162. Kalendarz Polki

wakacje (8)
„My, Polki z Klubu Polki na Obczyźnie, oddajemy w Wasze ręce garść naszych zdjęć, wspomnień i refleksji z życia w obcych krajach. Tych bliskich i całkiem dalekich. Krajach, które znamy od poszewki i chętnie o nich opowiadamy.

Co przyniesie rok 2017 – nie wiemy, ale możemy obiecać, że z Kalendarzem Polki każdy jego dzień będzie jak taka mała podróż, gdzieś tam, na koniec świata.”
***
Jest to kalendarz zaprojektowany przez członkinie Klubu Polek. Magiczna podróż dookoła świata, przez państwa, kontynenty, wspomnienia, albumy, twórczość, kuchnie, refleksje i przeżycia członków Klubu. Nakład jest niewielki, głównie dla samych wtajemniczonych. Istnieje jednak szansa zdobycia egzemplarza, wystarczy odrobina kreatywności i udział w konkursie. Do opowiadania Polek należy dopisać zakończenie – nie więcej niż 5 zdań! Opowiadanie znajdziecie tutaj. Ja mam już swój kalendarz, teraz kolej na Was! 😉

Reklamy

154. Wielokulturowość – za czy przeciw?

woman-789146_960_720 (Small)
Na wstępie tego wpisu chciałabym zaznaczyć, że zamieszanie wokół wielokulturowości nie jest przypadłością wyłącznie polskiego społeczeństwa. Problem istnieje wszędzie. Problemem tu nazywam jednak nie samo zjawisko, a podejście ludzi do niego, to, jak sobie (nie) radzą. Do poniższych przemyśleń zainspirowało mnie spotkanie autorskie z wielokrotnie wspomnianą ostatnio E.S. Wypowiadała się ona o problemie społeczeństwa tureckiego, podzielonego na chrześcijan, muzułmanów i ateistów, na hidżabistki i niehidżabistki, wreszcie na Turków, Ormian, Kurdów, Rosjan i tak dalej. Nie jest to w owym kraju zjawisko świeże, a jednak wciąż, wczuwając się w rolę każdego z poszczególnych organów tej mieszanki, można powiedzieć, że „trudno jest”.

Trudno jest…

…być Ormianem lub Kurdem w Turcji. Chrześcijaninem lub ateistą w muzułmańskim kraju. Muzułmaninem w kraju chrześcijańskim lub świeckim. Bywa trudno kiedy jest się białą muzułmanką w społeczeństwie pakistańskim, a tymbardziej polskim. Trudno jest być. Tylko dlaczego? Czy ludzie naprawdę tak bardzo boją się wszystkiego co inne, by za wszelką cenę szykanować to i odrzucać?

Rozumiem, że słowo multikulturalność nie jest obecnie zbyt popularne. Ale nie znaleźliśmy nic społecznie lepszego, czym moglibyśmy to zjawisko zastąpić.

Mieszanka kultur nie zawsze bywa łatwa. Zdarzają się nieporozumienia, przykre incydenty, egoizm, brak otwartości wśród każdej ze stron. Wszystko to istnieje i nie powinno być lekceważone. Warto jednak nie być jednostronnym i widzieć też to, co można zyskać. Czego się można nauczyć. Na podstawie czego rosnąć w siłę jako państwo.

Tylko ktoś inny niż ja może mnie czegoś nauczyć, rzucić mi wyzwanie wobec samej siebie, zmotywować mnie lub zainspirować do spojrzenia na te same sprawy z innej perspektywy. Ktoś o takim samym sposobie myślenia i światopoglądzie nie wnosi w moje życie dużo więcej niż tylko zrozumienie. Powtarzamy się niczym echo.

Być może nie każdy będzie w stanie zrozumieć powyższą myśl, ze względu na brak doświadczenia w temacie. Ludzie, których poznałam i cenię, są odemnie bardzo różni. Są rzeczy, które nas łączą, to naturalne, że ludzie zawierają przyjaźnie na podstawie wzajemnego zrozumienia. Ale są też rzeczy, które nas dzielą, jak pochodzenie i spojrzenie na wiele spraw. Wynikają z tego wielogodzinne dyskusje i mnóstwo interesujących wniosków. O życiu codziennym, życiu w ogóle, wszystkim.

Multikulti na plus

Ja uważam tak jak mnie uczył mój dziadek. Najwięcej ciekawych i inspirujących rzeczy dzieje sią na styku, granicy kultur, religii, tradycji. Zawsze. Ale oczywiście nie każdy lubi takie inspiracje – mówi Agata. Paula przedstawia swoje odczucia następująco: Od czasu „kryzysu migracyjnego” i histerycznego wzrostu nacjonalizmu coraz częściej się nad tym zastanawiam. Kiedy miałam 18 lat i w Berlinie czy Dublinie widziałam te społeczenstwa wielokulturowe to mnie pociągało, było czymś w rodzaju niesamowitej energii, ta różnorodność była zupełnie inna niż szaro-biała i jednolita Polska. Dla mnie to było też coś więcej, jako serce lewicowe śledziłam z wielkim przejęciem wstąpienie Polski do Unii Europejskiej, przede wszystkim możliwości jakie to wszystko za sobą niosło i właśnie również multikulturowość, równość i wolność przemieszczania. I może to strasznie śmiesznie brzmi, ale dzisiaj bardzo przeżywam to, co dzieje się z Schengen. To wszystko pośrednio związane jest z tematem wielokulturowości. I potem stało się. Wyjechałam do Francji, do świata w którym jest misz masz. Pół roku byłam tym oszołomiona i zachwycona. Potem pojechałam na tydzień do Polski i białe, jednolite Wrocław i Katowice mnie przygniotły, wydając się nudnymi i bez życia. Po czasie jednak dostrzegam plusy i minusy tego społeczeństwa wielokulturowego. Tak jest ze wszystkim, każdy medal ma dwie strony. Przede wszystkim widzę trudności jakie stoją przed ludzmi w wielokulturowym społeczeństwie, widzę tych, którzy się nie potrafią odnaleźć. To społeczeństwo ma inne problemy niż monokulturowe, ale nie ma idealnego świata, narodu, społeczeństwa tak jak nie ma człowieka idealnego. Jednak w tym multikultorowym świecie jest mi całkiem fajnie. Lubię bardzo tanie hinduskie bary w których mogę kupić hinduskie potrawy za prawie grosze, lubię dołączyć w parku do grupy Chinek, które wykonują tai chi (nie wiem jak to napisać), jeść prawdziwe domowe sushi z moją tajlandzką koleżanką, pooglądać zdjecia z Iranu od dzieci uchodźców, które były naszymi sąsiadami, zapraszać moich francuskich znajomych na degustacje polskich potraw, lubię z nimi dyskutować o Solidarności i Wałesie, lubię różnorodność religii, lubię kiedy moja teściowa robi mi meluez i tajine. I może się wydawać, że pisanie o takich błachych sprawach nie ma nic wspólnego z tym tematem, ale to właśnie tak zaczyna się życie na styku wielu kultur. Bo to wszystko nie jest tak jak wciąż w Polsce, jednorazowy wypad do chińskiej restauracji, te wszystkie elementy stają się częścią naszego życia i chyba komuś kto tak nigdy nie żył, nie uda się tego zrozumieć. Oczywiście z takiego życia wynikają dziwne i straszne sytuacje czasami. Jest to taki moment, który też super obrazuje scena z moją teściową w kuchni, kiedy krzywimy się nazwajem na to co jemy. A potem wybuchamy śmiechem. Bo każdy chce forsować, ze to jego jest lepsze, to jego kultura jest lepsza. Na styku kultur naprawdę musimy w końcu postawić znak równości i to jest bardzo trudne, ale możliwe. Pomimo wszystko ja jestem dalej na tak dla wielokulturowości, ale także jestem bardzo za tym, że politycy powinni troszczyć się o taki typ społeczeństw w szczególny sposób, chociażby przez dostosowanie systemu edukacji itp. We Franci jest trochę sytuacja pełna hipokryzji, bo w większości imigranci zmuszeni są do wyrzekania się swojej kultury i akceptowania dominującej kultury francuskiej (inaczej widzę to w Anglii) i to rodzi wiele kompleksów. Więc gdzieś na styku tego wymieszania, rodzi się coś nowego, jakiś rodzaj nowej kultury? Jest to raczej jednak nisza, bo raczej dominującym trendem jest adaptacja, dążenie do zasymilowania, więc jednak odrzucenia wielokulturowości. No, a może jednak nie. Tak patrzę sobie na dekorację na naszej ścianie, wiszą dwaj Żydzi liczący pieniądze (tradycja ocierająca się o antysemityzm hihi ), marokańska mozaika, portret Napoleona i obraz Maciejewskiego. W wielokulturowości otwieramy się na świat, na innych ludzi, a co może nas bardziej ubogacić niż to ?

Wielokulturowość drugiego pokolenia przyjezdnych

Pytasz w Anglii faceta o imieniu Mohamed o narodowość, on odpowie Ci British. Zapytasz o pochodzenie – powie British. We Francji zapytasz faceta o imieniu Mohamed o narodowość to odpowie, że Francuz pochodzenia algierskiego. To bardzo pokazuje różnice w menalności, poziom kompleksu (lub dumy) i stopień asymilacji – mówi Paula.
To prawda. W Anglii o wiele łatwiej jest im czuć się Brytyjczykami – jakby nie patrzeć Brytyjczycy są miksem od zawsze – Anglosasi, Wikingowie, Rzymianie, mnóstwo różnych przyjezdnych. Agata dodaje: W Australii widziałam to samo. Łatwo się wpasować w otoczenie i tą mieszankę narodowości i ras, zwyczajów. Jest to nasze bogactwo. Jest to naprawdę piękne, ale to już jest mądra polityka państwa, że taka różnorodność współistniejąca jest możliwa.
W krajach emigrackich –
dodaje Piotr – takich jak Stany, Kanada czy Australia, przybysze z całego świata to rzecz normalna i bardzo wzbogacająca czy to naukę czy ekonomię. Na pewno nie jest to łatwe i wielokrotnie zdarzały się w historii przykre sprawy, ale ogólnie rzecz biorąc jest tolerancja dla religii czy kultur pod warunkiem, że przestrzegane jest prawo panujące w kraju. Np w Stanach w drugim pokoleniu każdy kogo znam mówi już, że jest ‚stąd’ niezależnie od pochodzenia rodzinnego czy wyglądu.

Uchodźca czy cwaniak, oto jest pytanie

Ohhh, pamiętam moją pierwszą podróż do Londynu! – wspomina Karolina – Tygiel kultur, religii, języków, kolorów, stylów życia. Te zapachy, gesty, inne oczy… To było jak bajka. Zupełnie inaczej niż dzisiejszy „koktajl Mołotowa” made in Sweden. Z całym szacunkiem dla potrzebujących, pragnących spokojnego życia, czasami się boję konsekwencji tej otwartości i tolerancji. Zaufanie od naiwności dzieli bardzo cienka linia, krucha i delikatna. Europa północna w imię poprawności politycznej otworzyła swoje wrota dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiego przychodzili kraju, niezależnie od tego czy mieli dokumenty czy nie, wpuścili o tak kilkanaście tysięcy osób o których nie mają żadnego pojęcia, osób – które wg informacji z tv miały być w większości dziećmi. Dzieci okazują się być rosłymi wąsatymi mężczyznami, którzy śmieją się władzy i innym obywatelom w twarz. Żądają mieszkań i kieszonkowego. Bo ktoś gdzieś obiecał. Codziennie czytam, słyszę, dowiaduję się o kolejnych atakach na dzieci w szkołach, o kradzieżach, bitwach w strefach no go, podpaleniach. To nie tak miało wyglądać. Szwedzi w swojej dobroduszności zapomnieli o jednej sprawie, mianowicie o tym że przyjmując do swojego kraju człowieka z innej kultury, nie można oczekiwać i brać za gwarant że ta osoba się natychmiastowo dostosuje do panujących standardów. To jest bardzo długi i złożony proces. Nie da się zasymilować na życzenie, często niestety tylko jednej ze stron.

Po części zgadzam się i z tymi obawami. Każda pomoc tego typu powinna być przeprowadzona z głową i kontrolowana. Nie mówię o czipowaniu uchodźcom tyłków, ale o ich rejestracji, o wyrobieniu im dokumentów choćby na granicy, o ich istnieniu w systemie i ograniczone panoszenie się – za złamanie prawa i brak szacunku do pomocy – odpowiednie konsekwencje. W ten sposób mielibyśmy doczynienia z uchodźcami a nie cwaniaczkami.

Sukces tkwi w szacunku

Ja zasadniczo nie mam nic przeciwko wielokulturowości – mówi Nina – w tym i uchodźcom, ale pod jednym warunkiem: że kultura w której kobiety są uznawane za nie mające podmiotowości prawnej (np. kraje muzułmańskie oparte o szariat) nie będzie mi narzucać swojej organizacji prawno-religijnej. Dopóki państwo jako takie pozostaje świeckie, a prawo w nim obowiązujące jest równe dla wszystkich – i wszyscy tego przestrzegają niezależnie z jakiej kultury są – jest ok. Anna dodaje: Mieszkałam w Tajlandii, mieszkam w Wietnamie i bardzo się staram dostosować do tego jak się tutaj żyje, ale spotkałam się z emigrantami, którzy tego nie chcą robić i często stawiają się wyżej od Azjatów, z takim podejściem „jestem biały, to mi się należy”, co jest bardzo niesprawiedliwe. Czasem traktują Azjatów jak ścierki do podłogi (widzę w pracy jak klienci emigranci odnoszą się do mnie, a jak do moich wietnamskich koleżanek – różnica bywa spora… Najgorsze jak coś zaczynają do mnie na nie narzekać, ‚bo tak’ , i co, myślą że one nie rozumieją angielskiego i nie jest im przykro?). Czasem zwyczajmnie ignorują tutajsze zwyczaje: na przykład wlażenie w ubłoconych butach do pomieszczeń, w Tajlandii. Mimo iż każdy tam buty zdejmuje przed wejściem gdziekolwiek. To są drobnostki, ale dla miejscowych wiele znaczą. Ja się uczę nowej kultury, poznaję i jestem tym zachwycona. A moi znajomi z chęcią mnie wypytują jak to jest inaczej w Europie, proszą o ugotowanie europejskich dań, o pokazanie czym się różnimy. 
Więc podsumowując – wielokulturowość jest piękna, jeśli wszystkie mniejszości szanują się i akceptują, nie wywyższają nad inne. Szczególnie trzeba szanować lokalną kulturę w miejscu, do którego się emigruje. Jeśli ktoś nie chce jej szanować i zaakceptować – powinien wracać skąd przyszedł. Musimy pamiętać, że to my jesteśmi gośćmi w nowym miejscu, a nie panami świata. 
Paula komentuje słowa Anny następująco:  Święte słowa. Niestety czasami spotykałam taki typ Polaków, którzy uważali się za lepszych niż ‚śmierdziele Angole’ czy ‚Żabojady’. Ja też uważam, że wyjazd do kraju nas zobowiązuje do szanowania tamtejszej kultury i zwyczajów. Właściwie ja bym poszła dalej: do zintegrowania się z tą nową kulturą (oczywiście zachowując także to, co moje). Bo jak widzę właśnie tych Polaków, którzy np w Szwecji napadają na uchodźcó, żyją x lat w Anglii a po angielsku dwa słowa (pracowałam w polskim sklepie, to widziałam), to uważam, że tacy ludzie powinni siedzieć tam, skąd przyszli.

Równość przyswajana od kołyski

Ja bardzo lubię podejście dzieci do wielokulturowości – mówi Kasia. Nie ogarniając całej filozofii tego zagadnienia, po prostu przyjmują różnorodność w społeczności jako coś normalnego. Będąc w Kanadzie mają szansę mieć kolegów o różnym kolorze skóry, w różnym stopniu mówiących po angielsku. Dla nich wielokulturowość to małe codzienne rzeczy, ot choćby dlaczego kolega zamiast kanapek przyniósł glony suszone. Nie łamią sobie nad tym głowy, ale to jest dla nich również punkt wyjścia do długich rozważań o Polsce i co to znaczy być Polakiem. Właśnie takie podejście chciałabym widzieć w dorosłych, ale nam jest już trudniej otworzyć się z dziecięcą ufnością na innych. Dlatego tak bardzo się cieszę, że moi synowie mają szansę na pełne zanurzenie w wielokulturowości. Dla nich i ich kanadyjskich rówieśników będzie to rzecz naturalna. Szacunek dla innych wśród dorosłych to efekt tego, jak dzieci postrzegają wielokulturowość. Fajnie by było, gdyby w Polsce działania na rzecz wielokulturowości były propagowane już od najmłodszych lat, ale niestety klimatu na to nie ma.

A więc co z tym multikulti?

Odpowiadając na Twoje pytanie to mi się wydaje, że nie ma odwrotu od społeczeństwa wielokulturowego, bo mamy globalizację i to jej następstwo – pisze Maja. Możemy dyskutować o plusach i minusach, ale najważniejsze jest, żeby zastanowić się, jak w tym tyglu żyć, jak wspomóc imigrantów w adaptacji (co jest trudne i każdy mieszkający za granicą o tym wie), jak uczyć tolerancji itp itd. Jeśli ktoś widzi same minusy i myśli, że uda mu się zamknąć w jakiejś jednokulturowej bańce, to jest to dla mnie myślenie kompletnie absurdalne i pokazujące niezrozumienie świata. Piotr dodaje:  Po prostu świat się dziś bardzo wymieszał poprzez łatwość podróży czy przez komunikację, przez Internet. Tak jest już w produktach, których używamy lub jemy, tak samo jest w wielu serwisach (np call centre). Nie da się zatrzymać masy ludzkiej – nawet jak ktoś myśli, że wymuruje mur i wykopie fosę, albo założy kolonię na jakieś wyspie 🙂 Ale zjawisko migracji to nic nowego, bo wszyscy nasi przodkowie wyemigrowali kiedyś z Afryki.

 

*Wpis powstał na podstawie wypowiedzi członków Klubu Polki Na Obczyźnie.

130. Jaka jest Polska?

Czasem znajomi pytają mnie o to, jaka jest Polska. To bardzo trudne pytanie. Polska jest zbyt złożona, by na nie odpowiedzieć jednym prostym zdaniem.
Zadałam je w Klubie Polki Na Obczyźnie, a oto, co usłyszałam:

Marta
: Polska jest trudna, ale autentyczna, prawdziwa i pełna.

Ola: Polska jest specyficzna. Ma swoją piękną historię i niesamowitą kulturę, której piętno lubi ciążyć na nas – pokoleniach do lat 80′ włącznie. Polska jest piękna. Jest też smutna i bardzo prawdziwa przez głos tłumów, które chciałyby dużo ale jest na to za wcześnie. Polska jest w momencie raczkowania i nadejdzie czas kiedy będzie krajem, do którego wszyscy będą chcieli wracać. Polska jest… nasza. Po prostu.

Agata:  Jest pełna sprzeczności i sama siebie nie docenia!

Xiaotai: Polska jest głęboko przekonana o własnej wyjątkowości i własnych racjach.

Dorota: Mnie się nie wydaje prawdziwa, wydaje mi się obłudna i nieszczęśliwa, dużo rzeczy się dzieje na pokaz, zrywy serca na chwilę, dużo przeintelektualizowanych ludzi, którzy nie mają okazji dać upustu swoim ambicjom i przede wszystkim Polska za bardzo żyje historią, a nie dniem dzisiejszym. Nie umie się cieszyć, tak z niczego.

Małgosia: Zakompleksiona, a przecież taka piękna i z dużym talentem, w który sama za bardzo nie wierzy.

Jo: Kochana, deszczowa, zakompleksiona… To że kochana- nie wiem tylko czy to wyidealizowanie jej przeze mnie czy obiektywizm po tym, gdy mieszkam w innych kraju. W każdym razie – na pewno ma swoją wyjątkową duszę. Chociaż ona chyba zanika – wypierana zachodem…


Magda: Krnąbrna. czasami zaściankowa – ale uważam to za cechę pozytywną.

Anna: Polska jest surowa, dzika i nieokiełznana.

Magda: Nie dostrzegająca swojego piękna. W życiu codziennym gościnna, pomocna i zaradna, choć kilka procent Polaków bardzo stara się, by nie była tak postrzegana. Bojąca się nowego, ale jednocześnie ciekawa świata i odbywająca dalekie podróże. Zdolna, pełna nieodkrytych talentów. Waleczna i czasem pyskata.

Justyna: Niedoceniona, piękna, utalentowana!

Marianna: Kraj kontrastów i sprzeczności. Z jednej strony piękny, ze wspaniałą naturą i historią, mogący pochwalić się niesamowitymi zabytkami, górami, lasami, jeziorami, morzem, smaczną kuchnią, zaradnością, pomysłowością, umiejętnością przetrwania największych zawieruch … A z drugiej strony to kraj trochę zagubiony w obecnej rzeczywistości, stojący w rozkroku między teraźniejszością i myśleniem o przyszłości, a przeszłością, z którą nie może jakoś dojść do ładu. Mnie Polska zachwyca, wkurza, fascynuje, doprowadza do łez (smutku, złości, radości…) – wszystko na raz! Na pewno nie jest to nudne miejsce.

Piotr: Bardzo trafnie to ujęłaś Marianna .. nie potrafiłbym lepiej napisać… Sam staram się skupiać na przyrodzie i na tym, że kraj po prostu wizualnie pięknieje. Ale mimo wszystko … i myślę, że to po prostu nadal kraj i demokracja bardzo młoda … Po zaborach tylko 20-lecie wolności nie całkiem demokratycznej, ale jednak gdzie różne religie i kultury współistniały i teraz ledwie 25 lat wolności i demokracji, gdzie nieco brakuje nadal różnorodności religii i kultur.

Tak, też mi się wydaje, że dużo jeszcze pracy przed Polską, by otworzyć się trochę bardziej na „inność”. Myślę, że wynika to z tego, iż przez zabory, a potem wojny i komunizm naród skupiał się przede wszystkim na tym, aby przetrwać i zachować swoją tożsamość – polskość. Żeby w ogóle stworzyć znów niepodległy kraj, gdzie przede wszystkim Polacy będą mieli dom. Więc w kwestii różnorodności kulturowej jesteśmy trochę do tyłu… Ale z drugiej strony taki z nas przecież mobilny naród, w każdym kraju na świecie znajdziemy przynajmniej jednego Polaka, teraz też ludzie jeżdżą – i turystycznie, i zarobkowo – więc nie do końca czasami rozumiem, skąd ta ciągła nieufność (a czasami wręcz wrogość) wobec „innego”…

Paula: Dobre pytanie i trudne w cholerę. Jaka jest Polska? Chyba pełna paradoksów i sprzeczności. Nowoczesna i zacofana, postępowa i konserwatywna. Chyba to taki kraj, który w pewnym momencie pękł na pół i który już nie potrafi się całkowicie skleić. To kraj, który nie ma środka, absolutnie w niczym, a mieszkających w nich ludzi można dzielić na dwie grupy. Bo albo lewo albo prawo, albo bieda, albo dostatek, albo najmodniejsze knajpy albo rozklekotane kamienice, albo dobre samochody i młodzi, których nie stać na pierwsze auto. Polska to też trochę burdel, taki bałagan, który powoli się sprząta i właściwie jeszcze nie wiadomo co się pod nim kryje – Polska jeszcze sama siebie określa. Polska to też Polacy, którzy sami nie wiedzą co to właściwie znaczy być Polakami. To kraj, w którym nie ma ‚luzu’, a nawet wyjście z autobusu jest walka, w którym widać wciąż frustrację i czekanie na ‚coś’. To kraj pięknych zabytków, zachwycającej natury, która jest zupełnie wyjątkowa w świecie. Polska to kraj wybitnych indywidualności i egoistów, w którym jedno małe miasto ma 8 galerii handlowych i 4 dzielnice biedoty. To kraj gościnności i niechęci. Polska to trochę taki kraj ‚filozofów’ w którym do gadania są setki a do działania nikogo. Polska to też kraj, który powoli uczy się radości życia. Tylko w Polsce w autobusach siedzą reklamówki, babcie chodzą z kijkami do nordic walking w sukienkach i butach na obcasie, a opowiadanie w pociągu/tramwaju/autobusie szczegółów swojego życia prywatnego uchodzi za coś normalnego, podobnie jak słowo ‚przepraszam’ wypowiedziane przez lekarza, który spóźnił się 2 godziny byłoby cudem. Sprzeczności, paradoksy, kontrasty. Ale tak ogólnie Polska jest fajna, to taka mieszanka wybuchowa, w której wszystko zależy jak się trafi i na kogo i gdzie wszystko jest możliwe.

Agnieszka: Lepiej bym tego nie opisała. Mówię przepraszam zawsze. I nie spóźniam się 2h. To już wiem czemu nie mogłam pracować w Polsce.

Karolina: Polska jest zbyt skomplikowana. To kraj, który robi sobie zupełnie niepotrzebnie pod górkę, najcześciej po to żeby sie pokazać, bo co ludzie powiedzą. Polska to kraj kontrastów gdzie wszystko odbija sie miedzy ekstremami.

Natalia: Polska to moja ojczyzna, zawsze na pierwszym miejscu. Niepowtarzalna i jedyna. Akceptuję ją ze wszystkimi wadami, to miłość bezwarunkowa. Mogę na nią narzekać i zżymać się, ale innym od niej wara!

Barbara: Polska to mój rodzinny dom. Zapach świeżego chleba, który pamiętam z dzieciństwa. Serniki i szarlotki. Jesienne ogniska, zimowe kuligi. Wiosenne bzy,j aśminy i konwalie. Letnie wycieczki nad jezioro, harcerskie obozy, kolonie i codziennie zabawy na trzepaku. Polska to pierwsza miłość. Pierwsze piwo, pierwsza dyskoteka.Polska to mnóstwo cudownych wspomnień i nieodłączna tęsknota. Polska to wszystko to co mnie ukształtowało, co sprawiło, że jestem dziś kim jestem.

Dominika: Polska jest zielona, pachnie lasem albo sadem owocowym.

Nina: Z mojej perspektywy: pełna znerwicowanych, sfrustrowanych ludzi, którzy bliźnim na każdym kroku pokazują pazury i utrudniają życie.

Ewa: Polska to wspomnienie z dzieciństwa. Dobre wspomnienie. A tak to już z niektórymi wspomnieniami bywa, że lepiej do nich nie wracać, bo pryskają jak bańka mydlana, roztrzaskują się o nadbałtyckie klify i człowiekowi ręce opadają z niemocy, a w głowie pojawia się pytanie „czy to naprawdę wspomnienia czy też wyimaginowana przeszłość, która zakrzywia prawdę, żeby nie przejść przez życie rozczarowanym”… Tak mi się zagmatwane napisało ale wiem o co mi chodzi 😉

Anna: Polska jest zielona, trudna, pełna ambitnych ale zarazem smutnych ludzi, z niesamowitą przyrodą, kuchnią i możliwościami. Rozwijająca się.

A jak Wy odpowiedzielibyście na pytanie jaka jest Polska?

Bajki Tysiąca i Jednej Polki – 31. Krasnoludy w opałach

Poniższy post powstał w ramach projektu „BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów.

Istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce. Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy – nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce, dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak, jak tutaj.

BAJKA 31

„Krasnoludy w opałach”

Dziewczynki, ciekawe następnej przygody, poraz kolejny stanęły na magicznej mapie, niepewne, dokąd zabierze je ona tym razem. Spokojną Alę oraz zawsze pełną energii Karinę, pomimo różnic jakie są zwykle widoczne wśród rodzeństwa, łączyła wspólna cecha – obie były odważne. Na szczęście, bo szalone podróże po całym świecie wraz z nieprzewidywalną mapą wymagają nie lada odwagi!

Siostry, znudzone pewnego czwartkowego poranka, postanowiły porozglądać się po nowej okolicy. Stanęły na magicznej mapie. Kiedy złapały się za ręce, Ala wyszeptała: – Chciałabym znaleźć się w miejscu, którego nie znamy, bez żadnych tłumów turystów i przepychanek przy zabytkach. Tylko niech będzie ładne! W chwilę później mapa uniosła dziewczynki, zakręciła się kilkakrotnie wokół własnej osi i…zniknęły.

– Dziewczynki, śniadanie! – zawołała Mama wchodząc do pokoju. Zauważywszy pozostawiony bałagan, westchnęła: – Oby tym razem wróciły przed kolacją, inaczej magiczna mapa będzie zmuszona stać się magiczną miotłą i wysprzątać ich pokój…

rsz_dsc00631Dziewczynki pojawiły się na wąskiej uliczce z kilkoma domami po prawej stronie oraz rozległymi zielonymi polanami po lewej. Był przyjemny, słoneczny dzień, momentami chłodzony przez rześki górski wietrzyk. Nie wiedząc, gdzie dokładnie są, siostry rozglądały się, podziwiając uroczą okolicę.
– Jak tu pięknie! – zachwycała się Karina – Zupełnie jak w Ani z Zielonego Wzgórza!
– Ktoś mnie wołał? – usłyszały dziewczęcy głos za plecami. Siostry spojrzały na siebie z niedowierzaniem. W sumie, z magiczną mapą wszystko jest możliwe..
– Jesteś Ania… z Zielonego Wzgórza? – zapytała Ala
– Skąd! – prychnęła dziewczynka – Czy wyglądam jakbym była ruda?? Ania mieszkała w Avonlea, to jest w Kanadzie. Też jestem Ania i też mamy tu zielone wzgórza, ale to jest Thornton Village. Jesteśmy w Anglii. A wy to pewnie Ala i Karina?
– Skąd wiesz?
– Edward mi powiedział. – na widok ich zdziwionych min, dodała – Krasnolud, mój przyjaciel.
– Krasnolud? Prawdziwy? Taki z długą brodą? – ucieszyła się Karina
– Prawdziwy, owszem – odparła ich nowa znajoma- ale nie ma długiej brody. Kiedyś nosili długie, ale strasznie narzekali, że ciągle się moczą w zupie korzennej i trzeba je szorować. Krasnoludy robią pyszną zupę z korzeni, którą jedzą kilka razy w ciągu dnia. Odkąd zaczęłam ich zaopatrywać w elektryczne golarki, które kupuję w centrum, większość nosi przystrzyżone. Starszyzna trochę się burzy, ale przywykną. Mamy mało czasu dziewczyny, Edward już tracił nadzieję że się zjawicie, musimy go odwiedzić!
Dziewczynki ruszyły w drogę, wesoło gawędząc. Ania była bardzo gadatliwa i zabawna. Po męczącej wspinaczce pod stromą górkę skręciły gdzieś w połowie i trafiły na bramę, za którą znajdował się lasek. Nowa znajoma dziewczynek rozglądała się nerwowo, sprawdzając, czy nikogo nie ma. rsz_dsc00643 rsz_dsc00647– Musimy się ukrywać? – zapytała zaniepokojona Ala
– My nie, ale krasnoludy muszą. Nikogo nie ma, szybko – pośpieszyła je, po czym pociągnęła trawę niczym dywan, okazała się ona bowiem kamuflażem dla okrągłych, maleńkich drzwi. Dziewczynki weszły do nory, a Ania ponownie zasłoniła wejście, upewniając się że pozostaną niezauważone. Następnie zapaliła jedną ze świec znajdujących się na półce w przedpokoju i udały się wgłąb tunelu. Po dłuższej chwili znalazły się w pomieszczeniu, w którym pachniało ciężkimi przyprawami. Wyglądało na kuchnię, miało garnki i palenisko. I grubiutkiego Krasnoluda z krótką brodą.
– Witaj Aniu – rzucił przez ramię, nie odwróciwszy się nawet, zajęty był przyprawianiem zupy.
– Edwardzie, masz gości – oznajmiła zadowolona, a Krasnolud podskoczył nerwowo i po przywitaniu się, zapytał niepewnie:
– Co was tu sprowadza?
– To Ala i Karina – wyjaśniła Ania, po czym twarz Edwarda rozjaśnił szeroki uśmiech, a krzaczaste brwi uniosły się wysoko.
– Uczta, robimy ucztę, mamy gości! – wrzasnął Krasnolud, aż zatrzęsło ścianami nory, a miejscami posypała się ziemia. W kuchni znikąd pojawiły się dwie Krasnoludzice, o włosach dłuższych niż Edward spiętych w dwa warkocze, no i rzecz jasna bez brody, za to z lekkim wąsikiem. Jedna z nich złapała dziewczynki po jednej pod ramię i zaniosła do pokoju z ogromnym, długim stołem i kominkiem. Kiedy po piętnastu minutach w jadalni znalazła się już cała rodzina, rozpoczęto ucztę. Pyszna zupa z korzeni miała smak tak niezwykły, jak gdyby przyprawiono ją szczyptą magii. Czegoś takiego siostry jeszcze nie jadły. Po posiłku przyszedł czas na wyjaśnienia.
– Oczekiwaliśmy waszego przyjścia od dłuższego czasu – zaczął Edward, podając małemu Krasnoludzikowi kilka kamieni do zabawy, aby go uciszyć. – Wasze nadejście przepowiedziała nam babka, sto szesnaście lat temu. Tak tak, Krasnoludy są długowieczne. Ale nie wieczne, bo nawet babka zdążyła wykorkować zanim się wreszcie zjawiłyście… – dodał pod nosem – Tak czy inaczej, mamy ogromny problem. Od około osiemdziesięciu lat ludzie budują tu swoje domy. Nasze ich nie obchodzą. Jesteśmy ostatnim klanem, który został tutaj, na swojej ziemi. Reszta zwątpiła w przepowiednie babki i wyruszyła w podróż. Chcieli się przesiedlić, jednak trudy świata zewnętrznego przerosły Krasnoludy. Niektórzy utonęli próbując przejść przez rzekę, mając bardzo krótkie nogi ciężko walczyć z nurtem. Inni zostali zjedzeni przez lisy, a jeden oberwał piłeczką od golfa…
– Próbowaliście porozmawiać z ludźmi? – zapytała Ala szukając rozwiązania
– Yhm – odparł Edward – Rozmawiałem z żoną burmistrza. Nie uzyskałem odpowiedzi, za to pobiegła do brukowców z informacją, że mieszkają tu Krasnoludy, ściągając na nas niebezpieczeństwo bycia zamkniętych w klatkach i udawania małp w zoo – burknął
– Jak to się skończyło? – zmartwiła się Karina
– Schowaliśmy się, a ją zamknięto w lokalnym wariatkowie – odpowiedział, a dziewczynki zachichotały – Ale mamy kłopoty z tego powodu. Burmistrz w ramach zemsty sprzedał tą ziemię na pola golfowe. Nasze piękne polanki, a oni grają sobie w golfa! Ostatnio dostałem piłeczką jak brałem kąpiel… Sypią nam się przez chodzących nad nami ludzi nory. Parę lat i nic nie zostanie z naszych domów. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy! – Możesz wrócić z nami, podrzucić nas do domu i zabrać mapę, żeby się przeprowadzić – zaproponowała Ala
– Mam sto sześćdziesiąt lat, to już chyba nie podchodzi pod bycie dzieckiem – westchnął – mapa nie zadziała.
– Ale może ze względu na wzrost … – dodała Ania, a Krasnolud pogroził jej palcem. Dorosły osobnik był bowiem wzrostu ośmioletniej Kariny.
– Próbowaliśmy długo przed tym, nim trafiła w wasze ręce. To dzieci muszą jej używać.
– A jak polecimy razem? No i dokąd trafimy? – zastanawiała się Karina
– To jest myśl! Spróbujmy razem! – ucieszył się Edward, po czym starali się pomieścić dziewczynki i rodzinę Krasnoludów na magicznej mapie. Mapa podniosła się i opadła.
– Mówiłam żebyś tyle nie jadł! – zawołała do Edwarda jego żona.
– Niee, może mapa po prostu nie wie dokąd nas zabrać? – zaniepokoiła się Ala. Edward zszedł z mapy i zniknął w tunelu. Siostry zaczęły się martwić i dyskutować nerwowo w poszukiwaniu rozwiązania. Po kilkunastu minutach Krasnolud wrócił.
– Babka zostawiła mi zaklęcie – powiedział, próbując je odczytać z kawałka płótna – Jak to szło… Mam: “Ratunku jedyny dla zapomnianych stworzeń… Zabierz nas tam, gdzie człowiek nie może! Gdzie ludzi nie ma, a jest dzika polana i można być radosnym od samego rana!” – przeczytał, a mapa zawirowała, po czym zniknęli. Pojawili się w norze podobnej do tej, z której przybyli, tylko bardziej zakurzonej. Wyszli na zewnątrz, otaczały ich rozległe polany pokryte złocistymi kwiatami. Ani śladu cywilizacji.
– Udało się, udało! – zatańczył radośnie Krasnolud, po czym przyłączyły się do niego dziewczynki, a razem z nimi reszta krasnoludzkiej rodziny. Tańczyli i skakali, śpiewając radośnie. Gdy się zmęczyli, wrócili za pomocą magicznej mapy spowrotem do nory Edwarda i rozpoczęli pakowanie. Przeprowadzka tej niezwykłej rodziny kosztowała dziewczynki mnóstwo wysiłku oraz latania w tę i spowrotem. Urządzanie nory pochłonęło całą ich energię, dzień minął w mgnieniu oka, ale bawiły się świetnie. Kiedy towarzystwo zabrało się za podwieczorek, Karina spojrzała na chylące się ku zachodowi słońce. Pora wracać nim Mama zacznie się martwić. Pożegnały się, obiecując odwiedziny niebawem. Ania wróciła do domu, a siostry do rodziców, z sporym zapasem zupy z korzenia.
– Zobacz mamo, co mamy! – chciały się pochwalić. Mama powąchała podarunek i krzywiąc się, wylała go do zlewu.
– Dziewczynki, kałuże jako podarunek z dalekiej wyprawy, no wiecie wy co – zażartowała. Zupa straciła swoją magię po opuszczeniu zielonych wzgórz.
– Mama nie wie co traci będąc dorosłą – zawołała Ala do Kariny i zaczęły chichotać. Po wejściu do pokoju dodała:
– No i gdzie teraz są Krasnoludy, kiedy trzeba posprzątać NASZ bałagan?

Wciąż żartując i wspominając przygody w Thornton, udały się do łóżek, aby odpocząć. Rozmyślając o prezentach, jakie przywiozą rodzinie Edwarda podczas kolejnych odwiedzin, zasnęły. Kolejnego poranka czekała je pobudka dość wcześnie, dzieci bowiem nie lubią spać zbyt długo, szczególnie jeśli niecierpliwią się, co ta szalona mapa zgotuje im tym razem…

 

Bajki Klubowiczek można przeczytać tutaj.

81. Pamiętniki Emigrantów – Lecę, Bo Chcę!

Niekoniecznie jednak, bo życie jest złe.

Dzisiejszy wpis to spojrzenie na stereotyp zapłakanego emigranta na zmywaku oczami samych emigrantów. Klub Polki Na Obczyźnie otrzymał bowiem niedawno mejla, w którym okazano nam wyrazy współczucia ze względu na to, że przebywamy poza ojczyzną. Stwierdzenie to kłóci się z naszym spojrzeniem na emigrację, gdyż znakomita większość Klubowiczów czuje się zagranico spełniona, niemniej jednak udowadnia, że starsze pokolenie wciąż uważa, iż emigracja to skazanie, kara wieczna za życia i niekończąca się rozpacz.

Internetowicze zaś uważają emigrację za życiową porażkę, nieumiejętność radzenia sobie u siebie, pójście na łatwiznę, głupotę w wyborze kierunku studiów – można wyczytać to i milion innych wypowiedzi, głównie pogardliwych, które za każdym razem sprawiają, że zastanawiam się, czy my napewno rozmawiamy o tej samej emigracji.

Postanowiłam zapytać o opinię członków (członkinie i rodzynka) Klubu Polek. Na podstawie ich wypowiedzi powstaje dzisiejszy wpis. Do dzieła więc!

Jak słusznie zauważył Piotr (autor bloga Peregrino) – Wynika to często z przynależności do pokolenia, kiedy ludzie emigrowali z powodów politycznych po wojnie. Wcześniej, u Sienkiewicza w Latarniku podobny motyw banicji… W Teksasie na przykład jest sporo śladów polskich osadników z 19 wieku którzy przybyli tu uciekając od głodu i prześladowań … Wtedy to była podróż na całe życie, nigdy więcej już nie zobaczyli Ojczyzny ani bliskich tam pozostawionych. Takie były czasy, a my mamy dużo łatwiej.


Podobne odczucia ma Sylvia : Odnośnie odczuć starszych pokoleń – gdy przebywałam za granicą moja babcia przepłakiwała sporo nocy, martwiąc się jak ciężki los wybrałam. Gdy przyjeżdżałam w odwiedziny chciała mi pakować słoiki z przetworami, jajka itp. oraz pocieszała, żebym się nie martwiła i na pewno kiedyś wrócę. Ma to niezwykły urok, ale bardziej pokazuje jak źle odbiera ona taki wyjazd. Z moimi rodzicami już jest zupełnie inaczej. Od liceum tata mnie wypychał za granicę, a od zawsze (od podstawówki) kładł duży nacisk żebyśmy (ja i moje rodzeństwo) uczyli się języków obcych. Był trochę rozczarowany, gdy wybrałam studia w PL, a gdy się dowiedział, że chcę wyjechać, powiedział „no wreszcie!”. Nie chciał pozbyć się mnie z domu, uważa tylko, że studia i praca za granicą dają większe możliwości i stabilniejsze życie. A dowodem na to, że baaardzo tęsknił jest np. to, że mimo strachu do podróży lotniczych przyleciał mnie odwiedzić… Dla mnie zaś w pewnym momencie podróże samolotem do PL były jak podróż autobusem – mała torebka, spakowana jak co dzień.

Wszędzie jak u siebie

Gosia z bloga Rodzynki Sułtańskie opisała swoją emigrację w ten sposób: Generalnie ja uważam się za szczęśliwą i spełnioną. Dla mnie emigracja jest po prostu jednym z wyborów, których mogę dokonywać w życiu. Mogłam studiować w Zielonej Górze albo we Wrocławiu, mogę mieszkać w Krakowie albo w Stambule. Według mnie to jedna z możliwości, z których niektórzy korzystają. Nie czułabym się „przegrana”, gdybym z jakiegoś powodu wróciła do Polski lub zmieniła kraj – wręcz przeciwnie, byłabym podekscytowana nową możliwością i zmianą. Poza tym mieszkam w Turcji, pracuję jako freelancer dla polskich firm, mam znajomych z całego świata, moja najbliższa przyjaciółka – Polka – mieszka w Rumunii i w tym roku wychodzi za mąż za Nigeryjczyka. Ci, którzy mówią, że świat się skurczył, kłamią. Po prostu my jesteśmy bliżej świata i mamy więcej możliwości. Na mój komentarz, że mam podobnie oraz że po tygodniu wszędzie czuję się jak u siebie, dodała:  Dokładnie, to mało patriotyczne, ale to chyba kwestia osobowości, niektórzy lubią zmiany (i fajnie), inni wolą zapuszczać korzenie (i też fajnie) – byle odkryć, co komu sprawia radość.

Agata, autorka bloga Tur Tur , również przebywająca w Turcji, dodała : Jest Internet, to też ma ogromne znaczenie. Na początku moich zagranicznych pobytów oszczędzałam każde euro żeby iść do Internet Cafe raz na tydzien i zdać rodzinie relację, sprawdzić maile. Teraz rodzinę mamy w komórce na skype… to jest niesamowite ułatwienie. Tak to można żyć 🙂 Teraz mam więcej wspólnego i bardziej na bieżąco jestem z moimi przyjaciółmi w Polsce, z którymi wspólnie rywalizujemy na Endomondo 🙂 , niż ze znajomymi w Turcji. Wtedy, w tamtych czasach, faktycznie tęsknotę za domem i znajomymi odczuwało się bardzo mocno i po powrocie do Polski bardzo brakowało niemal wszystkiego, trafiało się w taką „dziurę” bo nie było się na bieżąco z tym o czym się w PL mówi, czego się słucha, kto wygrał na Eurowizji, kto wygrał wybory i tak dalej 😉 Wszystko było obce; zanim się człowiek przestawił i zapoznał z tymi wiadomościami znów mijało kilka tygodni takiego polskiego „szoku kulturowego”. Kiedy zaczynałam już mieszkać w Turcji na stałe coraz częściej udawało się łapać gdzieś wifi w laptopie, pamiętam jak chodziłam do mcdonalda korzystać z sieci :)) – bo jakkolwiek za granicą układa się nowe życie, to jednak ja nie bardzo miałam ochotę to robić i bardzo było mi brak moich bliskich i mojego polskiego „klimatu”. A z czasem im to wszystko stało się łatwiejsze, tym tęsknota zmalała. Teraz każdy z nas ma smartfona a moja mama specjalnie nauczyła się korzystać z internetu, skype’a, żeby móc kontaktować się ze mną (pewnie wiele z nas to zna 🙂 ) W domu i w pracy mam Internet, każdą nawet największą głupotę mogę omówić kompletnie za darmo z rodziną i przyjaciółmi i ten kontakt między nami jest zachowany. Co ciekawe, wciąż mam większe poczucie bliskości z moimi polskimi znajomymi, z którymi łączy mnie podobne poczucie humoru, zainteresowania, no i ileś tam lat znajomości, niż z nowo poznanymi znajomymi w Turcji. Jeśli chcemy o czymś pogadać ustawiamy sobie po prostu rozmowę grupową. Może trudno się zaprzyjaźniam (to na pewno), ale też mam to poczucie, że ci „moi” gdzieś tam na facebooku czy skype są, więc nie odczuwam potrzeby szukania nowych przyjaźni za wszelką cenę, nie czuję się samotna. Tak już chyba będzie, że w Turcji mam pracę i faceta mojego życia 😉 a w Polsce mam rodzinę i przyjaciół. Zaczęłam to traktować jako normalne. Tanieją też loty, więc coraz łatwiej jest poruszać się pomiędzy krajami, bez jakichś większych poświęceń.

Nie moje klimaty

Są też tacy, którzy nie odnajdywali się w polskim klimacie życia codziennego. Pewne cechy i zachowania społeczeństwa były dla nich nie do przeskoczenia, ulgę znaleźli dopiero na emigracji. Przykładem jest Xiaoai z bloga Biały Mały Tajfun – W Polsce byłam jedną z najlepszych na studiach, przykładałam się do pracy itd. ale nie stać mnie było, żeby np wyrzucić jedzenie, jeśli mi się niechcący przypaliło. Ani za czasu studiów, ani później w pracy. Nie pasowałam też do różnych grup ludzi, bo nie bardzo mogłam być sobą. Zawsze ktoś czegoś ode mnie żądał, jakiejś deklaracji, jakiegoś wspólnego wroga, jakiegoś narzekania. Teraz zarabiam tyle, że mnie stać na wyrzucenie nieświeżego jedzenia, mogę jeździć na wycieczki a i „wyrzucić pieniądze w błoto”, czyli wydać na coś nie-niezbędnego mi się zdarzy. W dodatku zarabiam tak, będąc całkiem przeciętnym pracownikiem. Czyli: żeby żyć godnie nie muszę być geniuszem. Ale poza sferą materialną jest jeszcze ta druga, ważniejsza: jestem wolna. To, co sądzę, co myślę, nie jest powodem do upupiania. Jeśli jestem w czymś lepsza, to patrzy się na mnie z szacunkiem, a jeśli gorsza – znajduje się zawsze grono chętne do pomocy. Zupełnie, jakbym żyła między ludźmi, a nie między małpami!

Emigracja kusi często nie tylko zarobkami, ale też… pogodą. Izabela, autorka bloga Isia’s World twierdzi, że jest bardzo zadowolona z tego, że wyjechała z Polski. Jestem zmarzluchem i nasza Polska pogoda nigdy mi nie odpowiadała, teraz czuje się super. Ciągle mam słońce i ciepło, nie ma deszczu, szarości, zimna, śniegu, wszystkiego tego, czego w Polsce nie znosiłam. Nie mogłam normalnie funkcjonować, bo ciągle miałam ochotę siedzieć pod kocem. Owszem, w lecie bywa teraz trochę za gorąco, ale to trwa tylko dwa miesiące i jest zdecydowanie lepiej znośne niż Polska zima. Pozatym nie spotykam się z taką ilością narzekających ludzi, sama też mniej narzekam niż w Polsce. Polacy lubią się zamartwiać, świadczy o tym np. to że kochają oglądać wiadomości, w których pokazywane są kroniki wypadków, wszystkie chyba nieszczęścia świata, terroryzm itd. Ja tego w Zatoce Perskiej nie zauważyłam. Chyba tutaj ludzie nie ekscytują się całym złem tego świata, ja nawet nie mam telewizora. No i ostatnia rzeczy, chyba najważniejsza i kluczowy powód emigracji – oczywiście finanse i kwestie zatrudnienia. Polacy podobno nie lubią, boją się i w ogóle o pieniądzach nie rozmawiają. Nie powiem nic odkrywczego, w Dubaju pod względem finansowym jest… No nie wiem… pięć, sześć, siedem (?) razy lepiej. W związku z tym poziom życia jest nieporównywalnie wyższy.

Druga strona medalu

Nie każdy jednak sobie emigrację oswoił, z różnych powodów. Pisze o nich AgnieszkaWiem, że pewnie dziewczyny wypowiadają się, jak fajnie jest na emigracji, ale jest też druga strona medalu. Na samym początku zaznaczę, że wyjechałam i miało być super. Nie jest źle, mogłoby być dużo gorzej i na pewno nie wrócę w najbliższej przyszłości do Polski, ale nie jest różowo.  Wyjechałam 10 lat temu z jednej strony do faceta, z drugiej robić doktorat. Takie dwa w jednym… O ile facet przekształcił się w Męża, o tyle z doktoratu nie wyszło nic. Wyjeżdżając zrezygnowałam z pracy w zawodzie, zamiast robić karierę urbanisty. Na miejscu rzeczywistość okazała się taka, że zamiast stać się kimś, kto zarabia dużo, bo się zna, zostałam kurą domową. Mając ukończone studia wyższe i podyplomowe w Polsce, w Finlandii miałam zaledwie magistra z dziedziny nikomu nie potrzebnej. Znałam prawo polskie, ale nie fińskie. Znałam języki, ale nie ten, który obowiązuje tutaj, więc w praktyce okazało się, że jestem niezatrudnialna.  Tak więc mamy na razie brak możliwości pracy, bo nie znam języka i nie znam prawa kraju, w którym jestem. Do tego dochodzą jeszcze różnice kulturowe, czyli zimni Finowie, którzy nikogo nie potrzebują i sądzą, że inni też są samowystarczalni. W ten sposób nie udało mi się skończyć doktoratu, bo bez pomocy promotora jest to nieco trudne 🙂  Zmiana kraju na Szwecję też nie pomogła na moją sytuację. O ile Mąż miał się świetnie, praca na uczelni wśród anglojęzycznych i znajomość szwedzkiego, o tyle ja musiałam się uczyć nowego języka i znowu okazałam się być niepotrzebna. Jedyna praca, jaką znalazłam to sprzątanie domów, bo wielu chciało mieć sprzątającą doktorantkę, z którą można poćwiczyć angielski… Potem ciąża i dziecko, które też nie mówi po szwedzku. Opieka zdrowotna super, dofinansowania na dziecko ok, przedszkole za pół darmo – nie narzekam. Ale z drugiej strony, koledzy w przedszkolu często się zmieniali, bo wybraliśmy anglojęzyczne przy uniwersytecie, więc większość to studenci wymienni i pracownicy tymczasowi. Przyjaźni nie udało nam się nawiązać wśród Szwedów, bo oni mają już swoich znajomych i nie potrzebują nowych (taki typ ludzi). Tak więc znowu samotność, niezatrudnialność i tylko my ze sobą.
Powrót do Finlandii, bo wydawało nam się, ze tu było jednak lepiej – błąd. Tu jest tak samo, albo jeszcze gorzej, więc uciekamy. Po drodze była Holandia, ale tam akurat było nam zimno, a ludzie gdy słyszeli, że jesteśmy z Polski to spluwali nam pod nogi – nie wiem czemu.  To tyle, jeśli chodzi o czarne strony emigracji.  Z jasnych przeżyć – wspaniale jest móc żyć po swojemu, nawet z jednej pensji i nieco biednie. Super jest zwiedzać, oglądać, poznawać kulturę, choćby nie chciała cię przyjąć pod swoje skrzydła. Dobrze jest mieć możliwość pójścia do lekarza z dnia na dzień, albo w ciągu tygodnia, nawet jeśli muszę za to zapłacić. Fajnie jest rodzić po ludzku i mieć świadomość, że ktoś się opiekuje moim dzieckiem, żeby mu się krzywda nie stała (nie wiem czy przeżyłaby te 5 lat, gdyby nie szwedzka służba zdrowia…). Dobrze jest móc kupić do jedzenia co się chce, mimo drożyzny potwornej. Ale mam wybór i mogę jeść zdrowo albo nietypowo. Mogę iść do restauracji tajskiej, nepalskiej, indyjskiej, hiszpańskiej, gruzińskiej itd., bo są, a w Polsce jak wyjeżdżałam to nie było nawet takiej wizji Widzę, że starsi ludzie żyją godnie, i dobija mnie świadomość, że moi rodzice niestety nie mają takich warunków. I nauczyłam się walczyć o swoje i o dzieckowe, bo mimo wszystko coś nam się należy. Nauczyłam się, że nie mogę polegać na innych, bo nikt mi nie pomoże. Tak zwane fińskie sisu (dzięki, Finlandio!). Sama znalazłam pracę, co prawda w Czechach i Polsce, ale mogę ją wykonywać zdalnie więc jakieś grosze dostaję. Sama kłócę się z lekarzami, wychowawcami córki, nauczycielami na studiach, bo wiem, że nikt tego za mnie nie zrobi. A jeśli nie potraktują mnie jak głupią, to mogę powiedzieć, że nie wiedziałam, bo ja nie stąd.

Samopoczucie emigranta

Agnieszka : Czy czuję się jak na wygnaniu? Nie, bo zawsze mogę wrócić. Nie chcę, ale mogę. Czy żałuję, że wyjechałam? Trochę tak, ale nie że wyjechałam, tylko że nie wiedziałam co mnie tu czeka. Żałuję, że nikt mi nie powiedział, żebym najpierw poznała język, kulturę czy ludzi, a potem pchała się do Finlandii. Ta wiedza procentuje teraz moim strachem przed następnymi przeprowadzkami. Boję się, że gdzieś indziej będzie tak samo. Że znowu będziemy wyobcowani, że znowu będziemy zaczynać od zera, że znowu nie będzie pracy. Nauczyłam się być ostrożna, a wręcz przewrażliwiona na punkcie przyszłości. A to nie jest dobra lekcja, bo teraz boję się próbować nowego.

AgataDla mnie wyjazd był zmianą środowiska na zasadzie grubej kreski i próby samodzielnego stanięcia na własnych nogach. Przypadkiem akurat trafiłam do Turcji bo tu była oferta pracy. Najpierw sezonowo (w turystyce), więc miałam poczucie że uciekam tylko na kilka miesięcy. To jest też ważne, bo często emigracja nie jest od razu „na zawsze” tylko zaczyna się tak jak u mnie, od kilkumiesięcznych wyjazdów.Trafiłam samiuteńka do obcego kraju o którym nie wiedziałam nic i poradziłam sobie. Więc zachęciło mnie to do drążenia tematu, stania się profesjonalistką. Był już jakiś cel w życiu, była nowa pasja która dodała mi skrzydeł i wcale wtedy nie wiedziałam ile mogę na tym zarobić – nie chodziło o to, tylko raczej o to żeby znaleźć sens życia, pracę którą się pokocha, stanąć na nogi. Próbowałam wtedy zakotwiczyć się jednak w Polsce, bo nigdy nie chciałam mieszkać za granicą, ale już ten „wirus” mnie zaczął pokonywać, i po paru miesiącach pracy na etacie w Polsce jednak nie wytrzymałam i pojechałam kolejny raz. I tak było coraz częściej, coraz dłużej, osiągałam kolejne stopnie w turystyce, w biurach podróży. W którymś momencie poznałam mojego faceta i też było to dodatkowym argumentem. A potem już coraz trudniej jest wrócić, bo w Turcji wyrobiłam sobie markę specjalistki, miałam znanego bloga, przy boku dobrą, zaufaną osobę w formie życiowego partnera, no i zarobki powolutku zaczęły rosnąć. Potem wspólnie otworzyliśmy naszą firmę, która można powiedzieć jest ukonorowaniem tego, co robiłam dotąd w Turcji. Więc wcale to nie jest tak, że emigracja to element jakiegoś założonego planu, w moim przypadku, i jestem pewna że nie tylko moim – zaczyna się od banalnej ucieczki od… – albo raczej do – nowego życia! I potem wchodzisz w to coraz głębiej i głębiej, przyzwyczajasz się do tego życia na walizkach, dodatkowo jak się od zawsze uwielbiało tułaczkę i podróże, to koniec 😉 Owszem, nie było lekko, ale na to emigrując człowiek jest (musi być) przygotowany, nie każdego psychicznie stać na to by wszystko za sobą zostawić i codziennie stąpać po nowym gruncie. Dlatego w sumie dla mnie po latach fakt wyjazdu jest powodem do dumy, świadczy o tym że nie jestem tak słaba jak kiedyś myślałam; że jestem mocniejsza i bardziej odporna, bo przecież za granicą może zdarzyć się tyle nieprzewidzianych wcześniej rzeczy! A jednak dajesz radę.
Czarne strony? – Na marginesie najgorsze doświadczenia i największy kłopot to od samego początku niestety inni Polacy (a dokładniej inne Polki) – zazdrość, zawiść, konkurencja, podkopywanie pod sobą dołków, trzymanie się w grupach wzajemnej adoracji. Jeśli miałabym podać największy minus emigracji to dla mnie jest to właśnie to. Może miałam pecha, ale – niestety.

Agness Na ObczyźnieUwielbiam Wielką Brytanię, kulturę, język, różnorodność, możliwości i teraz już nawet pogoda mi nie przeszkadza. Na tą chwilę nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej z różnych względów. Moim zdaniem kluczem do bycia szczęśliwym emigrantem jest akceptacja rzeczywistości, a jeżeli nie potrafimy tego zrobić, to znaczy, że powinniśmy coś zmienić.

GabiWyjechać chciałam od zawsze i mimo, że w Szwecji nie czuję się jeszcze „jak w domu” i długi proces aklimatyzacji przede mną, to traktuję to wszystko jako świetną przygodę, niesamowitą lekcję i staram się czerpać z tej przygody pełnymi garściami. 

Olga, autorka bloga Turkusowa KropkaWyjechałam, bo razem z mężem nie chcieliśmy siedzieć w Polsce bez pracy. Chcieliśmy także poznać coś nowego, uczyć się języków obcych. Gdy wyjeżdżałam, byłam akurat we wczesnej ciąży, więc stres dodatkowy. Niestety ta ciąża nie skończyła się dobrze, ale to nie o to chodzi. W sumie mieszkaliśmy na Węgrzech ponad 2 lata i bardzo miło wspominamy ten czas. Dużo się nauczyliśmy, zdobyliśmy doświadczenie zawodowe i mamy teraz upragnionego synka. Budapeszt stał się dla mnie drugim domem i zostałabym tam, gdyby nie tęsknota męża do jego rodziny. Chciał ich częściej widywać, a że w zasadzie on jest jedynym mężczyzną w rodzinie, nie chciał ich zostawiać samych. Po tym czasie spędzonym na Węgrzech wiem, że nie jest dla mnie ważne, gdzie będę żyć. Ważne żeby tam był mój mąż i synek. Emigracja nigdy nie była dla mnie niczym ciężkim. Wręcz przeciwnie. To było bardzo przyjemne doświadczenie.

Trailing spouse – wyjazd za partnerem

Ola: Wydaje mi się, że troszkę łatwiej jest tym, którzy przeprowadzają się do swojej ,,drugiej połówki” – jeżeli oboje jesteście emigrantami, początek jest nie lada wyzwaniem.
W moim przypadku mąż wyemigrował pierwszy, ja z córkami dołączyłam po 6 latach. Przez pierwsze pół roku faktycznie wykonywałam takie prace, których nikt z tubylców nie chciał wykonywać- sprzątałam w hotelu. Jednak parłam do tego aby móc wykonywać swój zawód (pielęgniarka operacyjna). Powtarzałam jak jakąś mantrę ,, jak nie będę mogła pracować w szpitalu na bloku operacyjnym to ja tutaj nie zostanę”. I udało się, najpierw dostać pracę w szpitalu, a potem na bloku. Może komuś wydawać się to proste no bo przecież j.angielski w tych czasach jest powszechny i prawie wszyscy się nim posługują. Ale ja niestety jestem z pokolenia gdzie w szkole uczono języka rosyjskiego a na dodatek na Cyprze obowiązuje język grecki. Tylko ja wiem ile mnie to kosztowało aby nauczyć się 2 języków obcych ( przy okazji nauczyłam się 3 – bułgarskiego) i w tzw. międzyczasie nie przerywając pracy ukończyć studia w Polsce ( 2 lata bez urlopu i dnia wolnego).
Teraz jednak czuję się spełniona, wykonuję pracę którą kocham i bez której nie mogłabym żyć.

Renata: Byłam trailing spouse, ale nie wyszło, tak widocznie musiało być. Odnośnie pracy nie mogę narzekać, choć na początku miałam sporą barierę jezykową. Mimo to świetnie sobie radziłam w szpitalu, byłam respektowana etc, ale to wszystko dzięki własnej ciężkiej pracy. Myślę też, że my, polskie pielegniarki, mamy dużo lepsze przygotowanie do zawodu. Co tutaj daleko szukać, czas nauki w Polsce jest dwa razy dluższy niż we Francji.

Agnieszka z bloga A. Na ObczyźnieMoja emigracja zaczęła się właśnie od tzw trailing spouse. Zostawiłam w Polsce wszystko i ślepo zakochana podążyłam do Anglii za moim ówczesnym facetem. Później jednak okazało się, że nie była to miłość mojego życia i rozstaliśmy się po prawie 6 latach. Niedługo po tym zaczęłam się spotykać z moim JD, który mimo, że pochodzi z tego samego miasta w Polsce, co ja, to poznaliśmy się w Readingu (to się nazywa przeznaczenie!). Od wielu lat pracuję jako customer service co-ordinator w niewielkiej firmie sprzedającej biżuterię i mimo, że większość moich współpracowników jest Brytyjczykami, nigdy nie czułam się tam gorsza, wręcz przeciwnie, jesteśmy prawie jak rodzina. Poza tym mój pracodawca płaci mi za różne kursy doszkalające i nie zamyka przede mną żadnych drzwi- wiem, że mam jeszcze dużo możliwości na rozwój w firmie.  Mój partner pracuje w dużo większej firmie, jakieś 200/300 osób, z czego to też większość Anglicy, a w ubiegłym roku został wybrany pracownikiem roku. Jest nam tu dobrze i oboje jesteśmy doceniani w swoich pracach. Wiadomo, że tęsknota jest i zawsze będzie, ale nie jest to tęsknota uniemożliwiająca normalne funkcjonowanie, wpędzająca w depresję. Po prostu trzeba się ze wszystkim pogodzić i zaakceptować, a wtedy nawet wynajmowane mieszkanie może być naszym domem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ja tak właśnie mam.

Gabi: Ja w sumie w Szwecji siedzę teraz pół roku i wcześniej pół roku na studiach, to może nie aż tak dużo, by się tych przemyśleń nie wiadomo ile nazbierało… Ale ja wyjechałam z założenia „na dłużej lub na stałe”, do faceta, po tej chłodniejszej stronie Bałtyku. W Warszawie skończyłam wcześniej 2 magisterki, pracowałam w banku i rozglądałam się za inną pracą – proponowali mi nawet naprawdę przyzwoite stawki. W Polsce mogłabym pracować normalnie, w Szwecji musiałam zacząć od stażu, bo bez znajomości języka nie mogłam znaleźć dobrej pracy. Ale na stażu mam pensję pozwalającą mi na więcej niż płaca za etat w Warszawie. W końcu mogę być nie tylko bliżej faceta, którego kocham, ale mogłam sobie finansowo pozwolić na poznanie jego rodziny za oceanem. Mam świetne międzynarodowe środowisko w pracy, w pół roku nauczyłam się niesamowicie dużo. Mam przeogromną nadzieję, że po skończonym stażu zaoferują mi pracę w firmie, ale jak w Sztokholmie się nie uda, świat stoi otworem, we dwójkę damy sobie radę wszedzie. Moja rodzina, choć bardzo za mną tęskni, wspiera mnie na każdym kroku (choć pewnie woleliby mnie bliżej). Wszyscy przyjaciele kibicują mi cały czas, uważają, że zdecydowałam się na odważny krok, twierdzą, że mnie za to podziwiają (pewnie przesadzają :P) – bądź co bądź, reakcje otoczenia były tylko i wyłącznie pozytywne. Nawet szef, któremu złożyłam wypowiedzenie, stwierdził że sam by się już nie odważył, bo żona i dzieci, ale że na moim miejscu zrobiłby to samo!

Jak sami widzicie – nie takie z nas, emigrantów, nieuki i życiowe niedojdy, jak by tego chciano w Internetach. Polacy za granicą spełniają czesto marzenia, których nie spełnili w Polsce, pracują w swoich zawodach, za lepsze pieniądze. Polak tak naprawdę nieczęsto już równa się z osobą harującą na przysłowiowym zmywaku. Proszę wszystkich przeciwników emigracji głoszących o braku patriotyzmu o przyjęcie tego faktu na klatę 🙂

Zachęcam do zajrzenia na klubowe blogi w poszukiwaniu ich rozwinięcia tematu:

*Zapiski szwedzkie*   *Peregrino*  *Dziewczyna Podróżująca*   *W Krainie Deszczowców*  *Hemma hos Johanssons*  *Agness Na Obczyźnie*

 

 

67. Po czym poznać, że stajesz się Starym Wyspiarzem.

1. Zajadasz się chipsami o smaku soli i octu, dodajesz ocet do frytek. Zdziwionym nowoprzyjezdnym tłumaczysz, machając ręką – Na początku też go nie lubiłem…

Level hard: Chip Butty (bułka z frytkami) już nie jest dla Ciebie dziwactwem, teraz jest przekąską.

2. Pojęcie złej pogody przestaje istnieć. Chodzisz w krótkim rękawku w pięć stopni, bo nie pada. Nie używasz parasola przy kapuśniaczku, bo deszczem nazywasz dopiero tzw „urwanie chmury”. W zimę chodzisz w klapkach.

Level hard: Po śniegu też.

3. Nie dostosowujesz ubioru do pogody nigdy – to pogoda ma się dostosować do Ciebie. Jak chcesz założyć modną kurtkę to zakładasz niezależnie od tego czy na zewnątrz jest dwadzieścia stopni czy też pada śnieg.

Level hard: Zasilasz armię ludzi noszących kozaki z kożuchem latem.

4. Nie pracujesz więcej niż trzy dni w tygodniu, bo „królowa i tak ci dopłaci więc przy pełnym etacie pracy wyjdziesz na te same pieniądze”.

Level hard: W tym samym czasie narzekasz, że zasiłkowcy żyją z Twoich – jakże ogromnych – podatków.

5. Masz trzy półgodzinne przerwy w pracy nie wliczając w to dwóch przerw na herbatki.

Level hard: pracujesz powoli i nie podniesiesz papierka, który spadł pod biurko, bo „nie masz na to kwalifikacji”. Robisz tak by się nie narobić i dołączasz do grona Anglików dziwiących się po co Polacy robią za trzech, wzbudzając tym samym nienawiść rodaków, którzy nienawidzą Cię, bo im nie ułatwisz (ale sami narzucają sobie tempo).

6. Nie pijesz już herbaty z cytryną. Pijesz tylko z mlekiem. A raczej mleko z odrobiną herbaty.

Level hard : Twoje drugie śniadanie to tea and biscuits. Bawarka i moczone w niej herbatniki. I ciastka czekoladowe. I delicje.

7.  Interesujesz się samopoczuciem księżnej Kate i kolorem kupy HM. Her Majesty. Jej Wysokości.

Level hard: Przestajesz widzieć w tym coś dziwnego. Dołączasz też do grupy udającej że królowa jest niezwykła i oryginalna, choć jako jedyna w całym kraju nosi kreacje z lat 50tych i nie interesuje jej kto co o tym myśli. Każda inna osoba byłaby dziwakiem, ale królowa jest elegancka. Jak to podsumował The Sun porównując zdjęcia gwiazd oraz królowej bez włosów – „Jej Wysokość nawet bez włosów wyglądałaby dostojnie”. I Ty się z tym zgadzasz. Naprawdę.

8. Wyjście z domu jak z łóżka – w piżamie, nie myjąc nawet twarzy a cóż dopiero czesząc włosy – to dla Ciebie normalka. Do sklepu, szkoły, miasta.

Level hard: nosisz dres jako strój wyjściowy. Zawsze. Nagle też złoto-rudy lub zbyt żółty blond wydaje się być fajnym kolorem włosów. Z taką czupryną i w dresie już nikt nie pomyśli, że nie jesteś Angielką.

9. Nie pamiętasz kiedy ostatnio gotowałeś, bo i po co. Ajsland sprzedaje po dwa funty mrożonego upieczonego indyka z warzywami, dania hinduskie, włoskie i chińskie też. 15 minut w piekarniku i po sprawie.

Level hard: Tyjesz, nie wiążesz tego faktu z jedzeniem gotowców i nie przestajesz ich jeść. Bo na opakowaniu pisało „Twoja 1 z 5 porcji warzyw na dzień”, to przecież jest zdrowe.

10. Masz takie żarty, że rodacy przewracają oczami, myśląc o tym, u którego dilera się zaopatrujesz, co by go ominąć. Anglicy zrywają boki i klepią Cię po plecach.

11. Pozywasz wszystkich o wszystko i nieustannie piszesz skargi. Bo burger w MC był zimny, zamek w nowej kurtce się zacina, a pierścionek po roku noszenia jest brudny. Przecież każdy Anglik wie, że skarżąc dostaje się coś za darmo!

12. Przechodząc przez ulicę przestajesz wpadać pod samochód, bo wreszcie patrzysz w dobrą stronę.

13. Przestałeś się bać kierowców autobusów i wściekać na taksówkarzy, którzy nigdy nie wiedzą gdzie jest miejsce, w które chcesz się udać.

A ile Ty masz w sobie z Anglika? 🙂

***

Gorąco polecam wpisy pozostałych Klubowiczek z tej nieoficjalnej serii: 
TurcjaIndonezjaChinyHolandia, UK, Szwecja, Malezja