptaszek dostaje robaka)
10. When in Rome, do as the Romans do – kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak one (dosłownie: będąc w Rzymie zachowuj się jak Rzymianie)

138. 10 popularnych powiedzeń Brytyjczyków, których nie nauczysz się w szkole.

Niezależnie od tego czy ze względu na ich niecenzuralność, czy też z powodu niestałego charakteru slangu, tych haseł nie nauczysz się w szkole. Warto je jednak poznać zanim stanie się oko w oko z rodowitym Brytyjczykiem, by zaoszczędzić sobie kombinowania co połeta miał na myśli. Do dzieła!

1. Mate – nadużywany odpowiednik naszego “kolego”. Niezależnie czy ktoś nas lubi czy nie, będziemy nazywani mejt wielokrotnie, szczególnie, jeśli ktoś czegoś od nas chce.
“Hi mate, have you got the lighter?” , “Calm down, mate”, “Alright, mate?” itepe itede.
2. Bugger all (wym. bager oll, Yorkshire: buger oll) – zupełnie nic, odnośnie tego, co się robi, robiło. Jest też mniej cenzuralna wersja, chyba nawet bardziej popularna, f*ck all.
“I’ve done bugger all today”.
3. Knackered (wym. nakerd) – stan fizycznego przemęczenia; wykończony, padnięty. Równie często zdarza mi się słyszeć shattered (szaterd).
4. Gob – gęba. “They never shut their gobs” – narzekają nauczyciele, codziennie.
5. Cheers (wym. cziirs) – oficjalnie w słowniku funcjonuje jako “na zdrowie/zdrowie” podczas wznoszenia toastu. Od kilku lat nadużywane jako “dzięki”.
“Cheers, mate”.
A skoro już jesteśmy przy podziękowaniach – „thank you very much” trafi wkrótce do historii, bo obok cheers zastąpiło je tha (wym. Ta), fab oraz ace (wym. ejs).
6. Taking the piss – dosłownie przetłumaczyłabym jako “lecieć w ci*la”, często odnosi się do sytuacji wymagających dłuższego czasu oczekiwania. Niezbyt kulturalne, nie używać przy szefostwie, szczególnie kiedy się narzeka na opóźnienia z ich strony. 😉
“They take the piss, don’t they?”
Często jest też używanie w kontekście nabijania się z kogoś. “That guy on TV took the piss out of our government.”
7. Fortnight (wym. fortnajt) – okres dwóch tygodni. Zatem jeśli proponuje się Wam wynagrodzenie paid fortnightly, pojawi się ono co dwa tygodnie.
8. Dodgy (wym. dodżi) – określenie kombinatorstwa, oszustwa, przekrętu. “This guy is dodgy” oznaczałoby tyle, że nie należy mu ufać, bo jest cwaniakiem. Dodgy może się też odnosić do podróbek (“I bought a dodgy bag”) albo czegoś nieświeżego (“I had a dodgy burger last night”). Warto więc zapamiętać, że kiedy słyszymy dodgy, to coś jest nie tak.
9. Tosh (wym.tosz) – synonim słów rubbish (rabisz, Yorkshire: rubisz), crap (krap) czy shit – wszystkie, bardziej lub mniej wulgarnie, odnoszące się do czegoś beznadziejnego, kiepskiej jakości, ewentualnie bzdur (“Don’t chat shit/rubbish/tosh”, „I’ve seen this movie, it’s tosh/shit/rubbish”).
10. Smashing (wym. smaszin) – zarąbiście, świetnie, super. Wyrażenie zadowolenia.

+ Jest spora różnica pomiędzy I can’t be bothered oraz I can’t be asked. Choć oba uchodzą za „nie chce mi się”, to drugie jest widziane jako o wiele mniej cenzuralne.

Dodalibyście coś jeszcze, Wyspiarze? 🙂

137. Ciekawe brytyjskie zwyczaje

Ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. Angielska wieś ma wiele do zaoferowania, wliczając w to tradycje tak pokręcone, że topienie marzanny brzmi bardzo pospolicie. Dziś o tym, dlaczego uważam Brytyjczyków za jeden z najbardziej zwariowanych narodów (jak się bawić, to się bawić!), tymbardziej, że te szalone bestie goniące ser pleśniowy po wzgórzach oraz ścigające się z płonącymi beczkami, są na codzień ciche, spokojne i z pozoru bardzo ułożone. Do dzieła więc!

1. Guy Faweks Night / Bonfire Night 

Historię tego święta przybliżono już wielokrotnie, u mnie znajdziecie ją tutaj. W skrócie – nieudany zamach na parlament. Jak to stwierdził mój znajomy – tylko Anglicy świętują coś, co nie wyszło i nazywają imieniem Guya, niedoszłego mordercy, swoich synów (osobiście znam dwóch Guy Faweks’ów). Do tej pokręconej zabawy, obchodzonej tu huczniej niż Sylwestra, dochodzi jeszcze Tar Barrels – wyścig płonących beczek, buchających płomieniami tuż nad głowami uczestników. Niestety ciężko jest powiedzieć, kto jest zwycięzcą owego wyścigu, zabawa bowiem z reguły kończy się dość szybko ze względów bezpieczeństwa.

(fot. thesun.co.uk)

2. Wife Carrying – wyścig z żoną na plecach

Zabawa sięgająca pamięcią Inwazji Wikingów w 793 roku. Wymogiem jest waga żony – minimum 50 kg. Mąż niosący najcięższą żonę dostaje na pocieszenie kiełbaskę, para zwycięzców sto funtów, przegrani – psią karmę.

(fot. legacymedia.localworld.co.uk )

3. Maypole Dance – taniec wokół słupa

Tradycja sięgająca średniowiecza, taniec wokół ozdobnego słupa. Kiedyś wybierano najpiękniejszą dziewczynę w wiosce, którą ogłaszano Królową Maja (May Queen) i po zakończonych obchodach składano w ofierze pogańskim bogom, najczęściej na stosie. Dziś się już tylko tańczy (chyba).

(fot. englishlessonsbrighton.co.uk)

4. Cheese Rolling – w pogoni za serem pleśniowym

Zabawa licząca corocznie około 5 tysięcy uczestników ( za wyjątkiem rekordowego 2009 – 15 tysięcy). Głodny lud ściga szalony ser, który turlając się ze wzgórza Coopera (Cooper’s Hill) potrafi osiągnąć zawrotną prędkość 70 mil na godzinę. Ponoć celem zabawy jest celebrowanie wynalezienia sera (gdzie są Francuzi zatem?), zaś jedno jest pewne – tłum turlający się z górki gwarantuje co roku przeludnienie w miejscowym szpitalu, poobijany i z połamanymi kośćmi.


(fot. centralhotelgloucester.co.uk)

5. Straw Bear Festival – pochód słomianych niedźwiedzi

7 stycznia w pewnych angielskich wsiach (najsłynniejsza to Fenland) chłopcy i mężczyźni ubierają się w słomę. Chodzą od domu do domu i tańczą, ludzie dają im w zamian piwo lub jedzenie.


(fot. strawbear.org.uk)

6. Bog snorkelling – nurkowanie w grzęzawisku

Wyścig przez bagienko – 120 stop (36,5 metra). Cel – zbiórka charytatywna.

(fot. outdoorni.com )

7. Parade of the Apple Cart – parada wozu pełnego jabłek (tak,wiem, tłumaczenie pierwsza klasa)

Parada ta jest częścią zabaw z okazji The Egremont Crab Fair upamiętniającego wydarzenie z XIII wieku, kiedy to Lord of the Manor rozdawał swemu ludowi jabłka. Moją ulubioną częścią obchodów jest Gurning Competition – konkurs na najkrzywszą gębę, wymagający nie lada zdolności (i braku zębów).


( fot. rogerscrutonphotographer.com)

A Wy, w której zabawie wzięlibyście udział? 😉