101. Milionerzy zza granicy

Mieszkam za granicą, więc mam kupę kasy. Bo zagranico, jak wszyscy wiedzą, pieniądze rosną na drzewach, a tym, którzy nie zdążą zerwać, życzliwe krasnoludki dostarczają paczuszki z czekami, wrzucając je do skrzynki na listy. W słoneczne dni, jak już wspominałam, w ogródkach wyrastają nam tęcze, a tam gdzie tęcze są też przecież gliniane garnki pełne złota. Rząd raz w tygodniu daje nam mapy do ukrytych skarbów, cobyśmy mieli coś do roboty i przestali pisać głupoty na blogach – bogactwo jest przecież strasznie nudne. Życie w krainie mlekiem i miodem płynącej dostarcza nam tak niewielu zmartwień, że zastanawiamy się na co by tu zmarnować pieniądze. Mamy już tyle samochodów, domów z basenami i własnych drużyn piłkarskich, że w swojej depresji zwijamy setki w kulki i celujemy z okna w przechodniów. Czasem któryś złapie i odmieni się jego los, nudne to, ale potem przysyła listy z podziękowaniami, więc można się poczuć przez chwilę jak ktoś, kto ma w swoim życiu jakąś misję.

I wtedy nadchodzą oni, przyodziani w czerwone peleryny i niebieskie kostiumy, przylatują pod nasze okno i nie podnoszą pieniędzy, zdobywając tym samym naszą uwagę. Są tutaj, by odmienić nasz los. Los blogerów na obczyźnie. Zleceniodawcy, pragnący uratować blogera od śmierci z nudów, oferując współpracę. Współpracę z rodzaju tych wyjątkowych, bo w takich przypadkach to my współpracujemy z nimi, ale oni z nami nie. Czyż nie powinniśmy być wdzięczni za troskę, za pomysł, jak urozmaicić nasze życie pełne rutyny? Za wspaniałomyślność w postaci oferty zrobienia im reklamy, a więc przetestowania ich produktu, napisania recenzji, publikacji tekstu na blogu, dyskusji z czytelnikami… A wszystko to, bo nas kochają i nie wiem jak my, blogerzy, moglibyśmy bez nich żyć! I nie tylko my. Bowiem gdyby nie dali nam zlecenia na umowę o zabicie czasu, nasze niańki, sprzątaczki, fryzjerzy naszych pudli i treserzy naszych krokodyli, wszyscy zostaliby zwolnieni. Człowiek by z nudów posprzątał, z dzieckiem się pobawił, wyprowadził krokodyla, psem porzucał, nie daj Boże do pracy poszedł, a tak, między piciem szampana, imprezowaniem z Paris Hilton i malowaniem paznokci, ma po co żyć.

Tak więc, Drodzy Ofertodawcy, nim kolejnym razem napiszecie do blogera oferując mu powietrze w zamian za reklamę, pamiętajcie, by napisać we wtorek. Bo wtedy my, blogerzy zza granicy, trzeźwiejemy po piątku i z chęcią przyjmiemy wszelkie oferty, żeby zabić jakoś te dwa dni, w które chirurdzy odnawiają twarz naszej psiapsióły Parysi przed kolejnym weekendem.

Czekam z niecierpliwością na oferty,

z poważaniem,

Wasza znudzona życiem Sadeem

 

 

Reklamy

23 thoughts on “101. Milionerzy zza granicy”

  1. Jest moc! Przerwałam ekstra dla Ciebie zwijanie pięćsetek, a co? Mam rozmach… stać mnie… a Ty to pewnie z ropy żyjesz. W piwnicy ciągniesz…

    Polubienie

  2. Żyłam z ropy kochana, ale już się nie opłaca, za mały dochód. Teraz mam dobre układy z Krasnoludkami, odkąd jednemu dałam napiwek. Codziennie świeża dostawa!

    Polubienie

  3. No emigracji to kazdego stac! Ja np spie na diamentach. Kurcze, zaprosilabys kiedys na taka impreze z Paris 🙂 Przywioze ciezarowke szampana i nawet do wtorku nie wytrzezwiejemy 🙂

    Polubienie

  4. Nie nie, słowo bloger powinno być zastąpione słowem milioger. Albo hajsger. Żeby wszystko było jasne.

    Polubienie

  5. Na zagranicznych właśnie.
    W Polsce pieniądze nie rosną na drzewach no i nikt nie wierzy w krasnoludki. Ich strata.

    Polubienie

  6. Kurde, jak faktycznie na tej zagramanicy tak się można dorobić to ja może dołączę do Pań? Zwolniło mi się miejsce w garażu akurat po starym golfie i jakiegoś Porszaka z chęcią bym tam postawił 😉

    Polubienie

  7. Saadem dobry wpis, kto to zrozumiał, dla tego szacunek. To był iście królewski pojazd, na wszystkich nierobów, którzy tylko krzyczą, że na emigracji będą mieli wszystko, a tu się nie da. To nie jest prawda w Polsce też się da tylko trzeba mieć głowę, na karku i myśleć, a dzisiejsza młodzież myśli, że wszystko będą mieli podane gotowe tylko pieniądze będą musieli wypłacać sami. Pobudka tu i tam się za no dobra pracuje ciężko, a pieniędzy, na drzewach nie ma i glinianych garnków ze złotem tym bardziej pozdrawiam wszystkich kumatych.

    Polubienie

  8. Witajcie, a ja akurat mam rozwiązanie jak dobrze żyć w kraju i za granicą i nie jest to wcale ani śmieszne ani żałosne. Po prostu jest takie coś jak opcje binarne, gdzie można się nauczyć, jak inwestować w różne instrumenty takie jak ropa, benzyna, złoto i tak dalej. Wystarczy się tego trochę pouczyć i naprawdę jest jeszcze kilka innych możliwości, ale ten kto będzie tylko narzekał to już zawsze będzie narzekał. Nie wierzycie, że się da to zostawiajcie swoje zapytania, na mailu, a ja wam udowodnię, że dziś nawet nie trzeba wychodzić z domu, żeby dobrze zarobić.

    Polubienie

  9. Dzień dobry. Jestem nowym czytelnikiem i do jakiś sposób ten cały sadeemkowy kociołek mnie uwiódł. Być może dlatego, że rzadko kiedy się zdarza, bym przeczytał coś po polsku. Co mnie zaskoczyło w niemal każdym wpisie – jak i również w komentarzach czytelników tego bloga – jest to, że większość z nich jest sformułowana w taki sposób, że na koniec dnia one wszystkie traktują o Polsce albo byciu Polką/Polakiem. Czy to za granicą, czy to w życiu prywatnym, czy też zawodowym. Wydaje mi się, że ludzie często zapominają o po prostu byciu – bez bezustannego skupienia na tym, skąd się jest i co z tego wynika. Jestem ciekaw opinii innych, jak i samej autorki. Pozdrawiam.

    Polubienie

  10. Blog jest o emigracji i moich doświadczeniach na niej, więc chcąc niechcąc będzie się przewijała polskość i „obcość”, jest to część mojej codzienności. Co nie znaczy, że się na tym skupiam, bo to bycie Polką nie jest dla mnie jakimś powodem do myślenia o sobie jako o kimś lepszym lub gorszym od reszty. Niemniej dziękuję za opinię, przejrzę wpisy pod tym kątem.
    PS Uwielbiam określenie „sadeemkowy kociołek” haha 🙂
    Pozdrawiam

    Polubienie

  11. Witam ponownie. Gdy wpisywałem swój poprzedni komentarz, nie śmiałbym nawet implikować, że wartościujesz ludzi w jakikolwiek sposób. O ile moje czytanie ze zrozuminiem pozostawia najpewniej sporo do życzenia, to nie natknąłem się na pojedyńczy tego przykład.

    Co mi bardziej przychodziło na myśl to fakt, że każdy jeden przypadek emigracji to jest bardzo indywidualne i niemal niepowtarzalne wydarzenie w życiu człowieka. Jakkolwiek, jest to również coś tymczasowego. Po jakimś czasie emigracja się kończy. W jej miejsce wchodzi zwykła egzystencja. Egzystencja niewinnie nieprzemyślana, tak jak życie każdego z nas. „Tutaj” staje się „Tam”, a „Tam” staje się „Tutaj”. To trochę jak ze zmianą adresu. Po jakimś czasie nawet nie pamiętasz, jaki miałaś wcześniej kod pocztowy. To jest tam gdzieś, za plecami. Całość pozostawia jedynie odcisk w naszej pamięci, parę fotografii i kilka pogiętych pocztówek. Nic więcej.

    Na koniec dnia żaden z nas nie będzie „stąd”. Ale jakie to ma znaczenie? Mam wrażenie, że inspirowanie się wspomnianymi pocztówkami przez cały czas bycia poza granicami ojczystego kraju nie ma większego sensu. Myślę, że ciągłe odwoływanie się do polskości (czy jakiejkolwiek innej kultury), nawet w przyjaznym tonie, kończy się zawsze – raczej rozczarowująco – na raczej smutnej praktyce szufladkowania otaczającej nas rzeczywistości. na Po co to komu potrzebne?

    A może ja nie mam racji?

    Polubienie

  12. Zgadzam się. Co nie zmienia faktu że z tą polskością zawsze będzie się miało wiele wspólnego, o ile można się odciąć od przeszłości i zostawić poprzedni adres za plecami, nie można się odciąć od swojej polskości bo nas ukształtowała i jest częścią nas, niezależnie od tego gdzie zamieszkamy i iloma językami będziemy się na codzień posługiwać albo nawet myśleć. Nie chodzi mi o nic szlachetnie patriotycznego a zwyczajnie o środowisko, które nas ukształtowało.
    A blog, jak już pisałam, prawi o emigracji oczami Polki, dla tych, których ciekawi jak to jest tam, gdzie nas nie ma. Sorry winnetou, jestem Polką, mam oczy i emigrowałam (emigracja oczami Polki wersja dosłowna :P), po to założyłam blog, by o tym pisać. Bo o czym innym bym miała? 🙂 Mało tego, żałuję że go nie założyłam zaraz po przyjeździe, zbyt wiele nowych wtedy rzeczy mi spowszedniało, jak piszesz, a miałabym wiele tematów do wpisów.
    Pozdrawiam serdecznie

    Polubienie

  13. No i nie wspominam tej ojczyzny z jakąś wielką tęsknotą, nie tęsknię ani trochę, więc nie powinno być źle. Mam nadzieję 🙂

    Polubienie

  14. No właśnie zapominają, że to oni coś chcą od ciebie, a nie na odwrót. Zresztą widać wyraźnie, że skoro brak zakładki – współpraca, to takiej formy dany blogger nie przewiduje. No tak, ale jest jak piszesz „oni” uważają że my jesteśmy dla nich. Taki żarcik do tematu:

    Do Władimira Putina dzwoni prezes Coca-Cola Co.
    – Panie prezydencie, mam propozycję. Co sądzi pan o zmianie flagi Rosji z niebiesko-biało-czerwonej na czerwoną?
    Jak za dobrych czasów w ZSRR. My za taką reklamę oferujemy, powiedzmy, 5 miliardów dolarów rocznie. Putin odpowiada:
    – Pozwoli pan, że przemyślę propozycję.
    Odkłada słuchawkę, wykręca numer swojego asystenta i mówi:
    – Wania, kiedy dokładnie kończy się nam umowa z Aquafresh?
    Pozdrawiam z Darlington 🙂

    Polubienie

  15. U mnie nie ma zakładki współpraca, ale jest zakładka o mnie, w której jest podany adres email i ludzie piszą do mnie w przeróżnych sprawach, od próśb o porady, przez pytania o konkretne rzeczy na które odpowiedzi nie znaleźli w Internetach, po propozycje recenzji ich produktu. Więc jak widać jak się chce coś zaproponować, to można znaleźć ku temu drogę.
    A żart świetny! 🙂
    Pozdrawiam serdecznie

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s