177.Co moje to moje, co twoje – już niedługo

Dzień z życia Basi cz I

Basia wraz z rodziną mieli sytuację kłopotliwą, w której to właściciel mieszkania, po zobaczeniu jak je wyremontowali, postanowił się ich pozbyć, by mógł tam zamieszkać ktoś z jego rodziny. Wyprowadzić należało się już i zaraz, niebardzo było dokąd, w związku z czym z pomocą przyszedł urząd miasta i mieszkanie Basiowej rodzinie przyznano dość szybko. Szczęśliwi, że poszło gładko i nie trzeba będzie nocować na ulicy, pojechali je obejrzeć.

Miejsce docelowe

Pojawili się o czasie, pełni entuzjazmu, pod wskazanym adresem. Domki ładne, choć nieco babciny układ okien, jak stwierdziła Basia, i tych kwiatków spod parapetu trzeba się pozbyć. Pochodziła, porozglądała się po ogródku, zapukała. Zdążyła przyjrzeć się tapetom w salonie, jeszcze z ogrodu, planując generalne odświeżenie. Drzwi otworzyła kobieta z zaskoczonym wyrazem twarzy.

– Ja tu przyszłam mieszkanie oglądać – wyjaśniła Basia

– To chyba pomyłka, bo ja tu mieszkam.

– Nie nie, od jutra ja tu mieszkam. Przyznano mi dzisiaj. Pokaż mieszkanie.

– Chyba żartujesz. Nigdzie się nie wyprowadzam!

– Wyprowadzasz! To mój dom, rozumiesz! Lepiej się pakuj, bo ja się tu jutro wprowadzam!

– Wynocha!

Drzwi zatrzaśnięto. ‚Świetnie, jakaś ćpunka tu mieszka i będę mieszkać na ulicy nim załatwią eksmisję’ – wściekała się Basia, dzwoniąc w międzyczasie do urzędu miasta.

– Halo, no tak, więc przyznano mi mieszkanie, jestem pod podanym adresem, jakaś wariatka twierdzi że tu mieszka i się nie wynosi. Oszaleję, gdzie ja będę mieszkać?

– Niemożliwe, nasza agentka nie zastała pani na miejscu i wróciła do biura.

– No mówię panu, że byłam tu przed czasem i nikogo nie było.

-Oooh. Nastąpiła pomyłka. Powinna pani być 100 numerów dalej, wysłaliśmy pani zły numer domu.

– Żartujecie sobie chyba. To co ja mam teraz zrobić? Ja się tej kobiecie kazałam wyprowadzać!

– Cóż powiem, jak najszybciej zniknąć z jej ogródka i udać się pod dobry adres, wyślemy kogoś.

Na szczęście 100 numerów dalej okazało się wystarczająco daleko, by z sąsiadką nie stanąć już więcej twarzą w twarz.

***

Kasia & Abdul cz I

– Ten Abdul, co mu dałam kosza, to jakiś psychol. Chyba gej. Ty zobacz co on ma na fejsie napisane?

– Co niby ma?

– No to po jego imieniu. ‚Facet dla ciebie’.

– Kasiaaa… (facepalm) Tam pisze Man U. To skrót od Manchester United, jest ich fanem, nawet ma zdjęcie pod stadionem…

– Żartujesz! A ja go przez to rzuciłam!

***

Notatka od autorki: zarówno Basia ani Kasia nie zażywają narkotyków/nie palą trawy. Just saying.

Reklamy

174. Z pamiętnika Bridżet Hidżabi

9:15

Niedziela, dzień idealny na poszukiwania kandydata na męża. Niech nie zabrzmi to nijak desperacko, punkt pierwszy: zaprawdę powiadam, że sama jestem od niemalże roku, punkt drugi, w stylu życia, który sobie obrałam, nie ma miejsca na narzeczeństwo i ja, o dziwo, absolutnie się z tym zgadzam. Zgodziłam się też na podróż pociągiem, by kandydata przybyłego z Londynu spotkać w miejscu ciekawszym niż to, w którym mieszkam. Czuję się czasem trochę jak stara panna pod presją wydania, z tym że to nie rodzina próbuje się mnie pozbyć, a ja sama. Z powodów nieco innych niż rzyganie tęczą, o tym jednak innym razem. Raczej w przestrzeni mniej publicznej. To nieprawda, że każda kobieta potrzebuje faceta by czuć się dobrze sama ze sobą. Powodem może być też czysta biologia w wersji dozwolonej, ale ciii. Nie będzie kontrowersji i fajerwerków już od pierwszej upublicznionej kartki pamiętnika.

11:05

Dom nie może być tam, gdzie automatyczne połączenie z wifi. Gdyby tak było, moim domem byłby każdy skrawek każdego miasta, pomimo zaleceń operatora, twórców aplikacji bankowej i mojej matki też. Łączy mnie wszędzie, a jednak bycie na peronie lub w pociągu nie wzbudza we mnie nostalgicznego poczucia przynależności. Tak się tylko tłumaczę, na wypadek gdyby czytali mnie jacyś miłośnicy pojęcia dom.

11:30

Kupiłam bilet, książkę i mentosy. Całość wyszła mnie £7. Miałam fobię dostania się na peron, a lęki tego typu miewam zawsze, jeśli przez długi czas nie miałam z czymś doczynienia. Poszło jednak gładko, zapominam zbyt często, że w tym kraju wszystko jest dostosowane do ludzi, którzy nie lubią dużo myśleć, w związku z czym myślenie nie jest ogólnie wymagane. A jak już ktoś myśli, to uchodzi za klasę inteligencji, lepszaka. Przez innych lepszaków rzecz jasna. Ci, którzy nie myślą, nie zaprzątają sobie umysłów czymś tak skomplikowanym jak segregacja ludzi. Może i lepiej. Fascynuje mnie jednak czasem, jak można przejść przez życie w ogóle nie używając mózgu?! Głowa boli od samego wyobrażenia, a jednak można. I chyba ma się wtedy mniej zmarszczek na czole, muszę to przedyskutować z moją kosmetyczką.

img_5983

12:34

W Leeds prószy śnieg, urocze. Wpasowałam się z moim futrem w tło, wyglądam jak przybysz z Syberii. Dla przeciwników futer – jest sztuczne, ale biorąc pod uwagę wydarzenia nie tak dalekiej przeszłości, prawdopodobne, że jest jednak zrobione z chińskiego kota. Jak żyć.

12:37

Dosiadłam się do grupy rudotwarzych dresów aka cyganów angielskich i przeżyłam. Nikt normalny będąc jedyną białą i samotnie podróżującą hidżabi na przestrzeni dwóch sporych miast nie przysiadłby się w przedziale do kiboli, ale wrodzona przekorność i ich głupkowate spojrzenia wygrały ze zdrowym rozsądkiem. Było ich może z ośmiu, w wieku mniej więcej ja minus dziesięć lat, czyli nie za dużo. Śpiewali mi większość drogi zaczepliwie, potem się przyłączyłam i się zamknęli. Zepsułam im chyba repertuar. „As the reds go marching on… I wanna be in that number, as the reds are the ones who won” albo coś w ten deseń. Ich miny – bezcenne. Może to doświadczenie pracy z dziećmi autystycznymi wpoiło mi wpieprzanie się w czyjś świat pomimo braku zaproszenia. A może zwyczajnie lubię śpiewać.

13:07

Uwielbiam podróże pociągiem. Uspakajają mnie do tego stopnia, że chyba chciałabym zostać konduktorem. Trasa przez wzgórza daje Ci możliwość oglądania życia miasta z boku, z lotu kulawego ptaka. Kocham metropolie i z całą swoją architektoniczną obsesją gapię się na układy domów, wyobrażając sobie, jakby to było mieszkać akurat w miejscu, które mijam. Gapię się też w okna, z całą swoją wyrobioną bezczelnością. Robię to od dziecka, być może uzależnienie od nowych startów i przeprowadzek daje o sobie znać. W końcu to moja coroczna tradycja zmieniać miejsce zamieszkania i w kwietniu minie pierwszy rok na kolejnym adresie. Czuję we krwi nadchodzący zew, w kościach łupie mnie pakowanie. Trzeba będzie coś z tym zrobić. No to szukam tego męża.

img_5980

13:21

Miejsce docelowe, gwarna restauracja. Brzmi nowobogacko, jednak brak mi w polskim języku określenia na restauracjo-knajpo-plotkarnię, z rzędu tych trzygwiazdkowych. 3 gwiazdki = nienajdroższe smaczne jadło + dużo zamieszania i sporo piwoszy wokół. Gość na fortepianie przygrywa melancholijną melodię, jak gdyby próbował dorobić ścieżkę dźwiękową do sceny picia gorącej czekolady. Kiedy rozpoczyna piosenkę Celine z Titanica, czuć miłość przez palce na klawiszach, gra z prawdziwą pasją. Zjawia się kandydat na męża, żartując, że to on ustawił romantyczną melodię na swoje wejście. Kilkanaście minut później stwierdzam, że nic z tego nie będzie, pomimo wyglądu, przy którym możnaby się zapomnieć (poza tą okropną koszulą, chyba, że zapomnieć o żelazku podłączonym do prądu i zostawionym na desce do prasowania), poczucia humoru, francuskiego akcentu i mieszkania w Londynie. Nazywają to intuicją, coś mnie odpycha. Chyba to wyczuł, bo stwiedził to samo tydzień później, kiedy przestaliśmy już wymieniać wiadomości. Chował gość porządną depresję za tym szerokim uśmiechem albo dręczyły go inne demony, coś wyczuwalnego z daleka. Też miewam nawroty depresji, dwóch zdołowanych to o conajmniej jednego za dużo. Albo poprostu się czepiam. Ostatnio na przykład uczepiłam się falbany na prześcieradle. Żeby było śmieszniej, była ona tłem zdjęcia, selfie w nie jego domu, nawet nie spotkałam go na żywo.

Chyba jednak zostanę starą rozwódką.

I nie, wcale nie myślę o sobie za dużo. Szczerze, to jednak wciąż chyba za mało.

16:07

Dochodzę do wniosku, że dzień i chęci nie zostały jednak zmarnowane. Dorobiłam się przecież podróży pociągiem i nowej książki.

img_5994

Tydzień później, 13:26

Napisał, że ma wrażenie, że zejdę się z byłym, a nie chce sobie robić nadziei na niepewnym gruncie. Jako że nie poruszaliśmy zabardzo tego tematu podczas naszej rozmowy, mam nadzieję, że nie wywróżył mi tego z fusów po kawie, bo zmienię miasto od zaraz, tak na wszelki wypadek!

172. Wzgórza mają oczy

img_5658Kasia i Nieznajomy wybrali się na romantyczny spacer o zachodzie słońca. Korzystając z uroków yorkiszowskiej flory, udali się na okoliczne strome wzgórza, które to nie tylko miały oczy, ale i wiele kamiennych schodków, każdy w innym rozmiarze i ułożony w innym kierunku, by na szczycie samym uraczyć ławeczką z widokiem na dolinkę. Romantyczny zew natury, ma się rozumieć. Być może nie wypada wspomnieć, że Kasia zasuwała tam w szpilkach, ale to ja tu jestem narratorem, więc dowiecie się nieco więcej, niż sama ofiara wzgórz by sobie tego życzyła. Było ich zatem dwoje, cisza i spokój odczuwalne w tym miejscu sprzyjałyby medytacji. Gołąbki rozmawiały podziwiając zachód słońca, potem już tylko światełka z domostw, ledwo widoczne zza delikatnej mgły otulającej powoli i niepozornie dolinę pod ich stopami. Tak, był to rodzaj klifu, a przynajmniej tak lubię to urwisko nazywać, krok i latasz. Dosłownie.

Młoda para zdecydowała, że widok czarnej doliny i miliona drobnych światełek porusza ich dusze tak bardzo, iż pragną zobaczyć je z jeszcze większej wysokości. Zdobyli więc kolejny szczyt, jeszcze wyższy, nadal w szpilkach, po ciemku i z poczuciem, że jeden nieodpowiedni krok zatraci ich w czeluściach beznadziei. Przecież bez ryzyka nie ma zabawy. Towarzysz, niczym prawdziwy dżentelmen, puścił naszą Kasię przodem, co by ją w razie czego łapać, wszak owe genialne pomysły były oczywiście jej. Szła więc w ciemno i przed siebie, podekscytowana. Rozmawiali o wszystkim i o niczym przez kilkanaście minut spaceru. Do momentu, kiedy przy samym szczycie, jej twarz poczuła nagle ciepły i śmierdzący oddech, a Kasia niemalże zderzyła się z tajemniczym futrzastym potworem. ‚Cholera, niedźwiedź’ – pomyślała i to też próbowała przekazać Towarzyszowi stojącemu kilka stopni niżej. Swoim angielskim. ‚Beer’ – szepnęła. ‚Piwo? Skąd ja ci tu teraz wezmę piwo kobieto?’ – oburzył się. ‚Nie piwo! Beer, zwierzę…’ – nim zdążyli się dogadadać, postanowiła chociaż spojrzeć śmierci w oczy i poświeciła telefonem prosto w twarz bestii. Przed nią, a raczej czoło w czoło, a jeszcze ściślej czoło w rogi, stał baran. Lepsze to niż niedźwiedź, choć i tak nie idealnie. To nie z baranem chciała się całować tej nocy, pozatym baran ma wspomniane już rogi, a wystrzelenie w przepaść nie należało do planów samobójczych ani Kasi, ani też jej Towarzysza. ‚Uciekamy’ – stwierdziła, po czym w komicznym zwolnionym tępie pospieszyli przez strome schodki, w stronę samochodu. Na obcasach, w długiej sukni, z telefonową latarką w ręku i z baranem za plecami, który to postanowił się nawrócić i najspokojniej w świecie podążać w stronę światła. Kaś jego pasterzem, nie było mu brak niczego.

W międzyczasie na parking pod wzgórzem podjechały dwa samochody brytyjskiej poimprezowej młodzieży, pełne młodych i podpitych, ewentualnie pod wpływem marihuany, chłopaków. Coś tam się wykłócali, wykrzykując to i owo od samochodu do samochodu. Nagle zamarli. Ze wzgórza, w ciemnościach, wolno i majestatycznie posuwała się drobna postać kobiety w długiej sukni, a za nią baran. Wokół postaci roztaczała się dziwna poświata. Sunęła powoli, ale w ich kierunku, a zwierzę posłusznie i w ciszy za nią. Zemsta ducha pasterki?! ‚Shit!’ – wykrzyknął jeden z chłopaków, wskazując palcem na zjawę. Poświecili telefonową latarką i ujrzeli poważną, bladą twarz, choć wciąż w oddali. Stali tak, w kompletnej ciszy, z dobrą minutę, obserwując sunącą w ich kierunku duszę.

Kolejną rzeczą, którą usłyszeli Kasia i Towarzysz, były piski opon dwóch samochodów i cisza, raz po raz przerywana nieśmiałym beczeniem barana, poraz drugi zgubionego tej nocy w ciemnościach. Teraz poza nimi była tu tylko ciemność, wzgórza i milczenie owiec. I dużo śmiechu, na który odważyli się dopiero w samochodzie.

155. Blondynki w wielkim mieście

golden-gate-bridge-1030999_960_720 (Small)I

W poczekalni u okulisty.
Kasia: Widzicie te małe literki, tam na ścianie?
Sadeemka: Widzieć je widzę, ale raczej nie przeczytam.
Basia: Jakie literki???

II

Basia wybierała się w odwiedziny do Polski i postanowiła przywieźć cioci upominek. Wymyśliła sobie piżamę-tygryska, którą to widziała w którymś ze sklepów tydzień wcześniej. Jako że już ich nie było, postanowiłyśmy porozglądać się za czymś innym.
– Na piętrze jest mały sklepik z drobiazgami, może tam znajdziemy coś fajnego – stwierdziłam i podreptałyśmy w ciągu dalszym poszukiwań.
Sklepik miał różne ładne ozdoby do domu. Zatrzymałyśmy się przy stojakach na świeczki. Naszą uwagę zwrócił jeden ozdobny, naprawdę ładny stojak. Taki z napisem „Za Twój ładny uśmiech, kochana babciu”.
– Zobacz, to jest fajne, mogłabym jej to dać, że od mojej córki – stwierdziła Basia.
– Ładne, podoba mi się. Ale co to jest, ta pokrywka?
W miejscu, w którym wkłada się świeczkę, znajdowała się metalowa przykrywka z trzema dziurami.
– Nie wiem, że niby płomień tamtędy przenika czy jak?
– Może jak się dym unosi to da jakiś fajny efekt?
– Weź go zapytaj jak się tego używa – zasugerowała Basia.
– E tam, weź to i idziemy. Wykminisz sama.
– Weź zapytaj, bo może ma świeczki do tego w takim małym rozmiarze – nie dawała za wygraną. No więc zawołałam sprzedawcę i pytam o to to ładne, do czego służy.
– To się daje na nagrobek, wkładasz do tego kwiaty – odpowiedział.

Sklep opuściłyśmy w popłochu, bez wyprawki w zaświaty.

96. W związku mieszanym (II)

Druga część codzienności związku z nie-Polakiem i przebojów z tym związanych. Tym razem jednak nie o mnie, a o innych. Na ponurej części takich związków skupimy się innym razem, dziś będzie na wesoło. Zaczynamy:

Paula, opowiadając o swoim partnerze Francuzie: Interesuje się polityką. Pyta mnie o jednego z naszych kandydatów na prezydenta. Ten piosenkarzmówi. Paweł Kukizodpowiadam. Nie ma, jak twierdzi. Podchodzę do laptopa sprawdzić co wpisał w google, a tam „Pavot Cookies” i zdjęcia makowca.

Magda podzieliła się opowieścią o nauce języka podczas grudniowego pobytu w Polsce. Uczył się polskich nazw wszystkiego, co było na wigilijnym stole. Kiedyś gadaliśmy przez telefon i mówię mu: Powiedz mi coś romantycznego. A on, pełnym powagi i romatyzmu głosem, odpowiada: Masło… !

Aga z kolei opowiadała o tym, że kiedy wyjeżdża z dziećmi na miesiąc do Polski, jej włoski mąż zostaje w domu z zamrażarką pełną przygotowanych przez nią dań. Wszystko co trzeba zrobić to rozmrozić i zjeść, ale po powrocie zastaje ona zapasy w stanie nietkniętym. Na pytanie dlaczego żywił się tylko krakersami, odpowiada: „Bo jeść samemu w kuchni, bez ciebie, amore, napawa mnie depresją”. A pajęczyn nie zdjął, bo myślał o mnie i tęsknił – dodaje ze śmiechem.

Dorota o swoim mężu: Kiedyś, kiedy jeszcze był moim chłopakiem, poprosiłam go o umycie talerzy. Po kilku minutach wchodzę do kuchni, a w zlewie nadal są widelce. Pytam dlaczego ich nie umył, a on na to: Bo kazałaś talerze! Męska logika 🙂

Zaś mistrzem zmywania naczyń, jak twierdzi Joanna, jest jej ‚Latino’. Jest to bardzo pomocne – mówi. Ale zauważyłam, że zawsze zasuwa zasłonkę nad zlewem. Zastanawiałam się po co zmywać w półmroku, aż odkryłam jego powód – żeby sąsiedzi nie widzieli, też Latynosi.

Sylwia opowiada, że ulubionym polskim słowem jej męża jest dupa, zaś na ślimaka uparcie mówi myślak. Paula dodaje: Mój facet uczy się mnóstwa pierdół od Chodakowskiej. Przygotowałam wczoraj matę żeby zacząć trening, a on, z tym swoim francuskim akcentem, wyskakuje nagle z tekstem : Możesz więcej niż podpowiada ci twój umysł. Poskładałam się i było po treningu.

Żaneta, o swoim byłym chłopaku: Mieliśmy na kilka dni szczeniaka, który się strasznie drapał. „Żabko on chyba ma szwy”, stwierdził Litwin swoim polskim. „Jakie szwy?” – pytam. „No wiesz, takie small black robaki, i się wtedy piesy drapią”. „Że niby wszy?” „Yes yes, wszy…” Pchły miał na myśli 🙂

Gabi opowiada, że kiedy wraca z pracy, jej partnerowi zdarza się marudzić, pomimo pełnej lodówki, że taak długo czekał i jest taaki głodny. Ma milion głupich odpowiedzi na to czemu nic nie zjadł, za to zapytany dlaczego opróżnił mój miesięczny zapas czekolady, odpowiada z wyrzutem, że to niezdrowe i jak ja się w ogóle odżywiam. Ma też ciekawe mieszanki językowe typu of course that nie czy to jest bardzo no queiro.

Zwyczaje żywieniowe też bywają różne. Mój Holender nienawidzi sera żółtego, choć Holandia słynie z fantastycznych serów – mówi Gosia. Mąż nie może znieść nawet zapachu sera, a jak robię sobie tosty z serem to każe mi jeść w innym pomieszczeniu, a najlepiej to przy otwartym oknie. Facet Sylwii wszystko jada z keczupem, w związku z czym butelka litrowa starcza na tydzień. Facet Pauli pierogi, zamiast z cebulką, jada z sosem bolognaise. Bywają też zdziwieni przekąskami partnerek. Poprosiłam go kiedyś o kromkę świeżego chleba posmarowaną masłem i posypaną odrobiną soli. Przyszedł z miną pt „co oni w tej Polsce jadają” i przyniósł mi suchy chleb z solą. Mieliśmy niezły ubaw – opowiada Sylwia. W domu Magdy króluje czekolada. Jak przywiozłam kiedyś czekoladki od babci i ciotek, to pierwszym pytaniem, zamiast dziękuję, było czy to napewno wszystko i czy nie zjadłam po drodze – śmieje się Magda. Mierzy swoją miarą, zażartowałam, a ona dodała: Tak, jak kiedyś to on przywiózł mi czekoladę, to nie zdążyłam nawet skosztować. Innym razem zarządziłam, że czekolada jest wspólna i że ma mi połowę zostawić. Załapałam się na ostatni pasek i cały czas twierdził, że kostki były bardzo duże i to była właśnie połowa. 🙂

 

Tyle na dziś. Z nadzieją, że poprawił Wam się humor, do następnego!

93. Mandat za (nie)przechodzenie na czerwonym świetle

Przestawienie się z polskiej rzeczywistości na tą na obczyźnie wymaga trochę czasu i obserwacji otoczenia. Podczas pierwszego tygodnia na Wyspach zdarzyło mi się dostać literacko zwany opiernicz od policjanta. Wbrew pozorom, jakimi kierowałby się ktoś przyzwyczajony do polskich realiów, bardzo pozytywnie to wspominam. A było to tak.

Dreptałam sobie z centrum miasta do tymczasowego domu w piękne, upalne popołudnie. Rozglądając się po okolicy, robiłam trochę zdjęć architektury i zieleni, żeby podesłać je rodzinie. Dotarłam do skrzyżowania i choć ulica była prawie pusta, ujrzawszy Pana Władzę w odblaskowej kamizelce, grzecznie przycisnęłam guziczek od zielonego światła. Mandaty za przechodzenie na czerwonym świetle zdecydowanie nie były czymś, o czym marzyła kieszeń osoby nowoprzyjezdnej, z pieniędzmi rozłożonymi starannie na przeżycie kolejnego tygodnia, aż do pierwszej wypłaty. Policjant zdecydował się jednak do mnie podejść, stresując mnie nieświadomie, że go nie zrozumiem. „Czy możesz mi wyjaśnić dlaczego przycisnęłaś guzik?” – zapytał rozbawiony. Nie do końca rozumiejąc po jakiego grzyba pyta o tak oczywistą oczywistość, odpowiedziałam : Bo jest czerwone światło… ? Z angielską cierpliwością zaczął tłumaczyć mi niczym przedszkolakowi: „Bo widzisz, jak przyciśniesz ten guzik to samochody są zmuszone się zatrzymać, nawet jeśli już cię tu nie ma, bo droga jest pusta i zdecydujesz się jednak przejść. A to powoduje korki. Za piętnaście minut rozpocznie się czas korków i przez takie numery niepotrzebnie traci się czas”. Próbowałam (nieskutecznie) wykręcić się z pozycji przedszkolaka: „Bałam się, że dostanę mandat!” Zaśmiał się jeszcze bardziej. „A więc to na mój widok! To zapamiętaj sobie, że następnym razem dam ci mandat, jak nie przejdziesz na czerwonym świetle mając pustą ulicę!” – to powiedziawszy, poszedł sobie, prawdopodobnie mając ubaw przez pół dnia. A ja, spalając buraka, miałam pierwszą lekcję życia na obczyźnie pt. „O ile nie sprzedajesz narkotyków, obecność Pana Władzy w okolicy spływa Ci po plecach”. Dziwny jest ten kraj – oto myśl, która nawiedziła mnie jeszcze kilkakrotnie podczas poznawania życia codziennego tubylców.

Ciężkie jest życie emigranta… 🙂

77. Siostry Waleczne Serce.

imageNiedawno, niedawno temu, za conajmniej siedmioma autostradami, mieszkały sobie Trzy Siostry. Jedna jadła żaby, druga płaciła daninę Królowej, trzecia tańczyła w kolejce do kibelka, przeskakując z nóżki na nóżkę w swoim zielonym kapeluszu. Francja, Anglia i Irlandia zamieszkiwane były kolejno przez Siostrę Polonistkę, Siostrę Aktywistkę i Siostrę Chorągiewkę. Poza więzami krwi łączyła ich również miłość do swojej małej śląskiej ojczyzny, choć nieświadome owej miłości żyły każda swoim życiem, równolegle, na innych obczyznach.

Nastały ciężkie politycznie czasy, w których rząd żydowski spod syrenkowej flagi poniżył Ślązaków jeszcze bardziej niż zwykle, próbując skazać ich na śmierć głodową. Nie tak cichy sabotaż odbił się echem po kraju i nastały czasy protestu, o jakim Polska nie słyszała od dawna – ludzie wyszli na ulice.

Siostra Aktywistka spod królewskiej flagi ubolewała nad tym, że nie łączy się z Ślązakami na Czarnej Ziemi. Nie pozostawała jednak bezczynna. Jeśli ktoś mógłby dać przykład jak przeprowadzić rewolucję śląską przez Internet, byłaby to ona. Zaczęło się niewinnie.

– Jak zacznie się dymić i palić, zostawiam tu dziecko i pędzę bronić mojej śląskiej ziemi, w słusznej sprawie! – rzekła pocztą fejsbukową do swoich sióstr.

– Nonsens – odparła Siosta Polonistka, która choć wróciła do niemieckiego nazwiska przodków spolszczonego niegdyś przez Wojowników Syrenki, nie czuła ni nuty patriotyzmu śląskiego. – Niech sobie robią co chcą, żyję tu, mam francuskie problemy i szukam kiecki na wesele. Ty się lepiej córką zajmij, pracą albo męża znajdź jak ci się nudzi – pouczyła Siostrę Aktywistkę. Po ostrej wymianie zdań, Aktywistka działała nadal, stwierdzając że siostra jej nie rozumie.

– Nonsens – odparła Siostra Chorągiewka, która zamiast nuty patriotyzmu śląskiego słyszała w głowie raczej irlandzkie śpiewy. – Niech sobie robią co chcą, żyję tu, mam irlandzkie problemy, rudawe włosy, Irlandki mają mnie za swoją. Niewiele mam wspólnego z krainą przodków, wszak inteligencja mojego pokroju wyjechała na obczyzny i została tam sama patologia. Ty się lepiej córką zajmij, pracą albo męża znajdź jak ci się nudzi – pouczyła Siostrę Aktywistkę. Po ostrej wymianie zdań, Aktywistka działała nadal, stwierdzając że siostra jej nie rozumie.

W samotności działała niczym przywódca podziemnej armii, zawiedziona krytyką sióstr. Prowadziła Internetowe Przemówienia, tłumacząc problemy Śląska od środka ludziom, którzy choć nie byli w stanie wskazać Śląska na mapie, głosili swoją wszechwiedzę o zaistniałej sytuacji. Bombardowała fejsbukową ścianę dwadzieściacztery na dobę kolejnymi nagraniami rewolucji śląskiej. Motywowała listownie kibiców śmiertelnie wrogich sobie drużyn celem zjednoczenia ich w walce. Pochwalała znajomego piekarza dokarmiającego protestujących ludzi, w obozowisku, które rozbili w Rudzie Śląskiej. Każdy śpiew, każda demonstracja, prowadzona zgodnie ramie w ramię napawała ją dumą, łzami wzruszenia. Oto moi rodacy walczą o moją ziemię, jakże szlachetne to uczucie! Polska bez Śląska! – śpiewali chórem kibice Ruchu Chorzów, wszak śpiewacy z nich wyborni nie od dziś. Aż chciałoby się śpiewać razem z nimi, jak nigdy przedtem!

Kilka dni później otrzymała raport od Siostry Polonistki. – Siostro! Nie wytrzymam tego dłużej! Tych bzdur spod syrenkowej flagi, tych idiotyzmów które głoszą o nas, Ślązakach, tych wyzwisk i chamstwa! Wybierzesz się na Czarny Ląd, pokazać im gdzie ich miejsce, jadę z Tobą! Nienawidzę goroli!

Niedługo później na ścianie fejsbukowej Siostry Chorągiewki zawisło grozą wiejące stosowne oświadczenie. Że jej wstyd za Polaków, za ich gburstwo i grubiaństwo, że przeprasza górników za tą Polskę, tych wrogów od lat niezmiennych spod znaku syrenki, za ten brak szacunku dla ludzi ciężkiej pracy. – Miałaś się nie udzielać politycznie – rzekła Siostra Aktywistka z przekorą. – Nie wytrzymałam siostro! Żałuj że cię tu nie ma, bo miałybyśmy dziś na ścianie skórę z gorola! Mąż koleżanki nazwał mnie śląską patologią, nieukiem, niewykształconym Hanysem! Co za głupi ludzie!

Trzy Siostry, zjednoczone ostatecznie w walce, jak zawsze zresztą, ogarnęła radość niedługo później, gdy kopalnie nierentowne stały się rentownymi w przeciągu kilku godzin, po wyjęciu ich ze skarbca Ali Baby. Ogarnęła je radość zwycięstwa górników, zasłużonego zwycięstwa. Kto nigdy nie drżał o powrót bliskiego spod ziemi, nie otarł się o śmierć tylko po to by z niego drwiono, kto nigdy nie cierpiał z powodu antyśląskiego podejścia otoczenia, spolszczonych tożsamości, deptanej gwary, kto nigdy nie czuł jak ciężko jest w Polsce być Ślązakiem, nie zrozumie czym ta sytuacja jest dla Śląska. Siostry zrozumiały, poraz kolejny poniżone ze względu na swoje pochodzenie, poraz kolejny atakowane stekiem bzdur z ust ludzi, którzy nie mają pojęcia o historii, zszarganej dumie.

Siostra Aktywistka działa nadal, przemawia prostując myślenie społeczeństwa. Odbija sobie znienawidzone w dzieciństwie kolonie, gdy była „Szwabem”, nie koleżanką, była gorsza bo była „Hanyską”, „Ślązarą”. Nienawidziła kolonii z gorolami. Przyszła pora za to zapłacić!

***

Powyższa historia jest prawdziwa i rozegrała się w przeciągu ostatniego tygodnia. Anonimowość sióstr zachowana celowo. Wspieram górników i Śląsk w walce o swoją tak usilnie deptaną dumę. Komu się nie podoba, ten gorol!